19 września 2017

IM 15: Zaćmienie


Od Autorki: Ciekawi mnie, jak wam się spodoba część z perspektywy Lel, bo wiem, że jest trochę kontrowersyjna i naciągana, ale nie mogłam się powstrzymać, bo to jest śmieszne... ja i moje poczucie humoru. No i to próba napisania samodzielnej linii fanfiku, wiecie, co mam na myśli. Kolejne pewnie będą lepsze ;)

Serdecznie pozdrawiam i do zobaczenia w rozdziale któregoś tam bazgrołka,  Miśki. <3

















Leliana
            Zdjąwszy zbroję, wkładam prostą sukienkę, biorę łuk i udaję się do piwnicy, aby doskonalić umiejętności łucznicze. Może nie tyle, co poćwiczyć, gdyż nawet najdalsza odległość od tarczy, jaką mogę wybrać, nie stanowi dla mnie problemu i zawsze trafiam w sam jej środek, a po prostu się czymś zająć. Zrobić coś, co pomoże mi pomyśleć i dojść do źródła niepokoju, który zaczął mi towarzyszyć po Zjeździe.
Kogo i czego on dotyczy?
            Biorę strzałę, kładę na cięciwie, mocno pociągam do tyłu i trafiam w sam środek. Tak kilkanaście razy z rzędu.
            Analizuję w myślach każde zapamiętane zdanie, doszukując się manipulacji, kłamstw, półprawd czy zawoalowanych znaczeń, których szybko nie wyłapie się z kontekstu wypowiedzi. Niestety nic nie przychodzi mi do głowy. Wszystko brzmi nad wyraz wiarygodnie albo moje umiejętności szpiegowskie nie są dość dobre, co raczej jest mało prawdopodobne.    
               - Niezłe oko. Zawsze trafiasz do celu, co?
            Ciszę, mąconą odgłosami pędzących i wbijających się strzał, przerywa pojawienie się Zevrana, który nonszalancko opiera się o framugę drzwi. Ignoruję go i podchodzę wyjąć strzały z tarczy.
            - Pozwolisz, że się przyłączę? – pyta.
            Wzruszam tylko ramionami. Nie mam ochoty na wdawanie się z nim w żadne rozmowy. Nie dlatego, że nie rozumiem jego dziwnego poczucia humoru, ale po prostu dla odrobiny spokoju przed nadciągającą lada moment bitwą z Arcydemonem.
            - Co? – zadziwiona odzywam się jednak, widząc, po co sięga elf. – Łuk?
            - A co, nie mogę? Każda chwila jest odpowiednia na wszelakiego rodzaju ćwiczenia – odpowiada i ustawia się przed tarczą.
            Opieram łuk o ziemię i przyglądam się marnym wyczynom mężczyzny. Po krótkiej chwili mam dość i lituję się nad nim.
            - Oh, Stwórco. Patrz. - Pokazuję mu prawidłowe ułożenie, jednak nadal sobie nie radzi. – Co z tobą? Morrigan rzuciła na ciebie jakiś czar głupoty, czy co?
            - Nie stać cię na lepszą docinkę?
            - W istocie stać, ale na ciebie nie warto. Mimo to mogę ci pomóc.
            Podchodzę bliżej niego i staję z tyłu, tak aby skorygować jego błędy w uchwyceniu broni. Łapię go za lewy nadgarstek i bardziej prostuję, zmuszając mięśnie do napięcia, a jeden z palców prawej dłoni lekko przesuwam.
            - Nie trzymaj go tak kurczowo. Masz się rozluźnić i włożyć siłę w wystrzał, a nie stać jak jakiś posąg.
            - Próbuję, ale mi na to nie pozwalasz – mówi, jakby chciał coś zasugerować. Przekręca głowę w moją stronę. Widnieje na niej ten jego specyficzny, kpiący uśmieszek spryciarza.
            Jego twarz znajduje się tak blisko…
            Moje ciało przeszywa dreszcz.
            Dopiero teraz orientuję się, do jakiej sytuacji to wszystko się sprowadziło. Sama sztywnieję, nagle nie wiedząc, co począć dalej. Otwieram lekko usta, patrząc ze zdziwieniem prosto w jego brązowo- miodowe oczy. Opuszczam dłonie i robię dwa kroki do tyłu. Jeszcze nigdy nie byliśmy ze sobą tak blisko. Mój brak poważania dla bezdusznych czynów Antivianczyka zawsze powodował zaciętą minę na moim obliczu, kiedy tylko ważył się mnie tknąć.
Co mną pokierowało, że w ogóle do niego podeszłam?
Na twarzy skrytobójcy pojawia się uśmiech zadowolenia.
- I czego tak zęby suszysz? – pytam zirytowana i nadal zagubiona w sytuacji.
- Bo mi wesoło. Zmusiłem cię do bliższego kontaktu.
- Ty… - urywam, nagle coś sobie uświadamiając. – Zrobiłeś to specjalnie! – oburzona wykrzykuję nad wyraz głośno.
- No nie bez powodu chcę posiąść tę sztukę. Może kiedyś uratuje mi życie? Może dzięki niej cię obronię?
- Nie zgrywaj już idioty. Wiesz o czym mówię! Jesteś Krukiem, uczono was wszystkiego – podkreślam te dwa kluczowe słowa. – I sama, w przeciwieństwie do ciebie, doskonale potrafię się obronić.
- Nie potrzeba mi twojej obrony – zaplata ręce na piersi.
- Jesteś pewny? Kilka dni temu dziękowałeś za mój celny strzał.
- Doskonale sam dałbym sobie radę. A pójdzie mi jeszcze lepiej, gdy poćwiczę łucznictwo.
- Właśnie sam się wydałeś, żmijo. Jak spróbujesz jeszcze raz, to cię zabiję i nie będę patrzyła na Itharinnę.
- A proszę bardzo – odpowiada lekceważąco, prawidłowo chwyta broń i celuje tuż obok krawędzi tarczy.
Rzucam łuk na podłogę, warczę nadal oburzona i, unosząc głowę, wychodzę z trzaskiem drzwi.
Co ten dureń sobie wyobraża? Nie powinien tak perfidnie wykorzystywać mojej wrodzonej chęci pomocy, aby robić na złość. Za grosz szacunku po prostu. A ja? Czemu to zrobiłam? Dlaczego moje spontaniczne wyciągnięcie pomocnej dłoni skończyło się na formie postąpienia wbrew sobie?
Nagle o coś uderzam, a raczej o kogoś. Idąc cały czas dumna i pogrążona w myślach nie zauważam Oghrena, który z przymulona od alkoholu twarzą wręcz toczy się przez korytarz. Chyba za bardzo mu się nudzi ostatnimi czasami. Kiedy nie jesteśmy w trasie, zawsze opuszcza swoje granice, o ile jeszcze jakieś ma, i pije, ile tylko zdoła, albo i jeszcze więcej.
- Uważaj, jak leziesz głębinowcu – mamrocze pod nosem.
- Ja… przepraszam – wyjękuję zaskoczona nieswoim głosem.
Krasnolud unosi głowę i patrzy się w miarę przytomnie i dość przenikliwie jak na niego. 
- Coś cię gryzie, wielbicielko bryłkowców?
- Nie, dziękuję. Mam się świetnie.
- Eh… - jego westchnienie zamieniło się w rzężenie. – Jak tam chcesz, ja tylko chciałem być pomocny.
- Po prostu… Zevran – wyjaśniam niejasno i krótko, czując, że chociaż tyle powinnam zrobić. – Idę.
Mijam go, nie chcąc mu nic więcej tłumaczyć. Nie wiem, czy bardziej zła jestem na Kruka, czy na siebie samą.
Ten dreszcz… o Stwórco, czemu był taki przyjemny?
Wchodząc do pokoju, z ulgą wypuszczam powietrze z płuc, gdyż nie widzę w niej Morrigan. Jeszcze tylko by mi brakowało jej dziwnych spojrzeń i dopytywani o mój stan, który chcę pozostawić tylko dla siebie i Stwórcy. Miałaby niezły ubaw, słysząc, że niezawodna bardka, po tak długim czasie przebywania w jednej drużynie, w łatwy sposób dała się podejść Krukowi.
Wynne też nie ma, chociaż jej obecność nie stanowiłaby aż takiego problemu. Może nawet by mi pomogła? W końcu jest na tym świecie dłużej niż ja, doświadczyła więcej.
Opadam na łóżko, opieram łokcie na kolanach i zakrywam twarz dłońmi. Muszę się uspokoić. W duchu zaczynam się modlić.


Wynne
            Stoję przed drzwiami Itharinny i delikatnie w nie pukam.
            - Proszę. O Wynne – dziwi się, gdy wchodzę. – Coś się stało?
            - Nie nic, spokojnie. Właśnie przeglądałam z Morrigan nasze zapasy mikstur i opatrunków. Są na wyczerpaniu. Wybieram się na targ i przyszłam spytać, czy czegoś czasem nie potrzebujesz.
            - Nie, dziękuję. Wszystko mam. Masz jeszcze pieniądze? – pyta się, wstając z łóżka i zmierzając do kufra.
            - Tak, mam jeszcze sporo. Powinno na wszystko wystarczyć.
            - A ty czegoś potrzebujesz?   
            - Nie, wszystko mam.
            - Jesteś pewna? – dopytuje z troską. - Mam wrażenie, że za mało o was dbam. Już dawno nie kupowałam wam nowego wyposażenia…
            - Kochana, nie zamartwiaj się – przerywam jej. – Mamy wszystko, czego potrzebujemy. W przeciwieństwie do ciebie – kieruję wzrok na leżącą na krześle zbroję łotrzyka. – Teraz ty powinnaś sobie sprawić coś nowego. Z naszych wszystkich twoja zbroja jest najbardziej zniszczona – mówię pretensjonalnie.
            - Nie, jest dobrze. Idź już, pewnie ci się długo zejdzie z tymi rzeczami.
            Mówi to takim tonem, że czuję się, jakbym była wyganiana.
            - Wszystko w porządku? Jakoś inaczej się zachowujesz.
            - Wynne, wiesz dobrze, jak się ostatnio czuję. Po prostu nadal myślę nad całą tą sytuacją.
            - Rozumiem – odpowiadam ostrożnie. – Wrócę szybko.

Alistair
            Po rozmowie zostałem w kuchni, aby dokończyć rozpoczętą, sporą butelkę wina. Do tej pory upiłem połowę pozostałego trunku. Moim celem nie było upicie się, ale chyba to tego dojdzie, gdyż alkohol smakuje dziś wyjątkowo dobrze, niczym najstarszy istniejący rocznik, a nie zwykła taniocha. W stanie bliskim już upojenia alkoholowego zastaje mnie Sten.
            Stojąc w drzwiach, z kamienną twarzą przenosi wzrok ze mnie na butelkę
            - Chcesz się upić? – pyta i dopiero wtedy wchodzi. – Słaby pomysł na smutek. – Podchodzi do najbliższej szafki i wyjmuje głęboki talerz. Stawia go na stole, a moim oczom ukazują się niekształtne zbożowe ciasteczka. – Ja polecam ciasteczka. Są mniej szkodliwe. – Bierze jedno, a ja nadal go ignoruję. Nie mam ochoty na rozmowy z nikim. – Rozumiem, mam nie przeszkadzać. To ja biorę kilka i już wychodzę.
            - Ja po prostu… muszę pomyśleć – wyjaśniam mu cicho, nim wychodzi z garścią ciastek.
            Nie musiał tego robić. Czyjaś obecność była nawet miła, ale bez żadnych rozpraszających myśli konwersacji.
            Jedno jest pewne: czuję się traktowany nieadekwatnie do swojego wieku, jak zwykły co najwyżej dziesięciolatek. A te czasy już dawno minęły. Dlaczego oni mi to zrobili, wiedząc, że nie nadaję się nawet do komenderowania drużyną? Dlaczego się na to zgodziłem? Na Stwórcę, czemu nie umiem zawalczyć o własne zdanie! W końcu mam głęboko gdzieś moją krew, która nic nie da na dłuższą metę. Nikt jej, tak czy siak, nie odziedziczy przez tę cholerną bezpłodność. Przynajmniej mi to nie przeszkadza. Na ojca nie nadaję się tym bardziej. Czy ja w ogóle nadaję się do czegokolwiek oprócz machania mieczem i nadstawiania tarczy?
            Wstaję z hukiem, przewracając ławkę, na której siedziałem. Nie zaprzątam sobie nią już i tak pełnej słów głowy. Trzymając się blatu, daję krok przez przeszkodę i nadal podpierając się, ruszam w stronę drzwi.
Muszę się przewietrzyć.
            Krótka droga do drzwi niestety nie jest prosta przez zawroty w głowie. Andrasto, aż tak się schlałem? Opieram się o zimną ścianę. Kilka kroków dalej trafiam na wielką donicę z kwiatem. Jak się okazuje przeszkodę nie do pokonania, gdyż ląduje przewrócony na dywan.
            Jakim cudem ta śliczność się we mnie zakochała? Przemyka mi w głowie. Przecież byłem jej tylko zawalidrogą, maszyna do zabijania na pierwszym froncie.
Nie, przestań! Znasz ją, ona nie jest dwulicowa, nie myśli tak! Próbuję się przywrócić do pionu. Po prostu się upiłeś i sobie za dużo wyobrażasz!
            Siadam na trawie, opierając się plecami o mur.
            Nie, jesteś zwykłym, naiwnym palantem bez żadnego talentu i tyle! Krzyczy ciemna strona.
            To są kłamstwa, masz talenty, spójrz racjonalnie!
            - Ale jak! – wykrzykuję. Na szczęście nikogo nie ma w zasięgu wzroku.
             Zwijam się w kłębek i po cichutku zaczynam płakać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz