26 stycznia 2017

Upadlaś? Podniosę cię...

Okładka wykonana przez: Iamalive
Od AutorkiCałe opowiadanie dedykuję kilu osobom: Oli B., Natalii A. i Dominice P. za różne formy piśmienniczego wspierania oraz Zosi T i Paulinie S., ogólnie, za to, co robią. 
To może coś o opowiadaniu? Na początku miała to być miniaturka z Dragon Age, ale wyszło jak wyszło, a mianowicie coś zupełnie innego. Można mówić, co się chce, ale z wymyślonych tu nazw (nie sprawdzałam wszystkich, czy już istniały, czy nie) jestem zadowolona, a w szczególności ze swojej pierwszej poważniejszej próby opisania uczuć. Bo własnie na nich chciałam się skupić. 
Mam nadzieję, że Wam się spodoba :)   









Bo cóż jest bez miłości pustka bez końca...
I każdy bez niej ledwie jak miedź brzęcząca...
I każdy bez niej ledwie jak cymbał brzmiący...
Ogłuchły… Z miłości…
Piotr Rubik - Miłość cierpliwa jest, lecz i nie cierpliwa

Nathaniella Elarien

Wchodzę do dusznego pokoju oświetlonego blaskiem kominka. Od razu, ze współczuciem i bezradnością, patrzę na postać z długimi czarnymi włosami, która leży na miękkim łóżku i jest na wpół okryta pierzyną. Najwyraźniej musi spać, gdyż nie podrywa się na mój widok, jak to ma w zwyczaju. To dobrze. Przez ostatnie kilka dni ani razu porządnie nie zmrużył oka, gdyż strasznie doskwierała mu rana.
Zaraz potem odwracam się w stronę małego stoliczka i stawiam przyniesione na tacy śniadanie, czyli ciepłą herbatę i dużą kanapkę. Pomimo choroby apetyt mu nie zmalał. Wręcz przeciwnie. Cały czas pragnie moich coraz bardziej nowatorskich posiłków i twierdzi, że jeszcze w życiu nie jadł nic lepszego. Zawsze skromnie odpowiadam, że przesadza. Za dużo razy ratował życie mojej porywczej naturze skrytobójczyni. Wdzięczność należy się każdemu.
Zanim wychodzę, rozglądam się po pokoju. Mój wzrok pada na witrażowe okno z czerwoną różą na żółtym tle. Doprawdy, arl Amador Lidran miał skłonności do ekstrawagancji. Liściaste poręce, dość misternie grawerowane kandelabry w korytarzach… Okna podobne do tego…. Rozumiem, gdyby to był zamek, ale przyozdabiać twierdzę, której główny cel to obrona przed wrogiem? Mmmm... Przydałoby się wywietrzyć, myślę. Podchodzę więc i je otwieram. Od razu czuję przyjemny powiew rześkiego powietrza na policzkach.
Biedny Theophil został zraniony podczas naszego pobytu na bagnach. Wybrałam się tam na wstępne zwiady zaledwie z dwoma towarzyszami. Wycieńczeni całodniową wędrówką byliśmy już na granicy terenu, kiedy nagle los sobie o nas przypomniał i postanowił obdarować krwawą niespodzianką. Zostaliśmy otoczeni przez sporą grupkę topielców i wonszów ambrozjańskich. Jeszcze nigdy te stworzenia nie były tak silne! Zwykle zabijałam je na trzy celne pchnięcia sztyletem. Te wymagały aż sześciu. Jastes, ze swoim instynktem wojownika, dawał radę. Ale Theophil? Oczywiście, nie mogłam mu nakazać zostać w twierdzy, choć od samego początku, gdzieś głęboko w podświadomości, miałam złe przeczucia, co do jego odwiedzin na bagnach. Po części miał rację. Uzdrowiciel przyda się zawsze. Właśnie tym argumentem skłonił mnie do zabrania go. Poza tym, kiedy chodzimy całością, sprawdza się idealnie, a przezorny zawsze ubezpieczony.
Byliśmy otoczeni ze wszystkich stron. Początkowo staliśmy w kółku, plecami do siebie, co było najlepszym wyjściem z naszej opłakanej sytuacji. Niestety, w miarę wymierzania kolejnych ciosów byliśmy zmuszeni do rozłączenia. Kiedy Jastes przyciągnął uwagę większości przeciwników, udało mi się utorować drogę do kamienia, na którym stanął Theo. Stamtąd miał idealną pozycję do czarowania.
Może gdybyśmy mieli w zapasie więcej Ishilium, miksturek przywracających Ducha, starczyłoby mu siły na jednoczesne trzymanie naszych barier ochronnych, idealnie dopasowanych do sylwetek, leczenie każdej poważniejszej rany i rzucanie słabych kul ognia czy mrozu. Był tak mocno skoncentrowany na naszej ochronie, że przestał racjonować ilości many i nie oglądał się za siebie. W ostatniej chwili zauważył gigantycznego, jadowitego pająka, który tak właściwie pojawił się znikąd. Niestety było za późno i chwilę potem leżał już na ziemi, z twarzą wykrzywioną od bólu wywołanego przez truciznę, rozchodzącą się po organizmie. Jakby tego było mało, dzieła doprawił wonsz, który poharatał bok Theophila.     
Lisu's Works and Craft
Naturalnie mag nie jest w stanie sam się uleczyć z powodu braku sił. Szkoda, że Relanna nie posiada uzdrowicielskich mocy. Jedynie, co mogła zrobić, to pozbyć się większej części jadu. Równie dobrze przydałaby się Waxilla. Staruszka jest jeszcze lepsza od Theo. Niestety, kilka dni temu wyjechała z Aarrantu. Zniknęła równie szybko, jak się pokazała. Albo  tylko mi się tak zdaje? Zawsze ją lubiłam i nadal nie przestaję. Pozostanie dla mnie babcią, której nigdy nie poznałam i którą zawsze chciałam mieć.
Po kilku minutach zamykam okno, podchodzę do kominka, poprawiam drwa i udaję się do wyjścia. Jeszcze raz spoglądam na Theophila.
Kiedy przychodzę, zawsze staram się pokrzepiająco uśmiechać. Lecz kiedy muszę już iść, bo obowiązki względem świata wzywają, od razu za progiem kąciki ust wędrują w dół. 
Zamykane drzwi wydają zbyt głośny zgrzyt jak na wszechobecną ciszę. Z pokoju dobiega mnie ciche, zaspane pytanie: 
- Nathaniella, to ty?
- Tak. Przepraszam, że cię obudziłam. Muszę w końcu kazać naoliwić te zawiasy. Śpij dalej. Przyjdę później – mówię z uśmiechem, wychylając się zza półprzymkniętych drzwi. – Naprawdę przyjdę później – dodaję, widząc próbującego usiąść mężczyznę.
- Nie, nie. Zostań. – mówi już całkiem rozbudzonym głosem. – I tak nie zasnę, nie po tym, co widzę na stoliku.
Zostawiam drzwi otwarte i wracam. Siadam na łóżku, blisko niego, i zaczynam przyglądać się jedzącemu magowi. Dopiero teraz zauważam, że wygląda zdecydowanie lepiej. Spod oczu znikły mu worki, a twarz nabrała zdrowszego koloru. To dobry znak. Na dodatek chyba zaczyna żartować. Jeszcze nigdy nie jadł tak sztywno, wręcz  komicznie ruszając żuchwą.
- Wyzdrowiałeś czy co? – rzucam, powstrzymując się od śmiechu.
Spogląda na mnie zdziwiony, zatrzymawszy kubek wpół drogi do ust.
- Co proszę?
Dopytuje się, z naczyniem przy ustach.
- Jeszcze nigdy nie wygłupiałeś się przy jedzeniu. Wyglądasz jak koń przeżuwający trawę!
Przyjaciel wybucha gromkim śmiechem, oblewając moją twarz gorącą herbatą i przy okazji opluwając śliną. Przechodzą mnie dreszcze obrzydzenia, które pogłębiają krople, spływające w stronę dekoltu. Z zaskoczenia aż wstaję i z desperacką złością zaczynam szukać czegoś do wytarcia. Theophil również zaczyna rozglądać się po pomieszczeniu i nerwowo powtarzać ,,Przepraszam”. Nerwowo? Nie. O Stwórco. On się ze mnie śmieje! Kiedy chcę to skomentować, zza pleców dobiega mnie głos:
- Natha, trzymaj. Czemu masz taką wojowniczą minę? Powinienem się bać? – pyta po chwili.
Zapewnie widzi moje typowe, waleczne oblicze.
- Agrrr… - warczę pod nosem - Co? Aż tak śmiesznie wyglądam? Miło, że w końcu powiedziałeś, co sądzisz – dorzucam sarkastycznie.
Chcę wziąć ręcznik od przyjaciela, ale Theophil najwyraźniej ma inne plany. Szarpnięciem, zadziwiająco mocnym, jak na stan chorobowy, przyciąga mnie do siebie. Normalnie bym się nie ruszyła ani o milimetr, jednak zaskoczenie robi swoje i ląduję na łóżku, prawie przygniatając chory bok mężczyzny. Prawie, bo w ostatniej chwili mój refleks daje o sobie znak. Chwytam się stolika, obracam i, szczęśliwie dla nas obojga, siadam. 
- Co? Co ty wyprawiasz. Chcesz, abym cię zgniotła? – pytam i marszczę czoło.
- Nie, nie chcę. Poza tym, nie masz czym. Jesteś chuda jak patyk. A teraz pozwól mi naprawić swoje barbarzyńskie zachowanie.
- Że co? Barbarzyń… - urywam, spłoszona tajemniczo zadowolonym wyrazem twarzy patrzącego mi w oczy Theo. Ich czerń przyciąga mnie coraz mocniej, niczym magnetyczna siła.  Kiedy Theophil powoli zaczyna ocierać moje czoło, policzki, szyję, obojczyki... Kiedy drugą rękę kładzie mi na prawym ramieniu i przesuwa na plecy, wywołując delikatny nacisk, który zmusza mnie do przysunięcia się do niego…
 - Akanti! – krzyczę nagle zorientowawszy się, do czego zmierza mag i, po raz drugi dzisiejszego dnia, zrywam się na równe nogi. Kręci mi się w głowie. Czuję się, jakbym wypiła za dużo mocnej gorzały i ktoś nagle obudził mnie z pijackiego niebytu, bo atakuje nas horda upiorów. Jakbym została uwolniona spod hipnozy. – Pytam ponownie. Co ty wyprawiasz  do jasnej cholery! 
 Nic nie odpowiada. Wygląda, jakby toczył wewnętrzną walkę. Czekam z rękoma splecionymi na piersiach, synchronicznie  potupując nogą o kamienną podłogę.
- Nie mam zamiaru wyjść, dopóki mi tego nie wyjaśnisz – informuję.
- Natha, dlaczego reagujesz tak… ostro na przejawy wdzięczności i człowieczej miłości. Nie za przesadnie cenisz sobie przestrzeń osobistą? Chciałem cię tylko przytulić.
- Przytulić? Za co?
- Za pomoc.
- Dla mnie to tak nie wyglądało. – mówię już spokojniej.
- Widzisz, leżąc miałem dużo czasu na poukładanie myśli. Tak, nawet taki wesołek jak ja czasem musi to zrobić – wtrąca. - A ty, niczego nie świadoma, przychodziłaś i pomagałaś mi. Pamiętam, jak dwa dni temu, zaraz po tym niefortunnym wypadzie w teren, przez dwadzieścia cztery godziny, przesiedziałaś przy moim łóżku. Jak cię niemalże siłą zaciągnięto do łóżka, które jest zaledwie pokój dalej, bo się o mnie martwiłaś. Jak spałaś na stojąco… Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy. Jeszcze nikt nie poświęcił mi tyle czasu. A w szczególności w obliczu cierpienia i bólu.
- Przyjaciołom się pomaga. Nawet dla tego krasnoludzkiego pijaka zrobiłabym to samo.
- Przyjaciołom. Rozumiem -  milknie i opada na poduszkę, ponownie zastanawiając się nad czymś. 
            Do mojego serca zaczynają wkradać się dziwne przeczucia, powodując napięcie i chęć szybkiego wyjścia.  On zapyta o to. Kiedyś w końcu musi, bo już niejednokrotnie widziałam to po jego twarzy.. Przez głowę przemyka mi paniczna myśl, toteż biorę pustą tacę oraz kubek i kieruję się do drzwi. Kiedy jestem na progu, Theophil niespodziewanie pyta:
            - Ktoś cię skrzywdził?
            Mimowolnie wypuszczam naczynia z rąk. Słychać głuchy odgłos potłuczonej porcelany i ostry, metaliczny brzęk tacy.
Stwórco ratuj.  
Chcąc zyskać czas i wymyślić coś na wymiganie się od rozmowy o przykrych wspomnieniach, schylam się i nerwowo, lękliwie i w napięciu zaczynam zbierać porcelanowe odłamki. Gorączkowo wertuję myśli i analizuję każde kłamstwo, które przyszło mi do głowy. Pogrążam się w nich, nie słysząc i nie reagując na dźwięki otoczenia.
            Wszystko zajmuje mi więcej czasu, niżbym myślała, gdyż nagle koło mnie znajduje się Theo, który z jękiem bólu, siada za mną i czule obejmuje ramionami, wywołując zaskoczenie. Nigdy bym się po nim nie spodziewała nagłego przypływu opiekuńczości, ale… Tego mi brakowało od dłuższego czasu. Uścisku, w którego cieple i miłości mimowolnie się rozpłynę. Nie wiedzieć kiedy w kącikach oczu poczułam wilgoć. Łzy. Dawno już nie płakałam. Myślałam, że się pogodziłam, ale najwyraźniej nie. Rana nadal jest. Zakrzepła, ale nie zagoiła się. Przy draśnięciach od nowa krwawi. Boli.
            Theophil opiera się o uchylone drzwi, zamykając je plecami. Przytulam się mocniej. Słyszę rytmiczne bicie serca. Jest jak zimny opatrunek na oparzenie. Przykrywa wspomnienia tamtego momentu, kiedy przy najważniejszych głowach Bokerlandu usłyszałam jego ostre słowa. Nigdy ich nie zapomnę. Próbowałam, ale zbyt głęboko zagnieździły się w umyśle. Mogę jedynie zmieniać opatrunki.
        Słone krople nie płyną już pojedynczymi, eliptycznymi perełkami, lecz srebrzystym strumykiem. Theo obejmuje moją głowę i z uczuciem głaszcze.  Kciukiem ociera mokre policzki, nie zważając na to, że zamoczyłam mu opatrunek. Zanurza twarz w moich puszystych włosach. Drażni skórę ciepłym oddechem. Czuję, jakby chodziły po niej mrówki, jakby tym chciał mnie uspokoić.   
            - Powiedz mi, co cię zadręcza. Czasem już samo wypowiedzenie czegoś na głos, nazwanie uczuć, przynosi ulgę, bo wiesz, z czym masz się zmierzyć. Może… może jakoś ci pomogę, zdołam sprawić, abyś w końcu była szczęśliwa. Wolna.
            Milczę i zanoszę się większym płaczem. To już nie jest cierpienie w milczeniu. Mogę się założyć, że płaczliwe hausty powietrza słychać na końcach korytarza. Zazwyczaj wywołuje to we mnie lęk. Próbuję się opanować. Wewnętrznie krzyczę ,,Przestań. Było. Minęło. Nie wróci. Nie zmienisz już nic!” Lecz efekt jest odwrotny, niż bym sobie życzyła. Wszystko się pogłębia i mocniej rani. Wyczerpuje psychicznie i fizycznie. Wywołuje pragnienie skurczenia się do rozmiarów główki od szpilki. Zaginięcia we własnej pustce, aby nic nie czuć. Zniknięcia z tego świata, przepełnionego złem, potworami, ludźmi, którzy czasem są gorsi od bestii… Cały napływ smutku kończy się niespodziewanym zaśnięciem tam, gdzie aktualnie chowam się z bólem. W opuszczonej komnacie. Na łóżku. Na fotelu. Przy kominku na zimnej podłodze. Pod drzewem w kącie małego ogrodu. W nocy na ławce przed wejściem do twierdzy. Budzę się zrezygnowana, zniechęcona wszystkim i wyprana z wszelakich uczuć prócz jednego. Zagubienia we własnej egzystencji.
Tylko raz obudziłam się w  pokoju pod ciepłą pierzyną, gdzie ktoś mnie przyniósł z bardziej widocznej części ogrodu. Do dziś nie wiem, kto to był.
            - Proszę, powiedz. Możesz mi zaufać. Nie mogę znieść twojego bólu – mężczyzna zatroskanym szeptem przerywa ciszę. - Kiedy cierpisz, czuję się taki bezradny. Chcesz, to możemy razem udźwignąć twój ból. Chociaż jestem typem lekkoducha, to nie zostawię cię nigdy. Nie zranię cię. Obiecuję.
            Wznoszę oczy ku górze i patrzę na niego. Coś w jego obliczu sprawia, że trochę się uspakajam. 
- Jesteś blady – wybąkuję. – Idź się położyć.
- Nie – odpowiada krótko.
- Twoje zdrowie jest ważniejsze.
- Wymigujesz się. Mam wrażenie, że chcesz wszystko zatuszować, zamknąć w sobie. Zapomnieć. Tak się nie da. Nie możesz uciec od przeszłości i niszczyć swojej psychiki, przez odsuwanie zdarzeń w podświadomości. Szczególnie po ostatnich kilku minutach twojego załamania, Thaniel.
Thaniel. Stwórco, to tak pięknie i słodko brzmi w jego ustach, przelatuje mi przez myśli, kiedy się podnoszę. Ledwo stoję, czuję zawroty w głowie i brak mi sił, ale jakoś trzymam się na nogach. Podaję mu rękę. Mag wstaje, lecz najwyraźniej nie ma zamiaru puścić dłoni, gdyż zacieśnia uścisk. Prowadzi mnie w stronę fotela, popycha na niego i zmusza do opadnięcia na miękkie siedzisko.
Mężczyzna staje naprzeciwko fotela, a jego mina wyraźnie mówi, że nie ustąpi, dopóki nie powiem wszystkiego.
            A może warto mu powiedzieć? Zginam nogi i ciasno obejmuję je ramionami, na których opieram brodę. Wpatrując się w przyjaciela, zastanawiam się przez dłuższą chwilę.
Jakby nie patrzeć, z nikim jeszcze nie miałam tak dobrej relacji. Cały czas czułam, że oni wszyscy są tylko i wyłącznie dla sławy, którą nam dało zabicie Arcyupiora. Tak przynajmniej mi się zdaje. W końcu, gdyby naprawdę towarzyszom zależało na mojej osobie, nie zostawiliby mnie. Nie poszedłby każdy w swoją stronę.
Jedynie Waxilla darzyła mnie bardziej szczerymi uczuciami. Jej nie zależało na sławie. Była na to za stara, o czym sama bez ogródek powiedziała. Czarodziejka ruszyła z nami tylko dlatego, aby na starość wyrwać się z Kręgu Magów i poczuć powiew świeżego powietrza. Jej jedynej mogłam ufać. W przypadku staruszki oczywistą rzeczą był powrót do Kręgu, którego tak właściwie nie może opuszczać.
Swoją drogą… Byłam głupia, ufając im. Lecz nie miałam wyjścia. Sama nigdy nie zakończyłabym tego nękającego świat zła. Zginęłabym na samym początku. Tak, zabijając Arcydemona, uratowałam świat, przeżyłam i nie stanęłam u progów tamtego świata.
Tak, muszę komuś opowiedzieć wszystko od początku. Zacząć sama leczyć rany. Nikt inny nie chciał mi w tym pomóc.
- Za bardzo mi na nim zależało, za bardzo go kochałam...- zaczynam niejasno, rozkojarzona przez zmęczenie. -  Nie, nie kochałam. Kocham nadal. Pomimo wszystko, mimo upokorzenia przed całą szlachtą Bokerlandu, tęsknię za jego zawadiackim sposobem bycia i kochającymi ramionami. Za jego próbami pocieszenia, wspólnymi treningami w wolnym czasie… Za czułymi pocałunkami… – wzdycham. – Ale pewnie nie wiesz, o kogo mi chodzi? – pytam retorycznie. –  Alistair. Wielki król rodu Lastig. Błękitna krew z krwi słynnego Marica Lastiga – mówię pogardliwie. –  Odkąd około trzech lat temu w Greencliffe powiedział mi o swoim królewskim pochodzeniu, obiecywał, że będę jego najwspanialszą królową na świecie. Lecz cóż wobec jego wysokiej pozycji społecznej ma zwykła dziedziczka Niskoża, której bestialsko zamordowali rodzinę? – wzdycham ponownie. – Głupia. Myślałam, że jego współczucie, próby pocieszenia mnie, rozweselenia i czułości były prawdziwą miłością. Myliłam się. Taka istnieje tylko w bajkach dla dzieci, które codziennie na noc czytywała niania. Tam książę spotykał cudowną księżniczkę, a ich uczucie przezwyciężało nienawiść rywalizujących od kilku lat rodów i wszystko kończyło się sojuszem z hucznym weselem. Co za gnida.


Theophil Akanti

W komnacie zapada cisza.
Chociaż tak bardzo chcę coś powiedzieć, pocieszyć, sprawić, aby ona nie cierpiała, nie mogę. Nie umiem znaleźć odpowiednich słów. Z resztą od dzieciństwa nie potrafiłem. Uciekałem się do ogólników typu ,,Z czasem wszystko się wyjaśni, nie przejmuj się.” Aby następnie rzucić mniej lub bardziej udanym żartem, czy sarkastycznym tekstem. Dzięki temu zawsze otrzymywałam zamierzony efekt odejścia od problemów rozmówcy. Ludzie nie mieli mi tego za złe, więc zacząłem być coraz lepszy w dowcipkowaniu i zdobywaniu popularności wśród otoczenia, w którym się obecnie znajdowałem. To chyba nie był dobry pomysł.
Teraz, kiedy naprawdę zależy mi na czyimś szczęściu, żałuję, że nie wytężyłem swojej makówki i nie próbowałem znaleźć sposobu na rozwiązanie czyichś spędzających sen  z powiek zmartwień.
Jakby nie patrzeć, również mi niezbyt dobrze prognozuje brak wspomnianej umiejętności. Nie mam na myśli przeszkód związanych z planem ucieczki, które były moimi jedynymi poważnymi problemami. Tę sztukę opanowałem na wysokim poziomie, chociaż do łotrzyka wiele mi brakuje. Chodzi mi o prawdziwe utrapienia, które mogę napotkać w dalszym życiu.
Dalsze życie… Nigdy o nim nie myślałem. Na pewno stałym elementem mojej przyszłej egzystencji będzie ukrywanie się przed Kręgiem, ale muszę coś wymyślić. W końcu sama ucieczka nie ma sensu i marnuje życie. Mmmm… może przefarbuję włosy i ucieknę do Fanaju?
Poza tym nie czas teraz na filozoficzne myśli o moim dalszym istnieniu na Ziemi. Nawet nie wiem, skąd się pojawiły. Chwila, wiem. To dzięki niej, Nathanielle. Swoimi smutnymi, niezrozumiałymi, czasem nawet pesymistycznymi zdaniami, które zdarzało jej się wypowiadać, zmieniła mój punkt patrzenia na życie.
Teraz też już wiem, co miała na myśli wypowiadając je.
Jeszcze nigdy nie spotkałem tak wartościowej osoby, a jednocześnie tak potężnie skrzywdzonej przez życie i pomimo tego nie poddającej się. Walczącej w imię dobra całego świata i jednocześnie nie robiącej tego dla chwały a czystej bezinteresowności. Osoby, która pomimo tragedii, stara się pokonać zło. Próbuje to zrobić samotnie, praktycznie nie mając przyjaciół wśród starej i nowej drużyny. Jedyną ostoją, prócz tej gnidy, była dla niej staruszka… Waxilla. A przynajmniej tak się domyśliłem, widząc reakcję dziewczyny na jej spotkanie. 
Eh… Do prawdy biedna Thaniel. Już sam niespodziewany atak na jej rodzinę załamuje niejednego człowieka. Odciska piętno w psychice, wywołując strach przed kolejną stratą osób, które stały się bliskie. Widocznie ostatnio już nie może sobie poradzić, nie daje rady ukrywać swojej słabości. A tamto zajście było naprawdę dużym ciosem dla całej rodziny Elarienów. 
Bawiąc się w berka z Templariuszami i Kręgiem, słyszałem jedynie plotki, że na Niskożu doszło do jakiejś krwawej zdrady. Wszystko potwierdziło się, kiedy znaleźliśmy w celi Eaniela Lidran, syna mieszkającego tu arla Lidran, który zdradził i zaatakował swoich przyjaciół, Elarienów.  Nathaniella widząc go za kratkami, miała ochotę, wyrwać żelazne drzwi, rzucić gdzieś daleko i doskoczyć do Eaniela, z żądzą natychmiastowego uduszenia. Takiego błysku czystej nienawiści i żądzy mordu jeszcze nigdy u niej nie widziałem. Nawet nie sądziłem, że kiedykolwiek ujrzę, gdyż na pierwszy rzut oka Natha nie wydaje się być agresywna. Przy lepszym poznaniu te pozory nie mylą. Dziewczyna niekiedy zabija ludzi, bo musi. Nie ma wyjścia, jeśli chce uratować własną skórę.
Ostatecznie, kiedy Eaniel przekonał ją, że ojciec nic mu nie powiedział o ataku, samego ojca ma w głębokim poważaniu i nie aprobuje jego decyzji, zostawiła go żywego i zabrała do drużyny ze względu na łucznicze umiejętności.
            Zachrypnięty głos Nathanielli przerywa ciszę.
            - Przepraszam. Ja… lepiej już pójdę do siebie. Nie. Nie powinnam… – urywa jakby chciała coś dopowiedzieć, lecz sama jeszcze nie wiedziała, co dokładnie.
            Patrzę na nią pytająco.
            - Nie powinnam ci zawracać głowy.
            - Nie, nie myśl tak. Nigdy mi nie przeszkadzałaś, Thaniel – oponuję. 
            - Jesteś pewny? Kilka chwil temu zapewniałeś mnie, że mogę ci powiedzieć wszystko. To czemu milczałeś, gdy to zrobiłam?
            Otwieram usta w proteście, lecz żadne odpowiednie słowa nie przychodzą.
            - Widzisz? Dlatego. – Strażniczka ożywia się. – Cholera, a co ja liczyłam!? Na pomoc? – pyta retorycznie. - Nie powinnam ci nic mówić. Powinnam być silniejsza. Powinnam…
            Zrywa się z miejsca, mocno mnie popycha i wybiega za drzwi, w złości zamykając je z trzaskiem.
            Nie mogę jej zrozumieć. Czemu uciekła? Czy doznane krzywdy aż tak zasłaniają jej prawdę i nie pozwalają zobaczyć dobra w innych ludziach?
            Mam ochotę pobiec za nią, jednak daję sobie spokój i wracam na łóżko. Ma rację. Nie wyzdrowiałem na tyle, aby przebywać dłużej poza nim. Poza tym nie wiem, gdzie się udała i przyda jej się odrobina spokoju, na przemyślenie całej tej sytuacji. 


             Nie przyszła przez dwa dni. Przysyłała kogoś z naszych towarzyszy, lecz sama nie zajrzała nawet przez uchylone drzwi. W końcu zżerany ciekawością pytam się Eniela;
            - Co z Nathaniellą?
            - Poluje na bandytów, rozwiązuje problem kolejnego szlachcica, leży martwa od pajęczego jadu...  – odpowiada żartobliwie. – Nie wiem. Dwa dni temu wybiegła z samego rana i ślad po niej zaginał. Stajenny widział, jak bierze konia, zarzuca worek na plecy i wyrywa się galopem wprost przed siebie.
              - A ty śmiesz stroić sobie żarty? Swoją drogą, nigdy mnie nie bawiły. A wracając do Thaniel…
- Thaniel? Ty to wymyśliłeś? – Eniel przerywa mi z drwiną na twarzy.
- A wracając do Thaniel…
- Wiesz, że nie lubi jak się ją tak nazywa? – znowu się wtrąca.
- A wracając do Thaniel…
- Theo, co ty tak się nią przejmujesz? Pojechała to wróci. Jakoś tak się trafiło, że Waxillia wspomniała o którymś z jej niespodziewanych wypadów. Wróciła posiniaczona, ale żywa. Dostanie nauczkę, to zawróci.
Warczę.
- Jesteś cholernym, skretyniałym ignorantem, wiesz?! – wykrzykuję. Wracając do Thaniel, trzeba było kogoś za nią wysłać. Przecież mamy aż trzech magów z rozwiniętą zdolnością namiaru.
- Byli na misjach, nie pamiętasz? Alex wrócił trzy godziny temu. Z jego mocami to zbyt późno, aby ją namierzyć.
- Eh, czy tylko ja wysłałbym Alexa pomimo wszystko?
- Jak widać lub nie widać, tylko tobie na niej szaleńczo zależy. Ja tam wierzę, że wróci za maksimum trzy dni.   
- Lidran, czy ty mi coś sugerujesz?
- Nic czego nie widać, więc po co ta subtelna złość?
            - Co tej kobiecie odbiło?! Nie wierzę, że z tego powodu… - wzdycham, zrezygnowany.
            - Z jakiego powodu?
            - Nie powiem, bo nie wiem, czy mogę.
            - Jeśli nie obiecałeś milczenia, to czemu nie?
            Po krótkim namyśle, odpowiadam wymijająco:
            - Cóż… Powiedzmy, że trochę nieświadomie poruszyłem jej wspomnienia.
            - No proszę, proszę. Zacząłeś interesować się czyjąś prywatnością, skoro mówisz półsłówkami?
            - Idź do diabła, Lidran. Jeśli przyszedłeś tylko po to, aby wygłaszać swoje chamskie przyśpiewki, to natychmiast możesz się stąd wynieść.
            - Bo co? Coś mi zrobisz? Phi. Chyba nie w tym żałosnym stanie.
            - Na ciebie zawsze znajdę raniącą iskierkę mocy. 
            - Już się boję – prycha. – Idę. Mam lepsze zajęcie niż użeranie się z tobą – mówi na odchodnym, po czym wychodzi z hukiem zamykanych drzwi.
            Skoro masz inne rzeczy do roboty, to po jaką cholerę tu przyszedłeś? Przecież nikt mu nie kazał, ani nie zmuszał. Wszyscy wiedzą, że miedzy nami jest napięcie i lepiej nie zostawiać nas samych, jeśli to nie jest konieczne. A może jednak? Myślę, że w tym całym sprzeczaniu się, wyprowadzaniu z równowagi, a czasem doprowadzaniu do białej gorączki, nigdy nie posuniemy się do bardziej poważnych czynów. Gdyby tak było, już dawno któryś z nas, w wirze walki, opuściłby towarzysza w potrzebie. Eh, przestań, Theophil, zanim wymyślisz kolejną, beznadziejną teorię spiskową.   
            Kilka razy przekręcam się w łóżku. Stwórco, to robi się już nudne i męczące. Ile można leżeć i nic nie robić? Odrzucam kołdrę na bok i całkiem sprawnie podchodzę do okna, za którym leje jak z cebra. Pomimo to pociągam klamkę i wpuszczam do środka trochę świeżego, chłodnego powietrza. Robi się coraz zimniej, co oznacza srogą zimę. Zostawiwszy uchylone okno, kieruję się po koc, zakładam go na ramiona i wychodzę z pokoju, kierując się korytarzem w stronę ogrodu, ukrytego wewnątrz zamkowych murów. Siadam pod szklanym dachem i biorę leżącą na stole książkę, którą Nathaniella czyta w wolnej chwili. Z braku zajęcia otwieram na pierwszej stronie i zaczynam czytać.


            - Nathaniella, nie! – podrywam się z krzykiem i rozglądam wokół siebie. – Ogród, spokojnie, to tylko sen. – Biorę kilka oddechów na uspokojenie. – Ona tego nie zrobiła, ona nadal żyje  – mówię sam do siebie i schylam się po książkę, która spadla mi z kolan, kiedy wstawałem.
            Przestało już padać, a niebo zabarwiło się na nocny granat. Pomimo że jest mi zimno, nie mam ochoty wracać do pokoju, więc siadam na ogrodowym fotelu i próbuję przypomnieć sobie sen.
            – Pamiętam go zbyt wyraźnie. To nie wróży niczego dobrego – mruczę pod nosem. – Była noc, a ja biegłem szybko, wręcz piekielnie szybko jak na moje możliwości fizyczne, przez gęsty, dość stary las… Za mną leciała kula, oświetlająca teren zimną bielą. Uciekałem? Nie, nie uciekałem. Czegoś lub kogoś desperacko szukałem, bo rozglądałem się na wszystkie strony. Ale nie znalazłem. Kur…- urywam, gwałtownie wstając i przewracając stolik w pobliżu. – Nie, nie może być! Błagam Stwórco, powiedz, że to nie jeden z moich Obsonis! Ona nie może… Nie pozwalam! Zabiję, ją jeśli tylko spróbuje! – krzyczę, biegnąc przez korytarz do jadalni, gdzie o tej porze wszyscy zbierają się na kolację. Z resztą nie mam wyjścia, gdyż to jedyna droga prowadząca do korytarza z drzwiami wejściowymi.
- O, widzę, że już odzyskałeś siły. – W drzwiach staje Eaniel. – Czego tak krzyczysz?
- Z drogi, Eaniel, bo ciebie też zabiję.
- Co? – dopytuje zdezorientowany, lecz ja go ignoruję i dalej biegnę przed siebie.
Po drodze, z komody stojącej blisko kominka z roztańczonymi językami ognia, chwytam torbę Relanny i kurczowo ją trzymając, sprawdzam, czy aby na pewno los mi sprzyja i znajdę tam oczekiwane przeze mnie fiolki z miksturami. Lodowy Okład, Ciepłe Iskry, Mądra Sowa, Bystrowzrok… Wymieniam w myślach. I… Tak! Pełna strzykawka Ishilium VitaeVii.
Zawarte w nim Duchowe Cząsteczki, są niemalże stuprocentowej jakości. Niezwykle drogie, ale uzupełniają manę do maksymalnego poziomu, a nawet go przekraczają. Niestety, niosą też wielkie ryzyko. Nieliczni są w stanie wytrzymać ogrom dostarczonej mocy i sił witalnych, dlatego zaleca się stosować je w wyjątkowych sytuacjach i tylko potężnym magom. Czy ja do nich należę? Eh, jest jesynie jedno wyjście, by się przekonać. Staje na schodach, prowadzących na zewnątrz i pozbywam się bandaży. Sina, zakrzepła rana wygląda okropnie. Na szczęście nigdzie nie widzę ciemnych linii, rozprzestrzeniającego się jadu. Relanna świetnie się spisała. 
Przykładam igłę do rany i wstrzykuję jarzącą się błękitem substancję, po czym upadam na kolana. W życiu nie czułem jeszcze takiego bólu! Mam wrażenie, jakby zamiast krwi w moich żyłach płynął najbardziej żrący kwas świata, a zranione miejsce smagały ogniste płomienie. Pod skorą powoli rysują się zielonkawe linie, biegnące zgodnie z naczyniami krwionośnymi. Mocno zamykam oczy i zaciskam szczękę, by nie krzyknąć. Nie wytrzymuję. Krzyczę tak głośno, jak nigdy dotąd.
- Theophil, ty debilu! Coś ty narobił?! – w agonii dobiega mnie przerażony okrzyk Relanny, która pojawiła się znikąd. - Życie ci niemiłe? Przecież możesz tego nie przeżyć!
- Zaraz… się… przekonamy – mówię z trudem i spoglądam na swój nagi tors. Rana się zagoiła. – Widzisz. Połowa sukcesu, ekh, za mną… - urywam i dyszę, gdyż proces gojenia odebrał mi wszystkie siły. Opadam na zimne, kamienne schody, a przed oczami pojawiają mi się kolorowe mroczki, o przedziwaczonych kształtach. Teraz tylko mikstura musi przebyć cały krwiobieg, wnikając do każdej komórki i dostarczając każdej indywidualną porcję Cząstek Duchowych, zależną od zapotrzebowania na energię, a poznam granice swojego organizmu.
Będąc na granicy przytomności, wodzę wzrokiem za przemieszczającą się kreską, oświetlającą pobliskie komórki. Cały proces spowalnia krążenie, lecz mimo to trwa dość szybko, więc niecałe dwie minuty później substancja dociera do centrum klatki piersiowej i udaje się nieco w lewo. Wytężam słuch.
Bum. Pierwszy ton serca, nieco głośniejszy od naturalnego.
Bum. Drugi…      
Przeżyłem.
- Już wiesz, życie jest mi miłe. – Kładę ręce na podłodze, odpycham się, opieram na kolanach i dłoniach, po czym powoli wstaję. Stojąc, uginam się pod ciężarem własnego ciała, jakbym dźwigał kilkanaście kilogramów niepotrzebnego żelaza. - A teraz z drogi. Muszę znaleźć Nathaniellę, zanim popełni największy i ostatni błąd swojego życia.
- Co ty pleciesz?
- Miałem sen z rodzaju tych, które pamiętam. – Spoglądam na torbę. – Nie masz żadnych Średnich Ishilium? Ani nawet Małych?
- Nie, jutro miałam się wybrać do Aarrantu i zaopatrzyć.
- Trudno. I tak pójdę. Podczas pełni nie kręci się tyle stworów po lasach. W razie czego powinienem dać sobie radę. Umiem blokować naturalny upływ Ducha, więc przedłużę działanie Cząsteczek.
- Rób, co chcesz. W twojej sytuacji ja bym się nigdzie nie ruszała. – Otwieram usta, aby się wtrącić, lecz ona szybko dodaje. – Tak, tak, wiem. Rzadko który z twoich Obsonis jest mylny, ale w końcu to Nathaniella. Jest silna. Nigdy nie zrobi czegoś takiego.
Obojętnie macham ręką, biorę torbę i ignorując jej prośby, udaję się w stronę stajni.
- To chociaż, na miłość Stwórcy, załóż coś na siebie.     
- To mi przynieś, tylko szybko.
Kiedy Relanna odchodzi, wyprowadzam wierzchowca, sprawnie zakładam uzdę i ulubione siodło. Czarodziejka wyrobiła się w czasie, gdyż właśnie podeszła do mnie z czarnym strojem maga, który zwykle noszę. Jest to jednoczęściowy kostium z bardzo szerokimi nogawkami u spodni, i luźną górą, którą przewiązuję białym paskiem z materiału. Dodatkowo narzucam na siebie białą pelerynę z dużym kapturem i miętowy szalik, który swobodnie owijam wokół szyi, a torbę przewieszam przez ramię.  


            Od godziny błądzę wśród drzew, żałując, że brak mi zdolności lokalizujących. Nietypowość tego miejsca definitywnie wskazuje na szukanie w niej ukrytego znaczenia. Była to wielka polana w środku lasu, oddzielona od niego głęboką, szeroką na dziesięć metrów, przepaścią. Na jej środku znajdowało się coś w rodzaju wysepki, na której stał szafot, obok którego leżał mały, ostry sztylet, i patrząca na niego Thaniel. 
            Czas nagli, a ja błądzę licząc, że Obsonis nie ukazał się zbyt późno, by zareagować, a takie sytuacje już miewałem.
No dalej, idioto, pomyśl, gdzie to może być! Co może odzwierciedlać w realiach ta parszywa polana! A przepaść? Myśl!
I nagle do głowy przyszło mi tylko jedno miejsce. Morski Zagajnik, gdzie lubiłem chodzić z Thaniel, odpocząć po męczącym dniu. Wszystko by się zgadzało. Polana była w istocie polaną, a owa przepaść, klifem, na którym się ona znajdowała.          
            Uff… To całkiem blisko.
            Ruszam konia i kieruję się na południe. Najpierw dojeżdżam do ścieżki, jadę około kilometra i skręcam ponownie w głuszę, kierując się do Półek Skalnych. Za trzecią z nich jest Morski Zagajnik.
            Zsiadam z wierzchowca jakieś pięćdziesiąt metrów od małej szczeliny, prowadzącej na klif. Ostrożnie i cicho przeciskam się przez nią i… Tak. Stoi tam. Na samym brzegu, ledwo się na nim trzymając. Wzrok, te swoje cudowne zielone oczy, kieruje w przepaść, patrząc, chyba, na skalne kolce w morzu.
            Co mam robić? Zastanawiam się. Jeśli podejdę, może bez wahania skoczyć, a tego bym nie chciał. Może też odejść od brzegu, zdziwiona moją obecnością. Cicho wzdycham. Czemu czuję, że prędzej skoczy? Pytam się retorycznie, patrząc na swoje ręce. Przydałoby się zaklęcie paraliżujące, lecz  w tych dopiero się ćwiczę. Cholera, czemu byłem ślepym ignorantem, widzącym tylko sens w leczniczych naukach Diviratio? Trudno, muszę zaryzykować i użyć niewyćwiczonego drugiego, z dziesięciu możliwych, poziomu Paralisis. Wyciągam ręce przed siebie, prostuję dłonie i sztywno zginam kciuk do środka.
            - Droga Paralisis Dwa: Kontrolowany upadek - mówię, skoncentrowany i lekko odchylam się do tyłu, kierując ciało Nath na trawę. Gdyby się nie powiodło, kobieta przez jakiś czas miałaby zaburzenia w przewodzeniu obwodowego układu nerwowego. Wrogom mogę tego życzyć, ale nie ukochanym osobom.
            Podchodzę do niej i odciągam pod samą skałę. Siadam przy jej głowie i wyczarowuję małą, żółto-białą kulę ognia.
Gdybym znał poziom siódmy, byłbym w stanie ją odczarować, gdyż od piątego zaczynają się odczarowujące Antydrogi. Tak to muszę czekać, aż zaklęcie przestanie działać.
            Po sześciu minutach zaczynam się niecierpliwić. To trwa zbyt długo. Powinna obudzić się dwie minuty temu. Jeśli nie obudzi się za kilka sekund, jej mózg może się trwale uszkodzić z braku tlenu. Co prawda podczas paraliżu podstawowe funkcje organizmu działają, lecz przewlekłe osłabienie ich może powodować skutki uboczne.
            - Stwórco Jedyny Przenajświętszy! Co ja narobiłem! – wykrzykuję w przestrzeń i przerażony podrywam się na równe nogi. Stawiam kilka kroków do przodu.
            - Nie krzycz tak, bo mi uszy pękną. Żyję, tylko musiałam trochę poleżeć.
Odwracam się i widzę siedzącą niedoszłą samobójczynię, która rozmasowuje sobie kark, gdyż to on przyjął falę zaklęcia. Podbiegam do niej, klękam i mocno przytulam policzkiem do nagiej piersi, która odsłoniła się podczas jazdy, gdyż pasek lekko się obluzował. Lecz to nieważne. Dobrze, że żyje i ma się dobrze.
- Stwórco, czemu? Czemu chciałaś to zrobić?! – mówię podniesionym z troski o nią głosem. 
- Jak mnie tu znalazłeś? Skąd wiedziałeś, że chcę to zrobić? – pyta wymijająco.
- Obsonis. Śniła mi się otaczająca cię przepaść i ty przed szafotem. Twoje zamiary na dodatek były podkreślone małym sztyletem opartym o belkę – wyjaśniam. – Ale proszę, powiedz czemu.
Machinalnie zaczynam głaskać jej czarne, pofalowane włosy.
Natha zdycha i mówi;
- Nie mogę znieść kolejnych pustych słów obietnicy. ,,Pomogę ci.” ,,Nie opuszczę cię.” ,,Możesz na mnie liczyć.” To tylko kolejne, nic nie warte słowa. Zwykłe frazy bez żadnych dowodów potwierdzających ich prawdziwość. Tak wiele razy je słyszałam. Tak wiele razy były nieszczere. Tak wiele razy zraniły… Już nikomu nie jestem potrzebna. Z resztą, czy kiedykolwiek byłam? Świat musiał ktoś uratować. To zbieg okoliczności, że padło na mnie. Dla ludzi jestem heroiczną bohaterką z kandydaturą na świętą już za życia. Gdybym jeszcze tylko tego chciała… - milknie, odsuwa się i spogląda na mój bok. – Jesteś zdrowy? Przecież dwa dni temu jeszcze leżałeś. Podniesienie głowy znad poduszki było dla ciebie wysiłkiem… - urywa i dotyka zagojonego miejsca, delikatnie muskając go palcami. Mimowolnie przechodzi mnie przyjemny dreszcz.
- Zabrałem Relannie i wstrzyknąłem sobie Ishilium VitaeVii – informuję poważnym tonem.
Zamiera w bezruchu ze zszokowaną twarzą. Patrzy wprost w moje oczy.
- Ale… Mogłeś zginąć – szepcze.
- Nie ma piękniejszej śmierci od tej, która jest efektem podjętego ryzyka w imię ratowania bliskiej sercu osoby – mówię pełnym miłości głosem. – Naprawdę cię nie opuszczę. Pewnie nie wiesz, ale to ja przyniosłem cię do pokoju tamtego dnia, kiedy ze spuchniętymi oczami zasnęłaś na trawie w ogrodzie. Chciałem zostać, ale pomyślałem, że wolałabyś nie znać osoby, która cię przyniosła, aby nie wywoływać niezręcznych sytuacji.    
 Milczy. Marszczy twarz, jakby się od czegoś powstrzymywała. Po chwili w kąciku jej oczu pojawia się błysk. To kropla łzy.
Cisza przeciąga się, a we mnie rodzi się pytanie: Czy to odpowiedzi moment? Mam wielką ochotę w końcu jej to wyznać, ale… Coś mnie nadal powstrzymuje. Co to może być? Jej reakcja? Lęk przed odrzuceniem? Przed niezręcznymi sytuacjami?


Nathaniella Elarien
           
Unosi dłoń, delikatnie dotyka mojego policzka i ociera spływającą powoli łzę. Szczęka zaczyna mi drzeć. Theo nie zabiera ręki, lecz dopasowuje jej kształt do mojego policzka i delikatnie głaszcze kciukiem miejsce pod płatkiem ucha. Drżę. Stwórco, jakie to przyjemne…
            Dotykam jego dłoni swoją, dla przedłużenia gestu. Ponownie, tym razem głębiej, patrzę w jego fioletowe oczy. Nie łże, te oczy nie mogą kłamać. Są zbyt piękne, zbyt szczere…
            - Nathaniella, muszę ci coś powiedzieć – przerywa moje myśli łagodnym, miłym głosem. – Nie wiem, czy to odpowiednia chwila, nie wiem, jaka będzie twoje reakcja, ale… Kocham cię.
            Łzy ciurkiem płyną mi po twarzy. Rozpłakałam się na dobre, nie próbując nawet się powstrzymać.
Nigdy bym się czegoś takiego nie spodziewała. Co prawda, już raz doświadczyłam wyznawania miłości, ale to była zupełnie inna okoliczność, która jakby wyniknęła sama z siebie. Wtedy też nie wiedziałam, co to nieszczere uczucie wywołane rządzą sławy. Nie wiedziałam, że ludzie mogą być tacy okrutni, wiedząc, co stało się z moją rodziną. Nie oczekuję litości, ale wszystko ma swoje granice, nie?
            Zaczynam dygotać, wstrząsana płaczem i wiatrem, który nagle nadszedł znad morza. Theo nie puszczając pary z ust, zdejmuje biały płaszcz i zakłada go na moje ramiona. Przytulam się z powrotem, kładąc głowę pod zagłębienie szyi. Czuję naciskający na nią obojczyk. Mag przyciąga mnie do siebie jeszcze bliżej. Jego ciepło i rytm bijącego serca uspakajają mnie.
Po pięciu minutach siedzenia w bezruchu postanawiam w końcu wypowiedzieć swoje myśli na głos.
            - Theo, ja… - wzdycham. – Czuję, że wszystko, co mówisz, jest szczere, płynie z głębi serca, lecz  lękam się kolejnego odrzucenia. Ten psychiczny cios może mnie wykończyć całkowicie. Niemniej… Uratowałeś mi życie, ryzykowałeś swoim, aby to zrobić. A ja to zauważam. I… - zmieniam pozycję, siadając naprzeciwko niego tak, że nasze twarze dzieli kilka centymetrów - nie mogę okłamywać siebie – zbliżam twarz jeszcze bliżej. – Też cię kocham, Theo.
            Ostatnie słowo wypowiadam dotykając wargami jego ust, które powoli, ostrożnie, z nikłym wahaniem, zaczęły całować moje. Czas staje w miejscu i nie ma najmniejszego znaczenia. Wplatam place w jego czarne włosy, a drugą dłoń kładę mu na plecach. On obejmuje mnie w talii.
            Po kilku minutach, wtuleni w siebie, siadamy na skraju urwiska i wpatrujemy się w idealnie okrągłą tarczę nocnego kompana nieboskłonu, jaśniejącego wyjątkowo ostrym światłem na ciemnogranatowym, usianym migotającymi gwiazdami firmamencie spokojnego nieba. Przenoszę wzrok na jego rozciągnięte odbicie, burzone morskimi falami.
            - Jak myślisz, nie ma jeszcze północy, nie? – pytam zamyślona.
            - Chyba nie, a co?
            - Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
            - Pamiętałaś? – dziwi się.
            - A jakżeby miałabym nie pamiętać? – uśmiecham się. – Prezent dostaniesz jutro.
            - Stwórco, już nie mogę się doczekać. Jesteś genialna, Thaniel. Aż mi głupio, że ja nic dla ciebie nie miałem.
            - Nie przejmuj się. Po prostu bądź taki, jaki jesteś. Kochaj i nie opuszczaj.
            - Nigdy. 
            Po kilku minutach zasypiamy, wtuleni w siebie, pod sporym, sędziwym klonem o nieregularnym kształcie pnia, gdzieniegdzie pokrytego miękkim, zielonym mchem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz