Od Autorki: Ferie to ten magiczny czas, gdy łamiesz postanowienia... Nie mogłam się powstrzymać, więc macie kolejny rozdział. Jak zazwyczaj pisałabym i pisała tu sporo, tak dziś nie przynudzam i po prostu zachęcam do podarowania mi 5 min swojego życia i pozytywny oddźwięk :)
Itharinna
Alistair, nadal trzymając miecz w
ręku, powoli zaczyna okrążać leżącego na
podłodze przeciwnika. Po około czterech okrążeniach zatrzymuje się na
wysokości jego klatki piersiowej, ponownie dokłada miecz do gardła i z
nieukrywaną złością i pogardą cedzi przez
zaciśnięte żeby:
- Mam ochotę cię dobić, sukinsynie,
ale najpierw chyba pokusiłbym się o tortury. Nie jestem sadystą, lecz śmierć w
męczarniach należy się każdemu, kto dopuścił się zbrodni prowadzącej do straty tysiąca. Końca
powolnego i bolesnego. Bolesna jak strata ukochanych, których opłakiwały
rodziny. Przez całe życie miałem nadzieję na nawiązanie braterskiej relacji z
bratem, a ty mi ją odebrałeś. Lecz żadne męki nie spłacą tak wielkiego długu
liczonego w duszach. Zapytam z łaski, czy masz
jeszcze coś na swoją obronę?
Loghain nic nie odpowiada, tylko
wpatruje się w twarz blondyna. Po chwili zastanowienia mocniej chwyta ledwo
trzymany w dłoni miecz…
- Kurwa, Alistair! – wyrywa mi się niepotrzebnie. Było mało
realne, aby ten cios mógł poważnie zaszkodzić przyszłemu władcy, jednak nie
należy zbytnie lekceważyć byłego już regenta. Na szczęście Strażnik dokładnie w
tym samym czasie gwałtownie uderza ostrzem o miecz czarnowłosego. Broń z brzękiem ląduje około trzech metrów dalej.
- Chciałem tylko się podnieść,
idioto.
- Nie masz po co. Od razu byś padł.
Na dobre. Snem wieczystym – Ali mówi z wyższością. – Więc jak chcesz gadać, to
gadaj, a może to nie będą twoje ostatnie słowa.
- Więc nie wystarczy ci pozbawienie
honoru przeciwnika? Pragniesz z niego zrobić ofiarnego baranka, żądając krwawej
ofiary? Nie masz honoru? Chcesz zabić przeciwnika bez broni? - Loghain próbuje drwić, lecz Alistair stoi
nieugięty. – Chcę powiedzieć tylko jedno: nie doceniałem zarówno ciebie jak i Itharinny. Myślałem, że jesteście tylko dziećmi,
nieuświadomionymi o okrucieństwie wojny. Myliłem się. Doskonale wiecie, co ona
przynosi i w ogóle nie macie zamiaru bawić się w nią niczym w świetną zabawę, z
zasadami wymyślonymi przez was i, na z góry,
wygranej pozycji – milknie, powoli przekręca się na bok i niezdarnie pomagając
sobie zbolałymi rękami, podnosi się do pozycji przypominającej klęczenie
podczas gorliwej modlitwy. Sapnąwszy ze trzy razy z wysiłku, prostuje się w
plecach i mówi – Zdaję sobie sprawę, że nie zmienię twojej decyzji. Zginę tu i
teraz, płacąc za swoje winy. Pozwól mi tylko pożegnać się z moją córką i kończ
waść, wstydu oszczędź.
Anora
Przez cały ten czas stoję nieruchomo,
nie mogąc nawet drgnąć palcem. Wszystkie nerwy i mięśnie mam napięte do granic
możliwości, a serce bije przyspieszonym rytmem.
Jeszcze nigdy nie czekałam z takim napięciem na koniec potyczki między ojcem, a
jego przeciwnikiem. Może to dlatego, że jeszcze
nigdy walka tak bardzo nie decydowała o jego dalszych losach.
Alistair unosi rękę jak do cięcia i trwa
tak przez kilka sekund, w czasie których moje serce zaczyna szaleć do granic
możliwości, a ja cudem odzyskuję kontrolę nad kończynami. Na wpół nieświadoma
gwałtownie zrywam się z miejsca.
- Chyba mi tego nie zrobisz! Nie możesz
zabić mi ojca! Tylko on mi został, a ty jedyny wiesz, co to znaczy brak
rodziców! W końcu się bez nich wychowywałeś! Nie możesz być takim tyranem! Nie
tak się umawialiśmy! - krzyczę, hardo, w obronnym geście stając pomiędzy ojcem
i przyszłym mężem. Mam ochotę bić go pięściami,
ale się powstrzymuję, bo resztki racjonalnego myślenia i rozsądek podpowiadają
mi, że dla moich dłoni skończyłoby to się opuchlizną i szaro-sinym kolorem. - W
ogóle kimże ty jesteś, aby decydować o czyimś życiu? Bez względu na winy, nikt
nie zasługuje na śmierć z rąk bliźniego,
dokonującego subiektywnego osądu. Żaden człowiek
nie powinien decydować o czyimś życiu, bez względu na
popełnione przez nią zbrodnie. Tak może zrobić tylko Stwórca!
- Odsuń się, Anoro. Ciebie nie chcę
skrzywdzić – warczy z niecierpliwością.
- Najpierw musisz zabić mnie, a potem
dopiero jego. Będę go chronić, pomimo jego win. To mój ojciec. Wiedz też, że
gdy to zrobisz, zerwiesz umowę, a ja zwyciężę.
W tym momencie podbiega Itharinna,
chwyta nadgarstek Strażnika i z niepowodzeniem próbuje wyszarpać mu miecz,
trzymany z zaskakującą siłą.
- Alistair, opanuj się do jasnej
cholery! Co w ciebie wstąpiło?! – wrzeszczy mu wprost do ucha.
- Jego kapitulacja mi nie wystarczy.
- No chyba sobie żartujesz! – oponuję.
- Itharinna, przez niego zginęli ludzie
i tego nie zaprzeczysz. Musi ponieść karę za wszystkie czyny!
- Jego śmierć nic nie zmieni, nawet,
gdybyśmy bardzo tego chcieli i błagali Stwórcę o cud. On może się przydać.
- Ale…
- Ona ma rację – do rozmowy wtrąca się
milczący do tej pory Riordan. – Niech przejdzie Rytuał Dołączenia. Mało mamy w
Fereldenie Strażników.
- Ale on może nas zdradzić w każdym
momencie! – burzy się Alistair.
- Nie zaprzeczysz, że w obecnej sytuacji
potrzebujemy każdej pary rąk zdolnej do walki, niezależnie od rasy, pozycji
społecznej, czy umiejętności. A co do umiejętności, to niewątpliwie ten
człowiek ma ich dużo. W końcu nie bez powodu ma rangę generała.
- Ale Riordan! On zdradził kraj, nie
poszczególne osoby, lecz całą ludność Fereldenu! Na dodatek tchórzliwie
obarczył winą Szarych Strażników… Torturował ludzi, w tym ciebie – akcentuje. –
Chyba nie chcesz puścić mu tego płazem? – Alistair argumentuje, machając rękoma
na podkreślenie wagi wypowiedzi.
- Tak, ale Arcydemon nie zabije się sam.
Czasem trzeba pocierpieć nie tylko fizycznie, aby uratować istnienie wielu. A
przecież to jest jedno z głównych celów Straży: ratowanie niewinnych i
bezbronnych przed pomiotami. – Strażnik wzdycha. – Nie nam decydować o jego
losie. Niech zadecyduje Itharinna.
Itharinna
Nagle wszystkie oczy skierowały się
na mnie. Nie jest to nic nadzwyczajnego, ale nie wiedzieć czemu, poczułam się
nieswojo. A może to ciężar decyzji, który na mnie zrzucono? Osobiście mam
ochotę go zabić z czystej nienawiści, ale… Niestety Riordan ma rację. Jest nas
zbyt mało, a zwycięstwo Loghaina pod rzeką Dan nadal pamiętają tysiące, gdyż
udowodnił, jak potężny posiada umysł stratega. Anora…. Ona wypowiedziała
chowającą się gdzieś we mnie, pod warstwą emocji, myśl. Kim jesteśmy, by sądzić
siebie wyrokiem ostatecznym? Na pewno nie bogami. Coś mi podpowiada, że to
kolejny wybór między racjami serca i umysłu. I jeszcze ta cała umowa.Co zrobi Anora, gdybyśmy się jednak z niej nie wywiązali? Jakie miałoby to konsekwencje dla Fereldenu i końca Plagi?
Po tej chwili niezbyt głębokiego
zamyślenia w panującej, napełnionej napięciem ciszy, podejmuję chyba najlepszą
decyzję.
- Ma pięćdziesięcioprocentową
szansę. Zostawmy to losowi. Riordanie, flakonik.
- Oszalałaś!
- Nie, Ali.
- To mnie powstrzymaj.
Spoglądam na Wiedźmę z Głuszy.
- Na życzenie. Morrigan, paraliż.
- Z przyjemnością.
Jeden ruch, a Alistair zastyga tak, jak
stał.
Loghain
Itharinna podchodzi do mnie, otwierając
flakonik. Zdejmuję prawą rękawicę i z drżeniem rąk, biorę go od niej. Unoszę na
wysokość linii oczu, oglądam pod światło. Nieprzezroczysty, potrząsam, gęsty,
przypomina skoagulowaną jadem węża krew. Podstawiam pod nos i wącham. Dziwny, krwisty a zarazem słodkawy zapach powoduje, że zaczynam się
dławić, toteż szybko odsuwam fiolkę. Moje zachowanie może wydawać się dziwne,
ale coś mi mówi, że wolę wiedzieć, od czego mogę zginąć lub też co na zawsze
wypaczy moje ciało.
Stwórco,
jaki los mi szykujesz? Spotkamy się dziś? W czasie walki z pomiotami i
Arcydemonem? A może za te kilkanaście
lat, kiedy to umrę ze starości?
Unoszę ampułkę do ust.
- Ojcze, zaczekaj! Nie musisz tego
robić.
- Muszę, Anoro. Trzeba pokornie przyjąć
los, który nas spotka. Niezależnie od tego, czy nam sprzyja, czy nie. Miejmy
nadzieję, że Stwórca pozwoli mi jeszcze żyć a jeśli nie, to niech nad tobą
czuwa.
Łykam zawartość buteleczki i szybko
połykam, nie chcąc mieć za długiego kontaktu z gorzką, cierpką cieczą, która
przechodząc przez gardło, wywołuje wstrząs obrzydzenia. Płyn szybko się
wchłania powodując ostry ból. Pojawiają mi się mroczki przed oczyma. Osuwam się
na podłogę…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz