![]() |
| Elfka znaleziona gdzieś w internecie, ale podobna do mojej :) |
Od Autorki: Dawno już napisane przesłuchanie z początku gry, w którym to Cullen pokazuje swoją demoniczna stronę... o ile taką ma :D Miłego czytania
Cassandra
Stojąc przed
wejściem do naszej siedziby, spoglądam na Wyłom i zastanawiam się, czy Cullen
przywiezie nam nowe informacje. Moim zdaniem to był zdecydowanie zły pomysł,
aby tam pojechał. Nigdy nie wiadomo, co jeszcze wyleci z tego cholerstwa. Gdyby
zginął, stracilibyśmy świetnego dowódcę i jednego z nielicznych ludzi, którzy
dobrze władają orężem i który umie nauczyć świeżaków czegoś pożytecznego. Nie
wierzę, że ten argument do niego nie trafił. Wręcz przeciwnie, pomyślał, że
sugeruję mu brak umiejętności. Tak na marginesie, to było dziwne. Nigdy nie był
przewrażliwiony na tym punkcie. Lecz teraz, żyjąc w obawach przed nieznanym, można zostać niewolnikiem stresu, stracić
pewność siebie i w efekcie czepiać się wszystkiego.
Myśli przerywa
mi pojawienie się dwóch żołnierzy, o ile się nie mylę Iaena i Alexa, oraz konia, na którym leży nieprzytomna,
ubrudzona pyłem elfka.
- Kto to? –
pytam stanowczo.
- Wyleciała z
Wyłomu. Komendant kazał ją zabrać i wsadzić za kraty – odpowiada Iaen.
- Gdzie teraz
jest?
- Najprawdopodobniej
jeszcze walczy z innymi. Około dwadzieścia minut po ostrouchej wyłoniły się dwa
stwory.
- Wracajcie im
pomóc. Ja się nią zajmę.
- Tak jest,
Poszukiwaczko – odpowiedzieli razem i już ich nie było.
Podchodzę do więźnia. Sprytne, myślę i rozwiązuję supeł.
Ostroucha natychmiast spada na ziemię. Coś
tu nie pasuje…
- Mam cię wziąć na ręce i nosić jak
księżniczkę, czy sama łaskawie wstaniesz i pójdziesz za mną do lochów? – Brak
reakcji. – Nie udawaj, wiem, że jesteś przytomna. Wstawaj. – Kopię ją w biodro.
Dopiero to poskutkowało. Powoli wstaje.
Mocno, wbijając paznokcie w skórę,
łapię kobietę i szarpiąc, kieruję na schody w dół, do lochów.
Idzie strasznie
wolno, ze zwieszoną głową, nie ogląda się po otoczeniu, nie szuka drogi
ucieczki. Nawet nie puszcza pary z ust. To dobrze, że ma rozum i rozumie swoją
opłakaną sytuację, która na pewno się nie zmieni. Poza tym, nie mam sił
wysłuchiwać beznadziejnych błagań o darowaniu życia i puszczeniu na wolność z
racji swojej niewinności. Ugh, to trwa zbyt wolno. Przyspieszam kroku. Elfka, chwieje się i upada na zimną posadzkę.
W tym momencie jej dłoń zaczyna iskrzyć zielenią.
- Aaaaaaa!!! - Pojmana
wydobywa przenikliwy wrzask bólu.
- Stwórco! Co
to?! – wykrzykuję w tym samym czasie i odskakuję od elfki niczym oparzone
dziecko od gorącego rondla.
- Nie dam rady… - szepcze zachrypniętym głosem i traci
przytomność.
- Na Stwórcę.
Sama tego chciałaś – irytuję się i zaczynam ciągnąć ją po podłodze.
Chwilę potem
docieram do więzienia, rzucam ją za kraty, zakładam kajdany i zamykam drzwi.
Irvilla
- Ugh… - stękam z bólu. Czuję go
dosłownie wszędzie. Nie wiem, czy jeszcze zostało chociaż jedno miejsce,
którego by nie przeszywał. Najbardziej niemiłosiernie boli głowa, lewa ręka,
okolice brzucha i biodro. A to jak dla zwykłej kobiety zbyt dużo. Do tego
dochodzi zimna posadzka, potrzeby fizjologiczne i mało wygodna pozycja. Na
dodatek zostałam skuta kajdanami.
Jak
się tu znalazłam? Próbuję sobie coś przypomnieć. Jedyne, co pamiętam z
przypuszczalnie ostatnich minut przytomności, to mocny kopniak kobiety, zaraz
po brutalnym spadnięciu z czegoś, ból w dłoni i zielony rozbłysk. Nic z tego nie rozumiem…
Na tyle, ile mogę, rozglądam się po
pomieszczeniu, w którym nie ma dosłownie nic, nawet najbardziej prowizorycznej,
więziennej pryczy. Próbuję wstać i oprzeć się plecami o ścianę. Uff… udało się. Krzyżuje nogi w
kolanach, opieram z jękiem o nierówny kamień i próbuję analizować
beznadziejność swojego położenia. Ah…
Niech te ostre kolce przestaną przeszywać mi mózg. Nie mogę się skupić! Nakazuję
organizmowi, jednak ten mnie nie słucha. Brak
many i woli, mogłam się tego spodziewać. Nawet wprawionym magom to się zdarza, a co dopiero czeladnikowi.
- Pffaaaaaa! – desperackie
prychnięcie przechodzi do krzyku wywołanego bólem i zdziwieniem. Lewą dłoń
przeszywa jeszcze ostrzejszy ból, a więzienie zalewa jasnozielony rozbłysk.
Zielone błyskawice… Wspinaczka… Ucieczka… Złota
postać…
Przed oczami
pokazują mi się urywane, zamglone obrazy.
Cassandra
Moja mina mówi sama za siebie.
Miałam rację. Powinnam go uwiązać na smyczy i nigdzie nie puszczać.
- Mówiłam? – powtarzam z wyrzutem
już piąty raz.
- Cass, daj spokój. To tylko
nadwyrężenie i lekkie zadraśnięcie szponem – uspakaja mnie ze skrzywionym od
bólu obliczem.
- Lekkie zadraśniecie?! Cullen,
widać ci kość!
- A za tobą widać Solasa i Lelianę –
odpiera. – Sugeruję się nie przejmować, gdyż mag się mną zajmie i iść, do
właśnie krzyczącej morderczyni. Może w końcu dowiemy się czegoś przydatnego.
Z lekkim oporem zamieniam sugestię w
czyny i podążam za kapłanką, która zatrzymuje się na dole schodów.
- Cassandro, mogę cię o coś prosić?
– Wzruszam ramionami. – Spróbuj powstrzymać swoją impulsywną naturę. Na razie
nie chcemy jej śmierci, jasne?
- Nie możesz tego ode mnie
oczekiwać. Ona zabiła najważniejsze głowy w Thedas. To przez nią nie mamy już
Justynii. Nie mam zamiaru obchodzić się z nią jak z jajkiem.
- Nikt cie tego nie każe, ale nie możesz
się na niej wyżywać.
- Nie chcesz
patrzeć to zostań tu i nie idź. Umiem sobie poradzić.
- Nie ma mowy,
Cass. Ktoś musi cię powstrzymać. Dopóki nic nam nie powie, musi żyć. A przecież
nie chcemy stracić jedynego światka, nie?
Odburkuję coś
pod nosem i pewnym, szybkim krokiem ruszam z powrotem do celi, którą otwieram z
hukiem.
- Wstawaj! –
krzyczę.
Żadnej reakcji.
Uderzam ją w twarz.
- Tak jej raczej
nie obudzisz – komentuje Leliana.
Chwytam
morderczynię za włosy i, mimo protestów Leliany, próbującej wyrwać mi kobietę z
ręki, bezlitośnie ciągnę ją do sąsiedniego pomieszczenia. Sadzam na krześle i przywiązuję sznurem do oparcia. Biorę wiadro z zimną wodą i
bez skrupułów oblewam elfkę. Poskutkowało. Budzi się z krzykiem i dezorientacją
w oczach.
Irvilla
Mokre włosy
poprzyklejały mi się do twarzy, a cała góra przesiąkła lodowatą wodą. A
przynajmniej mam nadzieję, że była to zwykła woda. W obecnej sytuacji, mogłabym
być ocucona czymkolwiek, aby tylko podziałało. Podnoszę rękę, chcąc odgarnąć
włosy z twarzy i usunąć z nich nadmiar wody, jednak nie mogę ruszyć się ani o
milimetr. Dopiero teraz spostrzegam, że dość szczelnie i precyzyjnie przywiązano
mnie do krzesła, a gruby sznur skutecznie hamuje moje ruchy. Niezła robota, przyznaję w myślach.
I miłe powitanie.
- Gadaj – ostro
nakazuje znajomy głos stojącej w mroku sylwetki. To pewnie ta sama kobieta,
która mnie tu przyniosła.
Milczę i wytężam
wzrok, chcąc zobaczyć sylwetki obecnych tu osób. Niestety promienie świecącej
się nade mną pochodni, nie docierają aż tak daleko, a przez malutkie okienko po
mojej lewej, sączy się jedynie slaby, księżycowy blask, który umożliwia na
dostrzeżenie jedynie nikłych linii.
- Milczenie nic
ci nie da. Nie puścimy cię, dopóki wszystkiego nam nie wyśpiewasz.
- A co niby mam
wam powiedzieć? – nie wytrzymuję i pytam z oburzeniem. – Jaka jest pogoda?
- Dlaczego to
zrobiłaś! Dlaczego zniszczyłaś konklawe, idiotko! – krzyczy ta sama osoba.
- Co
zniszczyłam?
- I jeszcze
bezczelnie udaje głupią. Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam – irytuje się.
- To może ci
przypomnę – ironicznie zaczyna druga z kobiet. – Kilkanaście godzin temu
zaczęły się pokojowe obrady pomiędzy Magami a Templariuszami, które szybko i
brutalnie przerwało pojawienie się Wyłomu. Po czym kilka godzin później
pojawiasz się ty, elficki szpieg. Przyznasz, że to dość niepokojące, nie? –
pyta sarkastycznie.
To zwięzłe i
krótkie przedstawienie sytuacji, przypomniało mi mój cel i... Ta kobieta ma
rację. Zostałam wysłana jako szpieg na pokojowe obrady, bo nie raczono zaprosić
elfów. Znowu. Ale co było po tym, jak
dotarłam na miejsce?
- Nie mam
zielonego pojęcia, co tam się wydarzyło i jakim cudem w ogóle żyję. Poza tym, po
co miałabym to robić? Tylko głupcy niszczą pokojowe obrady – odpowiadam podirytowana.
- Bo jesteś
parszywym elfem. Wy zawsze macie jakiś, często krwawy, interes – odpowiada ta
bardziej brutalna.
- Kobieto, kto
normalny wysyłałby jedną osobę na kilkadziesiąt, aby zaatakować i dokonać
mordu? I po co szpieg miałby mordować szpiegowane osoby? Ja nie jestem
skrytobójcą tylko szpiegiem. Niech to do was dotrze.
Z mroku nalatuje
silna pięść, która znajduje opór na mojej szczęce…
Cullen
Uzdrawianie to niewątpliwie jedna z
najpożyteczniejszych dziedzin magii. Kilka chwil i wszystko jest z powrotem na
swoim miejscu. Dobrze, że mamy maga, który nie jest uprzedzony i nie uważa, że
uleczenie byłego Templariusza strasznie zrani jego dumę. Nawet niektórzy mniej
przesiąknięci doktryną członkowie Zakonu pod nosem przyznają, że ten rodzaj
magii nie powinien być zakazany, pod warunkiem, że będzie używany tylko w
słusznych celach. A to już coś.
- Gotowe. To nie było trudne.
- Dziękuję. Gdyby ktoś o mnie pytał, idę
przesłuchiwać więźnia.
- Tak jest, komendancie.
Przebywszy szybko tą krótką drogę, staję
w drzwiach celi.
- Jak tam przesłuchanie? Coś już
wiadomo? – pytam, spoglądając na towarzyszki, a potem na więźnia.
- Milczy jak grób, do którego pewnie
niebawem trafi – Cass odpowiada z obrzydzeniem.
Podchodzę bliżej ostrouchej i staję
naprzeciwko niej.
- Straciła przytomność?
Odwracam głowę w stronę Poszukiwaczki.
- Jak widać. Cassandra nie szczędzi dziś
swoich sił – spokojnie odpowiada Leliana.
- Mogłabyś trochę przystopować. Inaczej
nic się nie dowiemy – lekko karcę Cassandrę.
- Przystopować? Zdajesz sobie sprawę, że
w obecnej sytuacji to jest iście komiczne?
- Nie żartuję. Mówisz, że nic nie
powiedziała. Jak tak dalej pójdzie, to faktycznie, umrze z wycieczenia
zabierając tajemnicę śmierci wielu ludzi do trumny.
- A może… - Cass zamyśla się na chwilę.
– Poddajmy ją torturom.
- Nie – oponuje Leliana. – Jeszcze nie
teraz. Czuję, że powinniśmy dać jej jeszcze szansę.
- I tak bez tortur chyba się nie
obejdzie. Ostroucha ma tupet – czarnowłosa upiera się.
- Mmmm… - mruczę. – Przydałoby się
więcej światła.
- Co?! – dziwi się Poszukiwaczka.
Nic nie odpowiadam tylko podchodzę do
pochodni, biorę ją i zapalam dwie pozostałe.
- Jak ją cucicie? – pytam, zapalając
ostatnią.
- Wodą, ale tym razem sama oprzytomniała
– informuje Leliana.
Irvilla
Kiedy się otrząsam, zauważam, że w pomieszczeniu
zrobiło się jaśniej. Zapalili pozostałe pochodnie, dzięki czemu mogę lepiej
zobaczyć moich oprawców.
Jedna z kobiet ma czarne włosy, które
spięte są w owinięty wokół głowy, drobny warkoczyk, a druga najprawdopodobniej
rude do ramion. Czarnowłosa nosi napierśnik z namalowanym białym okiem oraz
spodnie ze skóry. Czuć od niej rządzę zemsty. Natomiast ruda ubrana jest
najprawdopodobniej w fioletowy strój, pełniący funkcję lekkiej zbroi. Bije od niej
spryt, respekt i przebiegłość.
Co do mężczyzny to kiedy staje obok
pochodni tak, że światło odbija się od jego zbroi, rozpoznaję w nim komendanta,
który zabrał mnie spod zielonego wiru. Jestem pewna, że to on, gdyż ma na sobie
dokładnie tą samą zbroję, w której widziałam go ostatnio. W półmroku jedynie
widać, że ma blond włosy i dniowy zarost.
Kobieta z warkoczykiem podchodzi do mnie
i mocno szarpie za kajdany. Wnętrze dłoni jak na złość zaczyna skrzyć zielenią.
- Wytłumacz to! - rozkazuje i gwałtownie
rzuca kajdanami.
- Gdybym tylko potrafiła, to czemu nie?
– odpowiadam z butą.
- Jak to: Nie potrafisz?
- Bo nie jestem chodzącą encyklopedią do
jasnej cholery! Pfff… - wzdycham pogardliwie. - Chociaż w porównaniu do ciebie,
to chyba pojmuję więcej niż twój mały rozumek może pomieścić – irytuję się nie
na żarty. - A ty, rudzielcu, też masz
móżdżek zamiast mózgu?
Nikt nic nie odpowiada. Po sekundzie
wojownik odwraca się do mnie plecami i robiąc ruch ręką, jakby coś
pokazywał towarzyszkom, mówi wypranym z
emocji głosem:
- Cassandro, Leliano, zostawcie ją mnie.
Zmieniłem zdanie. Ona doprawdy ma tupet.
Patrzą na niego zdumione.
- Ale Cullenie...
- Cass, wyjedźcie.
Posłuchały i wyszły z nietęgimi minami.
- Mam się bać? - pytam zaczepnie.
- A jak myślisz?
Odwraca się z wyrazem czystego zła na
obliczu i lodowatym, przenikliwym wzrokiem.
- Myślę, że masz jeszcze mniej rozumu
niż tamte dwie ciemnoty – hardo odpowiadam.
- Jeszcze jedna obelga pod ich adresem,
a pożałujesz – ostrzega zjadliwie.
- Doprawdy? Obrońca uciśnionych niewiast
się znalazł. Dla mnie to ty nadajesz się na męską dziwkę, a nie nawet na rycerzyka. Wybawiciel,
pożalcie się bogowie. To może skoro jesteś ucieleśnieniem idealnego rycerza, to
ruszysz tą swoją blondwłosą makówką i chociaż ty dostrzeżesz, że nie kłamię.
- Przegięłaś paniusiu. Radzę uważać na
słowa, bo aktualnie jesteś na naszej łasce i możemy z tobą zrobić, co tylko
zechcemy.
- Ale nie zrobicie, bo chcecie wiedzieć,
co się stało – próbuję sprytu.
- Czyli jednak coś wiesz?
- A czy ja tak powiedziałam? Ja tylko po
raz kolejny sugeruję, że jesteście idiotami, bo mi nie wierzycie. Życie mi
miłe, więc od razu bym wam powiedziała, nie? – odpowiadam lekceważąco.
- Bezczelna i jeszcze na dodatek
egoistka! – wykrzykuje. – A myślisz, że innym to życie nie jest miłe? Nie ma
wartości? Że jest kartą przetargową czy co tam sobie twój chory umysł ubzdurał?
- C- c- co? – wyjąkuję zaskoczona, że
doszedł do takich wniosków.
- Milcz!!! - wrzeszczy. – Zasługujesz tylko na cierpienie!
Nic więcej! Zero litości!
Podchodzi do mnie z czymś błyszczącym w
dłoni. Nóż. Staje za krzesłem i kładzie mi ostrze na gardle.
- Mów co się stało, jak to się stało! –
rozkazuje, a jego krzyk rani mi prawe ucho. Kulę się z przerażenia i
wyjąkuję:
- Ja… nic… nie… pamiętam. Nie… Aaaaaaa -
krzyczę, czując ból w prawym przedramieniu, a potem spływająca z niego krew. Nic nie pojmuje.
- Nadal nic ci się nie przypomina?
Nie czekając nawet na odpowiedź,
przesuwa ostrze dalej w kierunku wewnętrznej strony stawu łokciowego.
Mimowolnie spoglądam na ranę. To był zły pomysł, gdyż zaczyna mi się kręcić w
głowie.
Wojskowy nie doczekawszy się odpowiedzi,
nadal dopytuje, podrażniając nożem drugą rękę.
- To nie możliwe! Nie pamiętasz nic?
Nawet najdrobniejszego szczegółu? Przypomnij sobie i gadaj! Milczysz? To może
rozwiąże ci język wiadomość, że tam, na górze, przez ciebie nadal giną ludzie.
– Staje naprzeciwko mnie i zaczyna gestykulować, podkreślając wagę słów. -
Sprowadziłaś na nas setki pomiotów, jeżeli nie więcej. Niektórzy już nazywają
to apokalipsą, czy jak kto woli końcem świata. Pomiotów przybywa, a ludzkich
dusz ubywa. To nic dla ciebie nie znaczy? Nie bądź bezduszną kreaturą, bo
ludzie nigdy się do was nie przekonają. Odrzuć elfią dumę, w obliczu śmierci –
niespodziewanie zaczyna perswadować.
Wzdycham, decydując się na zdradzenie
tych strzępków wspomnień, które pamiętam.
- Byłam w jakimś zamglonym miejscu o
różnych odcieniach zieleni. Goniły mnie pająki…. Spadłam – mówię urywanie,
przypominając sobie kolejność zdarzeń. – Potem spotkałam złocistą postać i... Znalazłam się tutaj, ale
to nie ma sensu. Zwykłe majaki.
- Postać? – dopytuje niedowierzając.
- Tak. Chyba kobietę… – waham się – a
właściwie złotego ducha ubranego w coś przypominającego suknię. Chwyciła moją
rękę a potem…
Urywam, bo blond żołnierzyk wybiega z
celi.
- Oby się nie mylił! – wykrzykuje. –
Cassandro, bierz ją do Szczeliny. Leliano, idziesz do obozu. Ja biorę ludzi i
idę dalej walczyć.
Czarnowłosa uwalnia mnie i podnosi
szarpnięciem za łokieć.
- Chodź.
- Co? Jaka Szczelina? Chcecie mnie nadal
zabić?
- Zobaczysz sama. Pospiesz się.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz