Od Autorki: Kolejny rozdział przed wami. Czy dobry? Oceńcie sami. Cześć z perspektywy Anory dedykuję AurelieSetnei z Watt, bo pisząc to byłam na kacu po jej ,,Szaleństwie..." . :) Przydałyby się jakieś komentarze, bo mam zero motywacji i pomysłów. ;D Tak... każdy kiedyś zaczyna żebrać o nie .:D
Anora
Najszybciej jak tylko mogę, udaję
się poszukać ojca. Po opuszczeniu sali narad nie jestem już w stanie hamować
łez. Moment, kiedy upadł bezwładnie na podłogę, kiedy jego oczy stały się
nieobecne, jakby przykryte białą błoną… To wszystko wyglądało przerażająco. I
jeszcze urwany utratą przytomności, stłumiony, dławiący krzyk…
Z każdym krokiem zanoszę się coraz
mocniejszymi spazmami płaczu, a towarzyszące mi napięcie się nasila.
Niewidzialna siła naciska mi na mostek, utrudniając zaczerpnięcie oddechu.
Serce przyspiesza, jakby chciało się wyrwać z klatki piersiowej, ale nie mogło
tego zrobić z powodu żeber. W głowie zaczyna mi oszałamiająco szumieć.
Ocieram rękawem łzy. Próbuję się trochę
uspokoić, aby nie mieć problemu z zaczerpnięciem oddechu. Przychodzi mi to z
wielkim trudem, ale jakoś się udaje i płuca wypełnia powietrze.
Wchodzę schodami na górę, do części
mieszkalnej pałacu, i kieruję się do dwóch stojących rycerzy. Jeden z nich
otwiera mi drzwi, przez które gwałtownie wchodzę do sporej wielkości pokoju
ojca.
Spoglądam na łóżko i z przerażeniem
podchodzę do nieprzytomnego ojca. Jego surowa twarz jest blada jak pergamin.
Oczy są nadal nieobecne, ale na szczęście wróciły już na prawidłową stronę
gałki ocznej.
Siadam przy mężczyźnie i dopiero teraz
zauważam strojącego przy ognisku Riordana.
- Czy on… - urywam, nie mogąc dokończyć
przez zaciśnięte gardło.
- Niedługo się obudzi. Wszystko
powinno być dobrze. Nie wykonywał gwałtownych, niekontrolowanych ruchów zatem
powinien niedługo się wybudzić.
- Niedługo, czyli ile? – pytam,
stanowczo.
- Pięć… dziesięć minut. Zwykły
proces trwa około dziesięciu, ale w tym przypadku się przedłuża – odpowiada
wypranym z emocji głosem.
- Na Stwórcę, dlaczego!? –
wykrzykuję przerażona. – Czy to oznacza najgorsze?
- Jak już mówiłem, powinien się
niedługo wybudzić. Sądzę, że to kwestia osłabienia organizmu spowodowana raną.
- A właśnie. Czemu nie posłałeś po
uzdrowiciela?
- Nie wiemy, czy uzdrowicielska
magia nie wpłynęłaby na proces przemiany, dlatego wolę nie ryzykować. A stan
twojego ojca, lady, jest na tyle stabilny, że możemy nie ryzykować poznania
zarówno negatywnych jak i pozytywnych skutków tego eksperymentu. Uleczymy go,
gdy się przebudzi.
Biorę go za trupio bladą rękę. Odgarniam
włosy z czoła, na którym nadal obecne są niezastygłe krople potu, które
pojawiły się podczas pojedynku. Patrzę z czułością w chłodne oczy, które wielu
ludzi napełniają grozą. On nie może
umrzeć. Może ostatnimi czasy pobłądził, ale Stwórco, ty jedyny wiesz, jaki
człowiek jest z niego naprawdę.
Loghain
Budzę się z
okropnym bólem głowy, w której chyba brzęczy kilkanaście cykad. Jestem
wyczerpany zarówno fizyczne, jak i duchowo. Nigdy czegoś takiego jeszcze nie
doświadczyłem i mam nadzieję, że to się nie powtórzy.
Czuję, że czyjaś drobna, delikatna
dłoń z czułością trzyma mnie za rękę i gładzi po policzku. Mrugam kilka razy,
aby pozbyć się uciążliwych czarnych mroczków i przyzwyczaić do dość jasnego,
jak na ten moment, blasku bijącego z kominka.
- Ojcze, ojcze. Żyjesz, nawet nie
wiesz, jak wielki kamień właśnie spadł mi z serca. Dzięki niech będą Stwórcy –
dobiega mnie pełen ulgi, zapłakany głos Anory.
Odrętwiały podnoszę się, opierając na
ramionach. Ktoś zdjął ze mnie zbroję i zostawił w lnianej koszuli i skórzanych
spodniach. Dodatkowo prymitywnie opatrzył zranione udo. Kawałek płótna w dużym
stopniu zdążył nasiąknąć upływającą krwią.
- Stwórco, jednak mnie oszczędziłeś… -
mówię ochrypłym, zmęczonym i cichym głosem.
Próbuję usiąść, lecz pojawiają mi się
zawroty w głowie. Opadam z powrotem na poduszkę pod delikatnym naciskiem Anory.
- Leż, ojcze, musisz wypocząć. Straciłeś
dużo krwi.
- Wyślę kogoś po maga – dobiega mnie
głos, po czym mężczyzna wychodzi na chwilkę i zaraz potem kontynuuje. - Lady Anora ma rację, nie ruszaj się za
bardzo. Wcześniej nie posłałem po uzdrowiciela, gdyż wolałem nie ingerować w
twoje ciało podczas przemiany w Szarego Strażnika. Odpoczywaj, potem
porozmawiamy.
- Ile czasu byłem nieprzytomny? Jak
się zakończył Zjazd? – pytam z trudem.
- Potem, ojcze.
Około trzech minut później otwierają
się drzwi, w których pojawia się starsza kobieta w długich szatach i kosturem w
ręku.
- Wynne? - dziwi się Szary Strażnik.
– Powiedziano mi, że zaraz po Zjeździe udaliście się do domu arla Eamona.
- Tak, Riordanie, ale Itharinna
pomyślała, że Loghainowi przyda się pomoc i kazała mi wrócić. Jak widać
słusznie. – Podchodzi i staje niedaleko wezgłowia. – Mogę jedynie zasklepić
ranę i połączyć tkanki, ale nie jestem w stanie przywrócić ilości utraconej
krwi. Czeka cię około dwudniowy odpoczynek.
- Szlag – przeklinam. – Nie mam
wyjścia.
Wynne odwiązuje zakrwawiony materiał
i rzuca go do kominka. Następnie z przywieszonego do boku worka wyjmuje spore
nożyczki i powiększa dziurę w spodniach wokół rany. Przez chwilkę przygląda się
jej, po czym unosi nad nią ręce i zamyka oczy.
Po moim ciele rozchodzi się mrowiące
ciepło, które ma źródło w ranie. Kilka chwil później jest już o wszystkim.
- Dziękuję.
- Itharinna chce za trzy dni
wyruszyć do Redcliffe. Kzała ci przekazać, że możesz się zabrać z nami.
- Rozumiem, zobaczę.
- Riordanie, idziesz?
- Nie, dołączę potem.
- Jak chcesz. Do zobaczenia.
Kiedy staruszka wyszła, zapanowała
niezręczna cisza. Mam nadzieję, że Strażnik szybko odejdzie, bo Anora musi mi
wyjaśnić całą tę sprawę małżeństwa, o którym nie mam zielonego pojęcia. Mam
tylko nadzieję, że wie, co robi.
- Jest jeszcze jedna rzecz –
Strażnik odzywa się pierwszy i zdejmuje coś z szyi. - Ten amulet zawiera kroplę
krwi Arcydemona. Ma on nam nieustannie przypominać o wszystkich poległych
podczas Dołączenia Strażnikach. Nie mam przy sobie nowego, zatem weź ten.
Mężczyzna wyciąga rękę i czeka na
odwzajemnienie gestu. Unoszę otwartą dłoń z nutką pogardy i bezduszności na
twarzy i biorę amulet. Gdy ciepły od ciała Riordana metal dotyka mojej skóry, w
mym sercu pojawia się inne, dawno niegoszczące w nim uczucie podziwu. Nigdy bym
się nie spodziewał, iż ci wszyscy ludzie, niejako ofiary Dołączenia, nie
pozostają im obojętne, że nie popadają w niepamięć, a cały czas pozostają w ich
sercach. Nagle mój pogląd o Strażnikach nabrał trochę łagodniejszej formy. Nie
stanowił tylko szansy na przedłużenie życia, a spowodował, że zaczął we mnie
powstawać mały zalążek dumy z powodu, iż też teraz do nich należę.
- Niezależnie, co nadal o nas
sądzisz, należy się on każdemu nowemu członkowi.
To powiedziawszy, Riordan wychodzi,
zostawiając mnie z córką.
- Chyba powoli zaczynam rozumieć
zainteresowanie nimi przez Cailana – szepczę. – Mówił mi o tym zwyczaju, ale
słyszeć, a przeżywać na własnej skórze to coś innego. Niemniej jego fascynacja
i tak była chora – dodaję po chwili ciszy.
- Co teraz zamierzasz, ojcze?
- Pomóc pokonać Plagę, Anoro.
-Ale mówiłeś, że zagraża nam cesarzowa.
-Ale mówiłeś, że zagraża nam cesarzowa.
- Potem porozmawiamy. Teraz nie mam
sił.
Oczy same mi opadają, a sen
pochlania.
Itharinna
Dotarłszy do rezydencji, siadamy w
milczeniu przy stole. Po minucie dołączają do nas Sten i nadal pijany Oghren, a
po kilkunastu chwilach uzdrowicielka. Służąca rozstawia kielichy i każdemu po
kolei rozlewa czerwone, tanie wino. Wychodzi, odprawiona gestem.
Spoglądam po twarzach zebranych.
Większość z nich jest pogrążona we własnych myślach i wyczekująca na początek
rozmowy. Zatrzymuję wzrok na siedzącym u szczytu stołu Alistariem i widząc jego
oblicze, decyduję się na dość ostre przerwanie ciszy.
- No już, wyrzuć to z siebie.
- Co niby? Przecież wszystko poszło
po waszej myśli – podkreśla
przedostatnie słowo. – Czemu niby miałbym coś dodawać? – pyta z pretensjami.
- No ja nie wiem co, ale coś na
pewno. To widać – odpowiadam dosadnie.
- Nie rżnij głupa, Alistair – dodaje
Zevran.
- Jak, na Stwórcę, mogliście mi to
zrobić! Aż do końca myślałem, że to tylko jakiś cholerny żart, że ona wymyśliła
jakiś podstęp i to wszystko się nie wydarzy!
- Najwyraźniej myślenie nie jest
twoją mocną stroną – wiedźma mamrocze pod nosem, lecz wszyscy to słyszą.
- Oh, przymknij się w końcu! –
Posyła jej swoje najbardziej groźne spojrzenie. – Dlaczego nie liczycie się z
moim zdaniem? Przecież nie jestem waszym niewolnikiem. Dobrze wiecie, że ze
mnie zadem przywódca, a co dopiero król. Mówiłam przecież, że moja krew nic dla
mnie nie znaczy. Jest tylko płynem trzymającym przy życiu i nic więcej.
Tego się nie spodziewałam. Owszem,
nie był za bardzo skłonny do realizacji tego pomysłu, ale przecież zrozumiał
jego sens i cel. Powiedział, że jest gotów na takie poświęcenie, pod warunkiem,
że ja również będę gotowa. Z ciężkim sercem, ale byłam, więc co też, teraz
kiedy jest już po ptakach, mu się uwidziało?
Wzdłuż stołu przeleciały mniej lub
bardziej uprzejme pomruki zdziwienia.
- Na starożytne bóstwa, naprawdę
jesteś tak naiwny? Co ty sobie wyobrażałeś?
- Że Anora obejmie tron, a ja będę
mógł w spokoju, z tobą u boku, spędzić resztę życia. Że szlachta tak szybko nam
nie uwierzy… że w ogóle uzna nas za łgarzy i poprze Loghaina, jak robiła to do
tej pory.
- Nie wszyscy go popierali. Ja nie –
zauważa Teagan. Ignoruję go.
- To się przeliczyłeś. Czasem
uczucia muszą odejść na dalszy plan. Musimy trzymać je w ukryciu w mocnych
ryzach, by nie ujrzały światła dziennego. Zapomniałeś już o tym?
- Nie zmienisz tego, Alistairze.
Ponadto nie możesz mieć pretensji do nikogo, bo wyraziłeś zgodę na taki obrót
sprawy. To wyłącznie twoja wina, że byłeś tak naiwny i nie wziąłeś pod uwagę
tego rozwiązania – spokojnie mówi Wynne, a Eamon jej przytakuje.
- Ona by cię zabiła, pamiętaj o tym.
Niech to stanie się twoją siłą w dalszym życiu – odzywa się Leliana.
- Niezłe pocieszenie zważywszy na
to, że nadal może to zrobić – Alistair pogardliwie prycha.
- Ale się nie odważy. Miałaby
szlachtę na karku – szybko dodaje Eamon.
- No właśnie. Mówię to ze smutkiem,
ale pogódź się z tym, na co sam się zdecydowałeś, bo nie tylko ty musisz to
zrobić. Nie myśl przy tym, że mi przychodzi to łatwiej. Nie zważywszy na obecną
sytuację… - urywam. Patrzę na uzdrowicielkę, lecz ta zachowuje kamienną twarz.
Może się nie zorientowała, czego o mały włos nie powiedziałam?
Wojownik uderza pięścią w stół, na
którym lekko podskakują stojące puchary i dzbanek z tanim winem. Wydaje okrzyk
desperacji i opada na krzesło. Chyba już ostatecznie do niego dotarło, to co
właśnie się zdarzyło.
- Powiedz mi – Zevran zmienia temat.
– Czemu wybrałeś naszą drogą Strażniczkę na komendantkę swojej straży? Przecież
miałeś z tym poczekać… - urywa.
- Bo podjąłem decyzję i prędzej czy później
by do tego doszło. Tyle.
- I w ogólne nie ma w niej
egoistycznych pobudek, tak? – kpi Morri.
- Czy to takie dziwne, że chce się
mieć blisko kogoś, kogo się nadal kocha i nie przestanie pomimo wszystko? –
pyta retorycznie, unosząc brwi do góry. – Tak przynajmniej mam pewność, że cały
czas żyje i nie muszę trwać w ciągłej niepewności.
- To jest stanowczo zły pomysł, ale
nie mogłam się nie zgodzić. Nie przed wszystkimi… To o to ci chodziło? Chciałeś
mieć pewność, że nie odmówię?
- Masz mnie. – Wzdycha.
- Co się stało, to się nie odstanie…
Sama mogłam zaryzykować odmowę. Decyzje, decyzje… Losy świata… Idźcie odpocząć,
teraz już nic nie uradzimy.
Kiedy wstaliśmy od stołu, do głowy
przychodzi mi jeszcze jedna ważna kwestia.
- Wynne, a co z Loghainem?
Żyje?
- Tak, za dwa dni powinien już stać
o własnych nogach. Stracił dużo krwi.
- Rozumiem, zabiera się z nami?
Na to pytanie Alistair się jeży.
- Nie wiem, nic nie powiedział.
- Trudno, zobaczymy.
Po tym udaję się do swojego pokoju,
gdzie snuję domysły o moim przyszłym życiu, na którego drodze właśnie pojawiła
się jakaś, może niezbyt dobra, opcja. Opcja, bo nigdy nic nie wiadomo, co
bogowie nam szykują.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz