11 sierpnia 2017

IM 14. Prawda

Od Autorki: Kolejny rozdział  przed wami. Czy dobry? Oceńcie sami. Cześć z perspektywy Anory dedykuję AurelieSetnei z Watt, bo pisząc to byłam na kacu po jej ,,Szaleństwie..." . :) Przydałyby się jakieś komentarze, bo mam zero motywacji i pomysłów. ;D Tak... każdy kiedyś zaczyna żebrać o nie .:D 


Anora                                                                                                                                            
            Najszybciej jak tylko mogę, udaję się poszukać ojca. Po opuszczeniu sali narad nie jestem już w stanie hamować łez. Moment, kiedy upadł bezwładnie na podłogę, kiedy jego oczy stały się nieobecne, jakby przykryte białą błoną… To wszystko wyglądało przerażająco. I jeszcze urwany utratą przytomności, stłumiony, dławiący krzyk…
Z każdym krokiem zanoszę się coraz mocniejszymi spazmami płaczu, a towarzyszące mi napięcie się nasila. Niewidzialna siła naciska mi na mostek, utrudniając zaczerpnięcie oddechu. Serce przyspiesza, jakby chciało się wyrwać z klatki piersiowej, ale nie mogło tego zrobić z powodu żeber. W głowie zaczyna mi oszałamiająco szumieć.
Ocieram rękawem łzy. Próbuję się trochę uspokoić, aby nie mieć problemu z zaczerpnięciem oddechu. Przychodzi mi to z wielkim trudem, ale jakoś się udaje i płuca wypełnia powietrze.
Wchodzę schodami na górę, do części mieszkalnej pałacu, i kieruję się do dwóch stojących rycerzy. Jeden z nich otwiera mi drzwi, przez które gwałtownie wchodzę do sporej wielkości pokoju ojca.
Spoglądam na łóżko i z przerażeniem podchodzę do nieprzytomnego ojca. Jego surowa twarz jest blada jak pergamin. Oczy są nadal nieobecne, ale na szczęście wróciły już na prawidłową stronę gałki ocznej.
Siadam przy mężczyźnie i dopiero teraz zauważam strojącego przy ognisku Riordana.
- Czy on… - urywam, nie mogąc dokończyć przez zaciśnięte gardło.
            - Niedługo się obudzi. Wszystko powinno być dobrze. Nie wykonywał gwałtownych, niekontrolowanych ruchów zatem powinien niedługo się wybudzić.
            - Niedługo, czyli ile? – pytam, stanowczo.
            - Pięć… dziesięć minut. Zwykły proces trwa około dziesięciu, ale w tym przypadku się przedłuża – odpowiada wypranym z emocji głosem.
            - Na Stwórcę, dlaczego!? – wykrzykuję przerażona. – Czy to oznacza najgorsze?
            - Jak już mówiłem, powinien się niedługo wybudzić. Sądzę, że to kwestia osłabienia organizmu spowodowana raną.
- A właśnie. Czemu nie posłałeś po uzdrowiciela?
            - Nie wiemy, czy uzdrowicielska magia nie wpłynęłaby na proces przemiany, dlatego wolę nie ryzykować. A stan twojego ojca, lady, jest na tyle stabilny, że możemy nie ryzykować poznania zarówno negatywnych jak i pozytywnych skutków tego eksperymentu. Uleczymy go, gdy się przebudzi.
Biorę go za trupio bladą rękę. Odgarniam włosy z czoła, na którym nadal obecne są niezastygłe krople potu, które pojawiły się podczas pojedynku. Patrzę z czułością w chłodne oczy, które wielu ludzi napełniają grozą. On nie może umrzeć. Może ostatnimi czasy pobłądził, ale Stwórco, ty jedyny wiesz, jaki człowiek jest z niego naprawdę.
           

Loghain
            Budzę się z okropnym bólem głowy, w której chyba brzęczy kilkanaście cykad. Jestem wyczerpany zarówno fizyczne, jak i duchowo. Nigdy czegoś takiego jeszcze nie doświadczyłem i mam nadzieję, że to się nie powtórzy.
            Czuję, że czyjaś drobna, delikatna dłoń z czułością trzyma mnie za rękę i gładzi po policzku. Mrugam kilka razy, aby pozbyć się uciążliwych czarnych mroczków i przyzwyczaić do dość jasnego, jak na ten moment, blasku bijącego z kominka. 
            - Ojcze, ojcze. Żyjesz, nawet nie wiesz, jak wielki kamień właśnie spadł mi z serca. Dzięki niech będą Stwórcy – dobiega mnie pełen ulgi, zapłakany głos Anory.
Odrętwiały podnoszę się, opierając na ramionach. Ktoś zdjął ze mnie zbroję i zostawił w lnianej koszuli i skórzanych spodniach. Dodatkowo prymitywnie opatrzył zranione udo. Kawałek płótna w dużym stopniu zdążył nasiąknąć upływającą krwią.
- Stwórco, jednak mnie oszczędziłeś… - mówię ochrypłym, zmęczonym i cichym głosem.
Próbuję usiąść, lecz pojawiają mi się zawroty w głowie. Opadam z powrotem na poduszkę pod delikatnym naciskiem Anory.
- Leż, ojcze, musisz wypocząć. Straciłeś dużo krwi.
- Wyślę kogoś po maga – dobiega mnie głos, po czym mężczyzna wychodzi na chwilkę i zaraz potem kontynuuje. -  Lady Anora ma rację, nie ruszaj się za bardzo. Wcześniej nie posłałem po uzdrowiciela, gdyż wolałem nie ingerować w twoje ciało podczas przemiany w Szarego Strażnika. Odpoczywaj, potem porozmawiamy.
            - Ile czasu byłem nieprzytomny? Jak się zakończył Zjazd? – pytam z trudem.
            - Potem, ojcze. 
            Około trzech minut później otwierają się drzwi, w których pojawia się starsza kobieta w długich szatach i kosturem w ręku.
            - Wynne? - dziwi się Szary Strażnik. – Powiedziano mi, że zaraz po Zjeździe udaliście się do domu arla Eamona.
            - Tak, Riordanie, ale Itharinna pomyślała, że Loghainowi przyda się pomoc i kazała mi wrócić. Jak widać słusznie. – Podchodzi i staje niedaleko wezgłowia. – Mogę jedynie zasklepić ranę i połączyć tkanki, ale nie jestem w stanie przywrócić ilości utraconej krwi. Czeka cię około dwudniowy odpoczynek.
            - Szlag – przeklinam. – Nie mam wyjścia.
            Wynne odwiązuje zakrwawiony materiał i rzuca go do kominka. Następnie z przywieszonego do boku worka wyjmuje spore nożyczki i powiększa dziurę w spodniach wokół rany. Przez chwilkę przygląda się jej, po czym unosi nad nią ręce i zamyka oczy.
            Po moim ciele rozchodzi się mrowiące ciepło, które ma źródło w ranie. Kilka chwil później jest już o wszystkim.
            - Dziękuję.
            - Itharinna chce za trzy dni wyruszyć do Redcliffe. Kzała ci przekazać, że możesz się zabrać z nami.
            - Rozumiem, zobaczę.
            - Riordanie, idziesz?
            - Nie, dołączę potem.
            - Jak chcesz. Do zobaczenia.
            Kiedy staruszka wyszła, zapanowała niezręczna cisza. Mam nadzieję, że Strażnik szybko odejdzie, bo Anora musi mi wyjaśnić całą tę sprawę małżeństwa, o którym nie mam zielonego pojęcia. Mam tylko nadzieję, że wie, co robi.
            - Jest jeszcze jedna rzecz – Strażnik odzywa się pierwszy i zdejmuje coś z szyi. - Ten amulet zawiera kroplę krwi Arcydemona. Ma on nam nieustannie przypominać o wszystkich poległych podczas Dołączenia Strażnikach. Nie mam przy sobie nowego, zatem weź ten.
            Mężczyzna wyciąga rękę i czeka na odwzajemnienie gestu. Unoszę otwartą dłoń z nutką pogardy i bezduszności na twarzy i biorę amulet. Gdy ciepły od ciała Riordana metal dotyka mojej skóry, w mym sercu pojawia się inne, dawno niegoszczące w nim uczucie podziwu. Nigdy bym się nie spodziewał, iż ci wszyscy ludzie, niejako ofiary Dołączenia, nie pozostają im obojętne, że nie popadają w niepamięć, a cały czas pozostają w ich sercach. Nagle mój pogląd o Strażnikach nabrał trochę łagodniejszej formy. Nie stanowił tylko szansy na przedłużenie życia, a spowodował, że zaczął we mnie powstawać mały zalążek dumy z powodu, iż też teraz do nich należę.
            - Niezależnie, co nadal o nas sądzisz, należy się on każdemu nowemu członkowi.
            To powiedziawszy, Riordan wychodzi, zostawiając mnie z córką.
            - Chyba powoli zaczynam rozumieć zainteresowanie nimi przez Cailana – szepczę. – Mówił mi o tym zwyczaju, ale słyszeć, a przeżywać na własnej skórze to coś innego. Niemniej jego fascynacja i tak była chora – dodaję po chwili ciszy.
            - Co teraz zamierzasz, ojcze?
            - Pomóc pokonać Plagę, Anoro. 
            -Ale mówiłeś, że zagraża nam cesarzowa.
            - Potem porozmawiamy. Teraz nie mam sił.
            Oczy same mi opadają, a sen pochlania. 

Itharinna
            Dotarłszy do rezydencji, siadamy w milczeniu przy stole. Po minucie dołączają do nas Sten i nadal pijany Oghren, a po kilkunastu chwilach uzdrowicielka. Służąca rozstawia kielichy i każdemu po kolei rozlewa czerwone, tanie wino. Wychodzi, odprawiona gestem.
Spoglądam po twarzach zebranych. Większość z nich jest pogrążona we własnych myślach i wyczekująca na początek rozmowy. Zatrzymuję wzrok na siedzącym u szczytu stołu Alistariem i widząc jego oblicze, decyduję się na dość ostre przerwanie ciszy.
            - No już, wyrzuć to z siebie.
            - Co niby? Przecież wszystko poszło po waszej myśli – podkreśla przedostatnie słowo. – Czemu niby miałbym coś dodawać? – pyta z pretensjami.
            - No ja nie wiem co, ale coś na pewno. To widać – odpowiadam dosadnie.
            - Nie rżnij głupa, Alistair – dodaje Zevran.
            - Jak, na Stwórcę, mogliście mi to zrobić! Aż do końca myślałem, że to tylko jakiś cholerny żart, że ona wymyśliła jakiś podstęp i to wszystko się nie wydarzy!
            - Najwyraźniej myślenie nie jest twoją mocną stroną – wiedźma mamrocze pod nosem, lecz wszyscy to słyszą.
            - Oh, przymknij się w końcu! – Posyła jej swoje najbardziej groźne spojrzenie. – Dlaczego nie liczycie się z moim zdaniem? Przecież nie jestem waszym niewolnikiem. Dobrze wiecie, że ze mnie zadem przywódca, a co dopiero król. Mówiłam przecież, że moja krew nic dla mnie nie znaczy. Jest tylko płynem trzymającym przy życiu i nic więcej. 
            Tego się nie spodziewałam. Owszem, nie był za bardzo skłonny do realizacji tego pomysłu, ale przecież zrozumiał jego sens i cel. Powiedział, że jest gotów na takie poświęcenie, pod warunkiem, że ja również będę gotowa. Z ciężkim sercem, ale byłam, więc co też, teraz kiedy jest już po ptakach, mu się uwidziało?
            Wzdłuż stołu przeleciały mniej lub bardziej uprzejme pomruki zdziwienia.
            - Na starożytne bóstwa, naprawdę jesteś tak naiwny? Co ty sobie wyobrażałeś?
            - Że Anora obejmie tron, a ja będę mógł w spokoju, z tobą u boku, spędzić resztę życia. Że szlachta tak szybko nam nie uwierzy… że w ogóle uzna nas za łgarzy i poprze Loghaina, jak robiła to do tej pory.
            - Nie wszyscy go popierali. Ja nie – zauważa Teagan. Ignoruję go.
            - To się przeliczyłeś. Czasem uczucia muszą odejść na dalszy plan. Musimy trzymać je w ukryciu w mocnych ryzach, by nie ujrzały światła dziennego. Zapomniałeś już o tym?
            - Nie zmienisz tego, Alistairze. Ponadto nie możesz mieć pretensji do nikogo, bo wyraziłeś zgodę na taki obrót sprawy. To wyłącznie twoja wina, że byłeś tak naiwny i nie wziąłeś pod uwagę tego rozwiązania – spokojnie mówi Wynne, a Eamon jej przytakuje.
            - Ona by cię zabiła, pamiętaj o tym. Niech to stanie się twoją siłą w dalszym życiu – odzywa się Leliana.
            - Niezłe pocieszenie zważywszy na to, że nadal może to zrobić – Alistair pogardliwie prycha.
            - Ale się nie odważy. Miałaby szlachtę na karku – szybko dodaje Eamon.
            - No właśnie. Mówię to ze smutkiem, ale pogódź się z tym, na co sam się zdecydowałeś, bo nie tylko ty musisz to zrobić. Nie myśl przy tym, że mi przychodzi to łatwiej. Nie zważywszy na obecną sytuację… - urywam. Patrzę na uzdrowicielkę, lecz ta zachowuje kamienną twarz. Może się nie zorientowała, czego o mały włos nie powiedziałam?
Wojownik uderza pięścią w stół, na którym lekko podskakują stojące puchary i dzbanek z tanim winem. Wydaje okrzyk desperacji i opada na krzesło. Chyba już ostatecznie do niego dotarło, to co właśnie się zdarzyło.
            - Powiedz mi – Zevran zmienia temat. – Czemu wybrałeś naszą drogą Strażniczkę na komendantkę swojej straży? Przecież miałeś z tym poczekać… - urywa.
            - Bo podjąłem decyzję i prędzej czy później by do tego doszło. Tyle.
            - I w ogólne nie ma w niej egoistycznych pobudek, tak? – kpi Morri.
            - Czy to takie dziwne, że chce się mieć blisko kogoś, kogo się nadal kocha i nie przestanie pomimo wszystko? – pyta retorycznie, unosząc brwi do góry. – Tak przynajmniej mam pewność, że cały czas żyje i nie muszę trwać w ciągłej niepewności.
            - To jest stanowczo zły pomysł, ale nie mogłam się nie zgodzić. Nie przed wszystkimi… To o to ci chodziło? Chciałeś mieć pewność, że nie odmówię?
            - Masz mnie. – Wzdycha.
            - Co się stało, to się nie odstanie… Sama mogłam zaryzykować odmowę. Decyzje, decyzje… Losy świata… Idźcie odpocząć, teraz już nic nie uradzimy.
            Kiedy wstaliśmy od stołu, do głowy przychodzi mi jeszcze jedna ważna kwestia.
            - Wynne, a co z Loghainem? Żyje? 
            - Tak, za dwa dni powinien już stać o własnych nogach. Stracił dużo krwi.
            - Rozumiem,  zabiera się z nami?
            Na to pytanie Alistair się jeży.
- Nie wiem, nic nie powiedział.
- Trudno, zobaczymy.
Po tym udaję się do swojego pokoju, gdzie snuję domysły o moim przyszłym życiu, na którego drodze właśnie pojawiła się jakaś, może niezbyt dobra, opcja. Opcja, bo nigdy nic nie wiadomo, co bogowie nam szykują.  




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz