![]() |
| Denerim |
Itharinna
Istotnie, zza drzwi dobiegają mnie stłumione przez ścianę
pytania towarzyszy, oraz lakoniczne odpowiedzi Wynne. Powołuje się na stres,
kobiece dolegliwości, zmęczenie niemal nieustającą walką oraz wczorajsze
rozstanie. Ten ostatni argument na chwilę ucisza towarzystwo.
Podchodzę do fotela. Biorąc
sukienkę, zdaję sobie sprawę, że niespodziewane wydarzenia ostatniego wieczoru,
pokrzyżowały mi plany wyboru osób, które chcę zabrać na Zjazd.
Zakładając odzienie, misternie
plecioną, wytrzymałą, stalową kolczugę i skórzaną kamizelkę z delikatnym
futerkowym podszyciem, zaczynam się nad tym zastanawiać. Po przewiązaniu się
pasem z antivianskiej skóry i umocowaniu dwóch sztyletów oraz trzech noży do
rzucania, wiem już, kogo zabrać ze sobą.
Jak na potwierdzenie mojej decyzji,
z korytarza dobiega mnie chrapliwy, donośny głos. Tak… Oghrena na pewno nie zabiorę. Krasnolud
od samego rana znów jest zbyt mocno wstawiony, aby iść na tak ważne spotkanie.
Jak on to robi? Wstaje w nocy i z nudów opróżnia każdą butelkę, która wpadnie
mu w ręce? Doprawdy, nie rozumiem jego zamiłowań do alkoholu i eterycznych
kobiet na jednonocną przygodę.
Jednak w jednym jestem zmuszona
oddać honor orzammarczykowi z krwi i kości. W wymachiwaniu młotem bojowym
osiągnął mistrzostwo. Ma Głębokich Ścieżkach niejednokrotnie uratował nam
życie. Gdyby nie był pijany, to kto wie.
Nigdy nie wiadomo, kiedy zaatakują pomioty, czy kolejna grupa profesjonalnie
zorganizowanych zabójców. Dyrthamenie dopomóż.
Odpada również Sten. Sam przyznaje,
że polityka Fereldenu, czy innych krajów zwyczajnie go nudzi. Kiedy w obozie
zaczynaliśmy dyskusje o polityce, zazwyczaj szedł ćwiczyć z mieczam, aby
następnie zajmować się stanem oręża. Sten generalnie mało mówił. Pomimo że znam
go dość długo, z jego lakonicznych odpowiedzi nie dowiedziałam się praktycznie
nic o życiu qunari. Podobnie do krasnoluda wierzy w siłę, nie zaś dyplomację. I
tak samo, jak on, ratował nam życie precyzyjnym cięciem w pomiocią szyję.
Co do pozostałych członków drużyny z
zaskoczeniem odgaduję, że trudno jest kogokolwiek z nich odrzucić. Każdy z nich
ma przydatne umiejętności i cechy charakteru.
Oczywiste jest, iż muszę być gotowa
na wszystko. Zatem przyda się spryt i bystre oko Zevrana, uzdrowicielskie moce
i doświadczony życiem punkt widzenia Wynne, celny łuk i kapłańska mądrość
Leliany oraz paraliżująca entropia i sarkazm Morrigan.
Wychodząc w pełnym rynsztunku, od
razu napotykam nieustępliwe spojrzenia zgromadzonej drużyny oraz perswadujące
oblicze Wynne. Lekko się irytuję i demonstracyjnie, głośno wypuszczam powietrze
z płuc.
- Naprawdę mamy ważniejsze sprawy na
głowie aniżeli moje zdrowie. – odzywam się znudzonym głosem, kiedy widzę
otwierające się usta Wiedźmy. Ignoruję ją. – Ali, Eamon i Anora pewnie już się
niecierpliwią. Zev, powiedz Stenowi i Oghrenowi, że zostają razem z Ves.
Pozostali idą ze mną.
Kruk dogonił nas tuż za furtką
rezydencji.
Idąc do zamku najkrótszą z możliwych
dróg, zwyczajowo, z grymasem przyglądam się miastu. Według mnie w żadnym metrze
kwadratowym nie prezentuje się, jak na stolicę przystało.
Wiele uliczek jest mrocznych i zaniedbanych. Pełno na nich
nieczystości i brudu wylewanych przez najuboższych, a czasem również ludzi
średnich klas. Czasami przyprawia mnie to o zawroty głowy. Po zakątkach miasta
pałętają się złodzieje, bandyci, kieszonkowcy i gwałciciele. Ludzie żerujący na
bezbronnych staruszkach, dzieciach, kobietach, czy niczego nieświadomych
przejezdnych gości.
Domy są zaniedbane, deski stelażowe zbutwiałe i pokryte
kilkoma rodzajami mchów. W niektórych oknach zamiast szyb popowieszano rybie
pęcherze, a fragmenty tynku odchodzą od cegieł. Spróchniałe deski, tworzące
pozorne chodniki, nie dają wrażenia bezpieczeństwa. Jest w nich pełno dziur, o
które bez problemu może się potknąć małe dziecko, czy kobieta z butami na
obcasie.
Doprawdy, nie rozumiem,
jak mieszkańcy mogą tak żyć.
Myślę. Czy tak powinna wyglądać stolica
silnego państwa? Kraju, który powinien dbać o respekt, aby nie doszło do
kolejnej niewoli? Kraju, który pragnie się rozwijać i zapewniać obywatelom
bezpieczeństwo i dobrobyt? Loghain nie za dobrze prosperuje na pozycji regenta,
skoro o to nie dba. Mmmm… Mogę na to zwrócić uwagę na Zjeździe. To niezły
argument dla Alistaira.
Zamyślona nad szukaniem argumentów, obserwuję monotonne
życie mieszkańców. Mężczyźni, w zależności od swojej profesji, wyrabiają
beczki, robią buty i uczą synów swojego fachu. Inni po prostu siedzą w
pobliskiej karczmie, oddając się hazardowi i rozpuście przy muzyce bardów.
Młode dziewczyny dążą w tą i z powrotem, z koszami pełnymi kwiatów tudzież
owoców i innych produktów na zbliżający się obiad. Kobiety wieszają sprane
koszule, cerują ubrania czy tracą cierpliwość do rozbrykanych dzieci, wesoło biegających
wszędzie, gdzie nie spojrzeć. Na ich widok mimowolnie lekko unoszę kąciki ust
do góry. Kiedy się orientuję, że na wpół świadomie unoszę dłoń, aby położyć ją
na brzuchu, szybko, dla niepoznaki, kieruję rękę na sztylet.
Zevran.
Czuję się obserwowany. Na ulicy to
rzecz oczywista, ale nie kiedy jest się towarzyszem Itharinny. I skrytobójcą,
który nie tylko morduje na zlecenie, ale i może być zamordowany.
Tej zasady półświatka uczyłem się bardzo długo.
Wytężam słuch. Rozmowy, krzyki, nawoływania, tętent koni…
Nic poza typowym, ulicznym gwarem. Kiedy skręcamy w cichą, wąską, mniej
uczęszczaną przez ludzi uliczkę, mam okazję zerknąć za siebie. Na linii
horyzontu nie widać nikogo podejrzanego, ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Gdzieś z oddali dobiega mnie odgłos
zsuwającej się dachówki. Ktoś chodzi po dachu.
Strażniczka nie daje żadnych oznak, że słyszy jakiekolwiek
niepokojące dźwięki toteż doganiam ją.
- Ziemia do Ity. Słyszysz to? – szepczę.
- Słyszę. Musimy się rozdzielić. Nie mamy czasu na walkę.
- Jest nas pięcioro i mamy moją
paraliżującą entropię. Walka będzie szybka.
- Ale działasz nią tylko na wąskim
obszarze, Morrigan. A takie grupy przecież nigdy nie atakują z jednej strony –
mówi Wynne.
- Mori, zmień się w pszczoły, zrób
zwiad i zawróć.
- To będzie podejrzane Ithari.
Równie dobrze mogłabym strzelić z łuku.
- Raczej niebezpieczne. Już słyszę
plotki: Kapłanka przypadkiem zabiła przechodnia strzałą z łuku. I całe te…
- Mori, to nie czas… - urywam kiedy
strzała przelatuje lekko raniąc mi czubek ucha.
Itharinna momentalnie odwraca się,
wyjmuje nóż do rzucania i celnie trafia kogoś za mną. Słychać uderzenie metalu
o metal.
- No to po planach. Do boju! –
Strażniczka krzyczy wyjmując sztylet i biegnie w stronę zranionego napastnika.
W kolejnej sekundzie następna dwójka
napastników wbiega do uliczki, a para zwinnie skacze z dachów. Wychodzi jeden
na jednego. Wszyscy bez chwili wahania biorą się za najbliższego wroga. Na
minie i Lelianę akurat przypada dwójka skoczków. Jeden leci wprost na moją
głowę, toteż wykonuję przewrót w tył. Podnosząc się, sięgam pewnie po sztylety
i chwytam je ostrzami do tyłu, aby mieć większy rozmach. Wykonuję półobrót w
prawo - cięcie, w lewo - cięcie. Słyszę zgrzyt stali, która zaczyna płonąć
delikatnymi płomieniami. Magia Morrigan. Co prawda, czarodziejka spóźniła się o
jakieś dwie sekundy, bo przeciwnik zripostował, ale czar może się jeszcze
przydać. Odskakuję ponownie do tyłu. Zbir dziwi się na widok płomieni i zaczyna
się czaić. Posyłam mu nonszalancki półuśmiech, po czym szybko rozglądam się po
uliczce.
- Zevran! – Leliana krzyczy,
wychwyciwszy moje spojrzenie i, celując łukiem wprost w mojego wroga, pokazuje podbródkiem bandytę po lewo od
siebie. Kapłanka postrzeliła mu lewy bark i bok.
Zrozumiawszy od razu, o co chodzi,
rozpędzam się, skaczę w górę i mocnym pchnięciem dobijam leżącego na ziemi.
Kobieta w tym samym czasie rozprawiła się z moim skrytobójcą.
Rozglądam się. Wszyscy są martwi z wyjątkiem
jednej osoby, która próbuje być nie zauważona i skrywa się za rogiem ulicy. Pewnie dowódca, myślę. Oni zawsze się chowają za bandą ogłupiałych
podwładnych. Chyba jest świadomy, że wiemy o jego obecności, gdyż zaczyna
uciekać ulicą prostopadłą do tej.
Niestety, nie przewiduje umiejętności naszej magini i szybko poznaje
paraliżujący czar Morrigan. Zaraz potem
ląduje na ziemi, ze sztyletem na gardle, przygniatany siłą ciała dowódczyni,
która pyta ostro, z pogardą, bez tonu współczucia:
- Kto cię przysłał?
Bandyta głośno i kurczowo przełyka ślinę,
uważając, aby nie przejechać skórą o ostrze.
- Nikt – odpowiada.
- Daj spokój, wiem, że kłamiesz. Mów prawdę, a puszczę cię
wolno – Strażniczka obiecuje głosem nie znoszącym sprzeciwu.
- Nie wiem, kto nas wynajął.
Przysięgam! – wykrzykuje, na widok groźnej miny Ithar. – Dostałem listowne
zlecenie. Od zakapturzonej kobiety o czarnych włosach. Miałem zabić Szarą
Strażniczkę, Szarego Strażnika oraz towarzyszącym im krasnoluda, elfa, Qunari,
kapłankę, czarodziejkę z Kręgu i Wiedźmę z Głuszy. Podpisane K.
- Na Starożytnych Elfów…
Wszyscy niezrozumiale patrzą na
mnie. Zbir ponownie przerywa ciszę;
- Nic więcej nie wiem. Puść mnie, błagam! Mogę pokazać
zlecenie! Mam je przy sobie, ale błagam, pozwólcie mi żyć.
- Najpierw zlecenie. – Ithari żąda
stanowczo.
- Lewa kieszeń – mówi już
spokojniej.
Kiedy wydobywa zmięty kawałek papieru, rozwija go i szybko
wodzi wzrokiem. Chowa do kieszeni, ukrytej pod spodem skórzanej bluzki, i
szybkim, groźnym krokiem kieruje się w stronę zamku. Widać, że coś chodzi jej
po głowie, lecz niestety nie mogę odgadnąć, co dokładnie.
- Mam jeszcze sprawę do Anory. Koniecznie przed Zjazdem –
rzuca szybko.
- Jesteś pewna, że nie możesz zaczekać? – pyta Wynne. – Już
i tak jesteśmy spóźnieni, a Anora pewnie już weszła na sale.
- Mówiła, że zaczeka. A ja nie mogę czekać. Idźcie szybko,
ale dajcie mi trochę czasu – mówi szybko, po czym zrywa się jak strzała
spuszczona z cięciwy łuku i pędzie na oślep w stronę zamku.
Itharinna
Mam złe obawy. Nie zważam na nic, ani na nikogo. Skaczę po
skrzyniach, wozach, przepycham się przez tłumy zdziwionych ludzi, ignorując ich
okrzyki i wygrażania.
Skręcam i za rogiem ulicy widzę już zamek. Ogarniam wzrokiem
mury wysokiej, warownej budowli bez zbędnych ozdób czy balkoników. Kamienna
budowla, w swej prostocie, sprawia wrażenia praktycznej do granic możliwości.
Ma zwykłe, zakończone ostrym łukiem okna, proste parapety, kilka ząbkowato
zakończonych wież i mosiężne dębowe drzwi. Nad wejściem, z okien zwisają dwa,
lekko zakurzone proporce z godłem kraju
na płowobiałym tle z czerwoną otoczką.
Gwałtownie
otwieram wielkie drzwi i wbiegam do zaskakująco jasnego pomieszczenia. Zatrzymuję
się i szybko przelatuję wzrokiem po wszechstronnej, podłużnej sali. Na
kamiennej podłodze ciągnie się niebieski, delikatnie wzorowany dywan. Pod
ścianami umieszczone są ławki, poprzeplatane ozdobnymi, zielonymi kwiatami, nad
którymi wiszą pochodnie.
Lecz te niuanse wystroju wnętrza nie są
już istotne. Pod ścianą, w kącie stoi przyczyna mojej reakcji. Szlachcianka o
blond włosach, ubrana w idealnie dopasowaną do sylwetki, złoto-niebiesko-fioletową
suknię. Kobieta trzyma w ręku kubek, z
którego nabiera łyk płynu.
Doprawdy
wyśmienicie. Zapraszam do zabawy. Myślę, wyjmując nóż do
rzucania. Rzucam w nim dokładnie tam, gdzie chciałam. W koniuszek ucha kobiety,
do której podchodzę wartkim krokiem. Przyjmując groźną minę, popycham ją w
stronę ściany. Blondyna wypuszcza naczynie, z którego na posadzkę sączy się pitny
miód.
Wszystko wykonuję tak szybko, że nawet
nie zdąża porządnie krzyknąć.
- Gadaj, co planujesz, suko – mówię
jadowicie, prosto w jej twarz, po czym jedno przedramię kładę jej na klatkę, a
drugie na szyję i mocno przyciskam do ściany.
- Ja… - wyjąkuje zaskoczona kobieta,
której przerywa inny, znajomy głos zmierzającej w naszą stronę kobiety.
- Ty tutaj? Znowu chcesz coś popsuć i
oczernić sprawiedliwego człowieka, po drodze dusząc jego córkę?
- Proszę? – pytam się zdziwiona, nadal
trzymając Anorę w ryzach i odwracając głowę w stronę kobiety, noszącej
karacenową zbroję i miecz przy boku. – A kim ty jesteś, by mnie oskarżać o
takie rzeczy?
- Dowódczynią oddziału wojska i kimś,
kto wie, co widzi.
Odwracam się z powrotem. Córka Logheina
jest cała czerwona na twarzy. Dobrze jej tak. Dla damy jej pochodzenia taki
wygląd na ważnym spotkaniu to z pewnością forma upokorzenia.
- Niezłego szarlatana sobie wybrałaś.
Może pora przejrzeć na oczy i zobaczyć głównego sprawce ostagarskiej klęski?
Nim dowódczyni odpowiada, z zamkowego
dziedzińca dobiegają odgłosy nadchodzących towarzyszy. Dzięki naturalnie
wzmocnionemu elfiemu słuchowi, mogę usłyszeć odpowiednio wcześnie. Nie raz ta
zdolność ratowała nam życie. Tym razem również to zrobi, lecz w mniej dosłownym
znaczeniu.
- Stój prosto i jak gdyby nigdy nic.
Rozumiesz? – gwałtownie rozkazuję, uwalniam Anorę i podnoszę nóż, którym
rzuciłam o ścianę i w konsekwencji spadł na podłogę. – Ale pamiętaj, jeszcze
się z tobą policzę.
Dokładnie sekundę później pojawiają się
towarzysze.
- Policzę? Co chcesz liczyć? – pyta
Zevran z zainteresowaniem.
Nie dobrze. A co jeśli usłyszał całość i
tylko udaje niewiedzę? On ma stanowczo zbyt dobry słuch. Muszę coś
wykombinować….
- Pomioty. Właśnie mówiłam Anorze, iż
założyłam się z Alim, że zabiję więcej pomiotów od niego – odpieram. Nawet
obyło się bez kłamstwa, gdyż kiedyś przewinął się taki zakład w naszych
rozmowach, jednakże nie braliśmy go na poważnie. Teraz to dobry as w rękawie na
szybką odpowiedź
Uśmiecham
się pod nosem, zadowolona ze swojej pamięci.
- I jak mniemam, to była ta twoja ,,ważna
sprawa’, tak? – Morri mówi sceptycznie i z nie ukrywaną zgryźliwością.
- Eeee… Nie, to tylko tak przy okazji.
Kurcze
jednak bez kłamstwa się nie obejdzie.
– Ile się spóźniliśmy? – pytam Anorę dla
odwrócenia uwagi.
- W ogóle się nie spóźniliście. Arl
Eamon przesunął godzinę. Zjazd zacznie się za dwadzieścia minut.
- Przesunął? Przecież umawialiśmy się, że
bez względu na wszystko spotkanie ma być o dziesiątej…. – mówię niepewnie.
- Cóż,
najwidoczniej mieli ku temu dobre powody. Nie dopytywałam.
- Myślę,
że to tylko przeciąganie tego, co konieczne.
Dopiero
teraz zauważam dowódczynię, stojącą za Lelianą.
- Co
masz na myśli, Lano? – pyta córka Logheina.
- Twoja
pozycja jest przegrana, Strażniczko. Szlachta opowie się za regentem, czyli
prawowitym władcą Fereldenu. Ten cały teatrzyk jest organizowany tylko po to,
aby go oczernić. Ładna zapłata za uratowanie kraju.
- Logheina
w końcu ktoś musi osądzić za zdradę. I nie kłam, że o niej nie wiesz. W końcu
sama byłaś pod Ostagarem. Naprawdę nie widzisz, jak się
zhańbił?
- Ostagar był krwawy, owszem. Ale
gdyby nie regent, teraz wszyscy byliby martwi.
- Anora nam zaufała, przejrzała na
oczy… Czemu ty nie możesz? – próbuję perswadować, chociaż szlachcianka nadal
jest na mojej czarnej liście.
- Itharinno, zostaw ją. I tak ci nie
uwierzy. Nie masz co strzępić języka. Ślepy pozostaje ślepym aż do śmierci –
mówi Morri swoim specyficznym tonem z nutką jadu.
Wzdycham
z irytacją. Dowódczyni dodaje, spuszczając wzrok na dół:
- Nie jestem ślepa. Wiem, jakich
haniebnych czynów dokonał, ale… nie mogę odejść. Jest wielkim człowiekiem. Nie
mogę tak po prostu go… zostawić. Ja… - milknie.
Zerkam na nią, odkrywając różowawe
rumieńce na jej twarzy. Do głowy przychodzi mi pewna niedorzeczna myśl: Czyżby coś do niego czuła? Potrząsam
głową. Nie, to raczej niemożliwe.
Drzwi do sąsiedniej sali otwierają się.
- Kto
kogo ma zamiar zostawić? – Alistair pyta się w progu i podchodzi.
Zaraz
za nim widzę Eamona z podirytowaną miną. Coś czuję, że musieli się posprzeczać.
- Nikt
nikogo, Alistairze. To nasza droga dowódczyni o wdzięcznym imieniu Lana,
próbuje bronić wielkości tego
sukinsyna.
- Aha. A ty jak zawsze szczery aż do bólu. – Strażnik
komentuje, po czym kieruje w moją stronę zatroskane spojrzenie. - Już ci
lepiej? Martwiłem się.
- Tak. To była naprawdę ciężka walka, ale nawet najgorsze
cierpienie nie oprze się boskim umiejętnościom Wynne – mówię żartobliwie. - Z
resztą, poboli i przestanie. Nie z takich opresji wychodziłam żywcem.
Pomimo wyluzowanego tonu, chyba nie do końca mi uwierzył,
więc uśmiecham się, w zamiarze uspokojenia jego nadwrażliwości na moim punkcie.
- Powiedzmy, że na razie zadawala mnie ta odpowiedź –
odpowiada twardo.
- Nie histeryzuj templariuszyno. To
jeszcze nie powód do paniki – szydzi Morri.
- Nie
histeryzuję, tylko się martwię.
- Co
cię ugryzło? – pytam, bo ewidentnie coś jest nie tak.
Strażnik
milczy.
-
Pozwól na chwilę.
Łapię
go za rękaw, odciągam w drugi koniec pomieszczenia i sadzam na ławce jak małe
dziecko, któremu zaraz ma się oberwać za zdemolowanie połowy domu.
- Alistair, to naprawdę nie pora na
zamartwianie się o mnie. Zwykłe kobiece dolegliwości.
- Pod tym kryje się wachlarz
niedomówień, wiesz?
Oj,
zdziwisz się jeszcze jak wielki.
-
Chciałam się z tobą pokłócić o to, ale wiesz co? Szkoda czasu.
- Na
sprzeczkę, owszem. Na wyjaśnienia, nie.
- Tu
nie trzeba nic wyjaśniać.
- Wiem,
że kłamiesz. Za dobrze cię znam.
- Zatem
wiesz również, że nie lubię rozmawiać o trywialnych kobiecych słabościach, a
już szczególnie z facetami.
Ruszam
głową w geście irytacji i wracając z powrotem do drużyny, słyszę końcówkę
pytania Leliany:
-
…przesunęliście?
Pewnie chodzi jej o Zjazd. Dobre
pytanie.
- Kilku
szlachciców wysłało kurierów z wiadomością, że się spóźnią przez szerzącą się
Plagę. Większość zebranych zgodziła się poczekać, więc zyskaliście kilka minut
na dotarcie na czas – informuje Eamon i dodaje żartobliwie. – No i Ali nie mógł
się skupić przez poranny incydent. Cały czas lamentował, że nie pozwoliłyście
mu zostać.
- Aha.
A dowiedzieliście się czegoś podczas rozmów, może wpadliście na jakieś
dodatkowe argumenty? – dopytuję arla.
- Rozmawiałem ze szlachciankami. Nic
przydatnego. Jedna tylko napomniała, że pomogliście jej z jakimiś ,,sprawami
rodzinnymi”.
- Boją się przedwczesnych osądów. To
racjonalne, kiedy nie zna się szczegółów sprawy. – Wynne mruczy pod nosem.
- W ostateczności możemy obiecać
odbudowę miasta. Przyznajcie w końcu, że tu śmierdzi gorzej, niż w
krasnoludzkiej gorzelni.
- Widzę, że żarcik ci się wyostrza.
- komentuje Alistair.
Spoglądam mu w oczy. Chyba mi nie
odpuści. W sumie mu się nie dziwię. Sama chciałabym poznać przyczyny rannego
incydentu, gdybym była osobą nadal bliską memu sercu.
Po minucie milczenia odzywa się
kapłanka:
- Arlu,
nie sądzisz, że pora już wchodzić? Zostało kilka minut.
- Masz rację, Leliano. Chodźmy. Niech
nam Stwórca dopomoże.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz