17 sierpnia 2016

IM 7, 8 i 9: Przed zjazdem.

Denerim
Od Autorki: Mam wrażenie, że ten rozdział będzie mega niespójny z kolejnym, jednak nie jestem w stanie nic więcej poprawić. 











Itharinna

Istotnie, zza drzwi dobiegają mnie stłumione przez ścianę pytania towarzyszy, oraz lakoniczne odpowiedzi Wynne. Powołuje się na stres, kobiece dolegliwości, zmęczenie niemal nieustającą walką oraz wczorajsze rozstanie. Ten ostatni argument na chwilę ucisza towarzystwo.
        Podchodzę do fotela. Biorąc sukienkę, zdaję sobie sprawę, że niespodziewane wydarzenia ostatniego wieczoru, pokrzyżowały mi plany wyboru osób, które chcę zabrać na Zjazd.
      Zakładając odzienie, misternie plecioną, wytrzymałą, stalową kolczugę i skórzaną kamizelkę z delikatnym futerkowym podszyciem, zaczynam się nad tym zastanawiać. Po przewiązaniu się pasem z antivianskiej skóry i umocowaniu dwóch sztyletów oraz trzech noży do rzucania, wiem już, kogo zabrać ze sobą. 
        Jak na potwierdzenie mojej decyzji, z korytarza dobiega mnie chrapliwy, donośny głos.  Tak… Oghrena na pewno nie zabiorę. Krasnolud od samego rana znów jest zbyt mocno wstawiony, aby iść na tak ważne spotkanie. Jak on to robi? Wstaje w nocy i z nudów opróżnia każdą butelkę, która wpadnie mu w ręce? Doprawdy, nie rozumiem jego zamiłowań do alkoholu i eterycznych kobiet na jednonocną przygodę.
            Jednak w jednym jestem zmuszona oddać honor orzammarczykowi z krwi i kości. W wymachiwaniu młotem bojowym osiągnął mistrzostwo. Ma Głębokich Ścieżkach niejednokrotnie uratował nam życie.  Gdyby nie był pijany, to kto wie. Nigdy nie wiadomo, kiedy zaatakują pomioty, czy kolejna grupa profesjonalnie zorganizowanych zabójców. Dyrthamenie dopomóż.
        Odpada również Sten. Sam przyznaje, że polityka Fereldenu, czy innych krajów zwyczajnie go nudzi. Kiedy w obozie zaczynaliśmy dyskusje o polityce, zazwyczaj szedł ćwiczyć z mieczam, aby następnie zajmować się stanem oręża. Sten generalnie mało mówił. Pomimo że znam go dość długo, z jego lakonicznych odpowiedzi nie dowiedziałam się praktycznie nic o życiu qunari. Podobnie do krasnoluda wierzy w siłę, nie zaś dyplomację. I tak samo, jak on, ratował nam życie precyzyjnym cięciem w pomiocią szyję.
            Co do pozostałych członków drużyny z zaskoczeniem odgaduję, że trudno jest kogokolwiek z nich odrzucić. Każdy z nich ma przydatne umiejętności i cechy charakteru.
         Oczywiste jest, iż muszę być gotowa na wszystko. Zatem przyda się spryt i bystre oko Zevrana, uzdrowicielskie moce i doświadczony życiem punkt widzenia Wynne, celny łuk i kapłańska mądrość Leliany oraz paraliżująca entropia i sarkazm Morrigan.
        Wychodząc w pełnym rynsztunku, od razu napotykam nieustępliwe spojrzenia zgromadzonej drużyny oraz perswadujące oblicze Wynne. Lekko się irytuję i demonstracyjnie, głośno wypuszczam powietrze z płuc.
        - Naprawdę mamy ważniejsze sprawy na głowie aniżeli moje zdrowie. – odzywam się znudzonym głosem, kiedy widzę otwierające się usta Wiedźmy. Ignoruję ją. – Ali, Eamon i Anora pewnie już się niecierpliwią. Zev, powiedz Stenowi i Oghrenowi, że zostają razem z Ves. Pozostali idą ze mną.
            Kruk dogonił nas tuż za furtką rezydencji.


       Idąc do zamku najkrótszą z możliwych dróg, zwyczajowo, z grymasem przyglądam się miastu. Według mnie w żadnym metrze kwadratowym nie prezentuje się, jak na stolicę przystało.
      Wiele uliczek jest mrocznych i zaniedbanych. Pełno na nich nieczystości i brudu wylewanych przez najuboższych, a czasem również ludzi średnich klas. Czasami przyprawia mnie to o zawroty głowy. Po zakątkach miasta pałętają się złodzieje, bandyci, kieszonkowcy i gwałciciele. Ludzie żerujący na bezbronnych staruszkach, dzieciach, kobietach, czy niczego nieświadomych przejezdnych gości.
Domy są zaniedbane, deski stelażowe zbutwiałe i pokryte kilkoma rodzajami mchów. W niektórych oknach zamiast szyb popowieszano rybie pęcherze, a fragmenty tynku odchodzą od cegieł. Spróchniałe deski, tworzące pozorne chodniki, nie dają wrażenia bezpieczeństwa. Jest w nich pełno dziur, o które bez problemu może się potknąć małe dziecko, czy kobieta z butami na obcasie.  
Doprawdy, nie rozumiem, jak mieszkańcy mogą tak żyć. Myślę. Czy tak powinna wyglądać stolica silnego państwa? Kraju, który powinien dbać o respekt, aby nie doszło do kolejnej niewoli? Kraju, który pragnie się rozwijać i zapewniać obywatelom bezpieczeństwo i dobrobyt? Loghain nie za dobrze prosperuje na pozycji regenta, skoro o to nie dba. Mmmm… Mogę na to zwrócić uwagę na Zjeździe. To niezły argument dla Alistaira.
Zamyślona nad szukaniem argumentów, obserwuję monotonne życie mieszkańców. Mężczyźni, w zależności od swojej profesji, wyrabiają beczki, robią buty i uczą synów swojego fachu. Inni po prostu siedzą w pobliskiej karczmie, oddając się hazardowi i rozpuście przy muzyce bardów. Młode dziewczyny dążą w tą i z powrotem, z koszami pełnymi kwiatów tudzież owoców i innych produktów na zbliżający się obiad. Kobiety wieszają sprane koszule, cerują ubrania czy tracą cierpliwość do rozbrykanych dzieci, wesoło biegających wszędzie, gdzie nie spojrzeć. Na ich widok mimowolnie lekko unoszę kąciki ust do góry. Kiedy się orientuję, że na wpół świadomie unoszę dłoń, aby położyć ją na brzuchu, szybko, dla niepoznaki, kieruję rękę na sztylet.


Zevran.

            Czuję się obserwowany. Na ulicy to rzecz oczywista, ale nie kiedy jest się towarzyszem Itharinny. I skrytobójcą, który nie tylko morduje na zlecenie, ale i może być zamordowany.
Tej zasady półświatka uczyłem się bardzo długo.
Wytężam słuch. Rozmowy, krzyki, nawoływania, tętent koni… Nic poza typowym, ulicznym gwarem. Kiedy skręcamy w cichą, wąską, mniej uczęszczaną przez ludzi uliczkę, mam okazję zerknąć za siebie. Na linii horyzontu nie widać nikogo podejrzanego, ale to jeszcze o niczym nie świadczy.  Gdzieś z oddali dobiega mnie odgłos zsuwającej się dachówki. Ktoś chodzi po dachu.
Strażniczka nie daje żadnych oznak, że słyszy jakiekolwiek niepokojące dźwięki toteż doganiam ją.
- Ziemia do Ity. Słyszysz to? – szepczę.
- Słyszę. Musimy się rozdzielić. Nie mamy czasu na walkę.
            - Jest nas pięcioro i mamy moją paraliżującą entropię. Walka będzie szybka. 
           - Ale działasz nią tylko na wąskim obszarze, Morrigan. A takie grupy przecież nigdy nie atakują z jednej strony – mówi Wynne.
            - Mori, zmień się w pszczoły, zrób zwiad i zawróć.
            - To będzie podejrzane Ithari. Równie dobrze mogłabym strzelić z łuku.
            - Raczej niebezpieczne. Już słyszę plotki: Kapłanka przypadkiem zabiła przechodnia strzałą z łuku. I całe te…
            - Mori, to nie czas… - urywam kiedy strzała przelatuje lekko raniąc mi czubek ucha.
            Itharinna momentalnie odwraca się, wyjmuje nóż do rzucania i celnie trafia kogoś za mną. Słychać uderzenie metalu o metal.
            - No to po planach. Do boju! – Strażniczka krzyczy wyjmując sztylet i biegnie w stronę zranionego napastnika.
            W kolejnej sekundzie następna dwójka napastników wbiega do uliczki, a para zwinnie skacze z dachów. Wychodzi jeden na jednego. Wszyscy bez chwili wahania biorą się za najbliższego wroga. Na minie i Lelianę akurat przypada dwójka skoczków. Jeden leci wprost na moją głowę, toteż wykonuję przewrót w tył. Podnosząc się, sięgam pewnie po sztylety i chwytam je ostrzami do tyłu, aby mieć większy rozmach. Wykonuję półobrót w prawo - cięcie, w lewo - cięcie. Słyszę zgrzyt stali, która zaczyna płonąć delikatnymi płomieniami. Magia Morrigan. Co prawda, czarodziejka spóźniła się o jakieś dwie sekundy, bo przeciwnik zripostował, ale czar może się jeszcze przydać. Odskakuję ponownie do tyłu. Zbir dziwi się na widok płomieni i zaczyna się czaić. Posyłam mu nonszalancki półuśmiech, po czym szybko rozglądam się po uliczce.
        - Zevran! – Leliana krzyczy, wychwyciwszy moje spojrzenie i, celując łukiem wprost w mojego wroga,  pokazuje podbródkiem bandytę po lewo od siebie. Kapłanka postrzeliła mu lewy bark i bok.
            Zrozumiawszy od razu, o co chodzi, rozpędzam się, skaczę w górę i mocnym pchnięciem dobijam leżącego na ziemi. Kobieta w tym samym czasie rozprawiła się z moim skrytobójcą.
            Rozglądam się. Wszyscy są martwi z wyjątkiem jednej osoby, która próbuje być nie zauważona i skrywa się za rogiem ulicy. Pewnie dowódca, myślę. Oni zawsze się chowają za bandą ogłupiałych podwładnych. Chyba jest świadomy, że wiemy o jego obecności, gdyż zaczyna uciekać ulicą prostopadłą do tej.  Niestety, nie przewiduje umiejętności naszej magini i szybko poznaje paraliżujący czar Morrigan.  Zaraz potem ląduje na ziemi, ze sztyletem na gardle, przygniatany siłą ciała dowódczyni, która pyta ostro, z pogardą, bez tonu współczucia:
            - Kto cię przysłał?
             Bandyta głośno i kurczowo przełyka ślinę, uważając, aby nie przejechać skórą o ostrze.
- Nikt – odpowiada.
- Daj spokój, wiem, że kłamiesz. Mów prawdę, a puszczę cię wolno – Strażniczka obiecuje głosem nie znoszącym sprzeciwu.
            - Nie wiem, kto nas wynajął. Przysięgam! – wykrzykuje, na widok groźnej miny Ithar. – Dostałem listowne zlecenie. Od zakapturzonej kobiety o czarnych włosach. Miałem zabić Szarą Strażniczkę, Szarego Strażnika oraz towarzyszącym im krasnoluda, elfa, Qunari, kapłankę, czarodziejkę z Kręgu i Wiedźmę z Głuszy. Podpisane K.
            - Na Starożytnych Elfów…
            Wszyscy niezrozumiale patrzą na mnie. Zbir ponownie przerywa ciszę;
- Nic więcej nie wiem. Puść mnie, błagam! Mogę pokazać zlecenie! Mam je przy sobie, ale błagam, pozwólcie mi żyć.
            - Najpierw zlecenie. – Ithari żąda stanowczo.
            - Lewa kieszeń – mówi już spokojniej.
Kiedy wydobywa zmięty kawałek papieru, rozwija go i szybko wodzi wzrokiem. Chowa do kieszeni, ukrytej pod spodem skórzanej bluzki, i szybkim, groźnym krokiem kieruje się w stronę zamku. Widać, że coś chodzi jej po głowie, lecz niestety nie mogę odgadnąć, co dokładnie.
- Mam jeszcze sprawę do Anory. Koniecznie przed Zjazdem – rzuca szybko.
- Jesteś pewna, że nie możesz zaczekać? – pyta Wynne. – Już i tak jesteśmy spóźnieni, a Anora pewnie już weszła na sale.
- Mówiła, że zaczeka. A ja nie mogę czekać. Idźcie szybko, ale dajcie mi trochę czasu – mówi szybko, po czym zrywa się jak strzała spuszczona z cięciwy łuku i pędzie na oślep w stronę zamku.  

Itharinna

Mam złe obawy. Nie zważam na nic, ani na nikogo. Skaczę po skrzyniach, wozach, przepycham się przez tłumy zdziwionych ludzi, ignorując ich okrzyki i wygrażania.
Skręcam i za rogiem ulicy widzę już zamek. Ogarniam wzrokiem mury wysokiej, warownej budowli bez zbędnych ozdób czy balkoników. Kamienna budowla, w swej prostocie, sprawia wrażenia praktycznej do granic możliwości. Ma zwykłe, zakończone ostrym łukiem okna, proste parapety, kilka ząbkowato zakończonych wież i mosiężne dębowe drzwi. Nad wejściem, z okien zwisają dwa, lekko zakurzone proporce z godłem kraju  na płowobiałym tle z czerwoną otoczką.
Gwałtownie otwieram wielkie drzwi i wbiegam do zaskakująco jasnego pomieszczenia. Zatrzymuję się i szybko przelatuję wzrokiem po wszechstronnej, podłużnej sali. Na kamiennej podłodze ciągnie się niebieski, delikatnie wzorowany dywan. Pod ścianami umieszczone są ławki, poprzeplatane ozdobnymi, zielonymi kwiatami, nad którymi wiszą pochodnie.
Lecz te niuanse wystroju wnętrza nie są już istotne. Pod ścianą, w kącie stoi przyczyna mojej reakcji. Szlachcianka o blond włosach, ubrana w idealnie dopasowaną do sylwetki, złoto-niebiesko-fioletową suknię.  Kobieta trzyma w ręku kubek, z którego nabiera łyk płynu.
Doprawdy wyśmienicie. Zapraszam do zabawy. Myślę, wyjmując nóż do rzucania. Rzucam w nim dokładnie tam, gdzie chciałam. W koniuszek ucha kobiety, do której podchodzę wartkim krokiem. Przyjmując groźną minę, popycham ją w stronę ściany. Blondyna wypuszcza naczynie, z którego na posadzkę sączy się pitny miód.
Wszystko wykonuję tak szybko, że nawet nie zdąża porządnie krzyknąć.
- Gadaj, co planujesz, suko – mówię jadowicie, prosto w jej twarz, po czym jedno przedramię kładę jej na klatkę, a drugie na szyję i mocno przyciskam do ściany.
- Ja… - wyjąkuje zaskoczona kobieta, której przerywa inny, znajomy głos zmierzającej w naszą stronę kobiety.
- Ty tutaj? Znowu chcesz coś popsuć i oczernić sprawiedliwego człowieka, po drodze dusząc jego córkę?
- Proszę? – pytam się zdziwiona, nadal trzymając Anorę w ryzach i odwracając głowę w stronę kobiety, noszącej karacenową zbroję i miecz przy boku. – A kim ty jesteś, by mnie oskarżać o takie rzeczy?
- Dowódczynią oddziału wojska i kimś, kto wie, co widzi.
Odwracam się z powrotem. Córka Logheina jest cała czerwona na twarzy. Dobrze jej tak. Dla damy jej pochodzenia taki wygląd na ważnym spotkaniu to z pewnością forma upokorzenia.
- Niezłego szarlatana sobie wybrałaś. Może pora przejrzeć na oczy i zobaczyć głównego sprawce ostagarskiej klęski?
Nim dowódczyni odpowiada, z zamkowego dziedzińca dobiegają odgłosy nadchodzących towarzyszy. Dzięki naturalnie wzmocnionemu elfiemu słuchowi, mogę usłyszeć odpowiednio wcześnie. Nie raz ta zdolność ratowała nam życie. Tym razem również to zrobi, lecz w mniej dosłownym znaczeniu.
- Stój prosto i jak gdyby nigdy nic. Rozumiesz? – gwałtownie rozkazuję, uwalniam Anorę i podnoszę nóż, którym rzuciłam o ścianę i w konsekwencji spadł na podłogę. – Ale pamiętaj, jeszcze się z tobą policzę.
Dokładnie sekundę później pojawiają się towarzysze.
- Policzę? Co chcesz liczyć? – pyta Zevran z zainteresowaniem.
Nie dobrze. A co jeśli usłyszał całość i tylko udaje niewiedzę? On ma stanowczo zbyt dobry słuch. Muszę coś wykombinować….
- Pomioty. Właśnie mówiłam Anorze, iż założyłam się z Alim, że zabiję więcej pomiotów od niego – odpieram. Nawet obyło się bez kłamstwa, gdyż kiedyś przewinął się taki zakład w naszych rozmowach, jednakże nie braliśmy go na poważnie. Teraz to dobry as w rękawie na szybką odpowiedź 
Uśmiecham się pod nosem, zadowolona ze swojej pamięci.
- I jak mniemam, to była ta twoja ,,ważna sprawa’, tak? – Morri mówi sceptycznie i z nie ukrywaną  zgryźliwością.   
- Eeee… Nie, to tylko tak przy okazji.
Kurcze jednak bez kłamstwa się nie obejdzie.
– Ile się spóźniliśmy? – pytam Anorę dla odwrócenia uwagi.
- W ogóle się nie spóźniliście. Arl Eamon przesunął godzinę. Zjazd zacznie się za dwadzieścia minut.   
- Przesunął? Przecież umawialiśmy się, że bez względu na wszystko spotkanie ma być o dziesiątej…. – mówię niepewnie.
- Cóż, najwidoczniej mieli ku temu dobre powody. Nie dopytywałam.
- Myślę, że to tylko przeciąganie tego, co konieczne.
Dopiero teraz zauważam dowódczynię, stojącą za Lelianą.
- Co masz na myśli, Lano? – pyta córka Logheina.
- Twoja pozycja jest przegrana, Strażniczko. Szlachta opowie się za regentem, czyli prawowitym władcą Fereldenu. Ten cały teatrzyk jest organizowany tylko po to, aby go oczernić. Ładna zapłata za uratowanie kraju.
- Logheina w końcu ktoś musi osądzić za zdradę. I nie kłam, że o niej nie wiesz. W końcu sama byłaś pod Ostagarem. Naprawdę nie widzisz, jak się zhańbił?
            - Ostagar był krwawy, owszem. Ale gdyby nie regent, teraz wszyscy byliby martwi.
            - Anora nam zaufała, przejrzała na oczy… Czemu ty nie możesz? – próbuję perswadować, chociaż szlachcianka nadal jest na mojej czarnej liście.
- Itharinno, zostaw ją. I tak ci nie uwierzy. Nie masz co strzępić języka. Ślepy pozostaje ślepym aż do śmierci – mówi Morri swoim specyficznym tonem z nutką jadu.
Wzdycham z irytacją. Dowódczyni dodaje, spuszczając wzrok na dół:
- Nie jestem ślepa. Wiem, jakich haniebnych czynów dokonał, ale… nie mogę odejść. Jest wielkim człowiekiem. Nie mogę tak po prostu go… zostawić. Ja… - milknie.
Zerkam na nią, odkrywając różowawe rumieńce na jej twarzy. Do głowy przychodzi mi pewna niedorzeczna myśl: Czyżby coś do niego czuła? Potrząsam głową. Nie, to raczej niemożliwe.
Drzwi do sąsiedniej sali otwierają się.
- Kto kogo ma zamiar zostawić? – Alistair pyta się w progu i podchodzi.
Zaraz za nim widzę Eamona z podirytowaną miną. Coś czuję, że musieli się posprzeczać.
- Nikt nikogo, Alistairze. To nasza droga dowódczyni o wdzięcznym imieniu Lana, próbuje bronić wielkości tego sukinsyna.
- Aha. A ty jak zawsze szczery aż do bólu. – Strażnik komentuje, po czym kieruje w moją stronę zatroskane spojrzenie. - Już ci lepiej? Martwiłem się.
- Tak. To była naprawdę ciężka walka, ale nawet najgorsze cierpienie nie oprze się boskim umiejętnościom Wynne – mówię żartobliwie. - Z resztą, poboli i przestanie. Nie z takich opresji wychodziłam żywcem.
Pomimo wyluzowanego tonu, chyba nie do końca mi uwierzył, więc uśmiecham się, w zamiarze uspokojenia jego nadwrażliwości na moim punkcie.
            - Powiedzmy, że na razie zadawala mnie ta odpowiedź – odpowiada twardo.
- Nie histeryzuj templariuszyno. To jeszcze nie powód do paniki – szydzi Morri.
- Nie histeryzuję, tylko się martwię.
- Co cię ugryzło? – pytam, bo ewidentnie coś jest nie tak.
Strażnik milczy.
- Pozwól na chwilę.
Łapię go za rękaw, odciągam w drugi koniec pomieszczenia i sadzam na ławce jak małe dziecko, któremu zaraz ma się oberwać za zdemolowanie połowy domu.
- Alistair, to naprawdę nie pora na zamartwianie się o mnie. Zwykłe kobiece dolegliwości.
- Pod tym kryje się wachlarz niedomówień, wiesz?
Oj, zdziwisz się jeszcze jak wielki.
- Chciałam się z tobą pokłócić o to, ale wiesz co? Szkoda czasu.
- Na sprzeczkę, owszem. Na wyjaśnienia, nie.
- Tu nie trzeba nic wyjaśniać.
- Wiem, że kłamiesz. Za dobrze cię znam.
- Zatem wiesz również, że nie lubię rozmawiać o trywialnych kobiecych słabościach, a już szczególnie z facetami.
Ruszam głową w geście irytacji i wracając z powrotem do drużyny, słyszę końcówkę pytania Leliany:
- …przesunęliście?
Pewnie chodzi jej o Zjazd. Dobre pytanie. 
- Kilku szlachciców wysłało kurierów z wiadomością, że się spóźnią przez szerzącą się Plagę. Większość zebranych zgodziła się poczekać, więc zyskaliście kilka minut na dotarcie na czas – informuje Eamon i dodaje żartobliwie. – No i Ali nie mógł się skupić przez poranny incydent. Cały czas lamentował, że nie pozwoliłyście mu zostać.   
- Aha. A dowiedzieliście się czegoś podczas rozmów, może wpadliście na jakieś dodatkowe argumenty? – dopytuję arla.
- Rozmawiałem ze szlachciankami. Nic przydatnego. Jedna tylko napomniała, że pomogliście jej z jakimiś ,,sprawami rodzinnymi”.
- Boją się przedwczesnych osądów. To racjonalne, kiedy nie zna się szczegółów sprawy. – Wynne mruczy pod nosem.
- W ostateczności możemy obiecać odbudowę miasta. Przyznajcie w końcu, że tu śmierdzi gorzej, niż w krasnoludzkiej gorzelni.
- Widzę, że żarcik ci się wyostrza. -  komentuje Alistair.
Spoglądam mu w oczy. Chyba mi nie odpuści. W sumie mu się nie dziwię. Sama chciałabym poznać przyczyny rannego incydentu, gdybym była osobą nadal bliską memu sercu.
Po minucie milczenia odzywa się kapłanka:
- Arlu, nie sądzisz, że pora już wchodzić? Zostało kilka minut.
- Masz rację, Leliano. Chodźmy. Niech nam Stwórca dopomoże. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz