![]() |
| Autorka obrazka Taka mała współpraca - ja pisze i się rozwijam, a Lisu od teraz maluje dla mnie obrazki i też się rozwija. Obie strony maj profity, czegoż chcieć więcej? :D |
Niech Stwórca nad Wami czuwa Miśki!
Alistair.
Nie
sądziłem, że cała akcja potoczy się aż tak szybko, myślę, patrząc na
twarze sprzeczających się szlachciców. Niemniej jednak jestem zadowolony z jej
przebiegu, gdyż podane przez nas argumenty zdjęły klapki z oczu zgromadzonych,
osłabiając pozycję regenta. Stwórco,
czuwaj nadal, bo chociaż bliżej końca, aniżeli początku, to jeszcze jedna,
trudna decyzja przed możnymi. Dobrze, że przynajmniej wiedzą już, z jakiego
tytułu będę ubiegał się o tron, a właściwie o aprobatę małżeństwa z Anorą. O zgrozo. Wolałbym być haniebnie zabity
przez te ohydne pomioty, ale cóż. Czego się nie robi dla wolności i dobra
tysięcy? Robiłem to przez całe życie.
Szkoliłem się, aby chronić ludzi. Tron i ożenek to tylko kolejny krok na
obranej wcześniej drodze. Stop, skoncentruj
się na obecnej sytuacji, zrób coś, zanim dojdzie do jeszcze większej kłótni.
Spoglądam
na Itharinnę, która patrzy raz na mnie, a raz na Eamona. Po jej lekko
zmarszczonych brwiach, wnioskuję, że myśli o tym samym. Pora na rozstrzygnięcie
tej kwestii i przejście do kolejnej.
-
Proszę o ciszę! – krzyczę, jak najgłośniej potrafię. Po chwili wszyscy kierują
wzrok w moją stronę. – Zarządzam głosowanie. Wszyscy, którzy uważają, że Szara
Straż jest winna klęsce pod Ostagarem, proszeni są o przejście na moją lewą
stronę. Wszyscy, którzy niepowodzeniem obarczają Logheina, proszeni są o
przejście na moją prawą. Jeśli ktoś się wstrzymuje od głosu, proszony jest o
ustawienie się na dywanie.
Po chwili zamieszania,
zdecydowana większość głosujących opowiedziała się za zdradą regenta, a tylko
trzech szlachciców pozostało mu wiernych. Nikt nie pozostał obojętny.
- To zwykle oszczerstwa!!!
– wybucha Loghain, brutalnie wymachując lewą rękę do tyłu tak, że aż skrzypi
zbroja. – Zachowujecie się jak idioci. Nie wiecie, co robicie! Nie znacie
brutalności i bez litości orlezjan! Nie walczyliście o wolność. – Odwraca się
do Guerrina. – A ty?! Nie udawaj durnia. Ty jedyny wiesz, o czym mówię. Dla
młodego chłopaka to musiała być podwójna trauma. Lęk o ojca, o rodzinę i
przyjaciół. A teraz? Tylko siedzisz zaślepiony i hodujesz tłuszcz na brzuchu. –
Kłuje palcem powietrze, na podkreślenie swojego stanowiska, wypowiedzianego w
wulgarny sposób. – Nie macie najmniejszego prawa mnie oceniać!
- Człowiek jest tylko
człowiekiem. Popełnia błędy, które mogą szkodzić jemu, otoczeniu, a czasem i
tysiącom. Ważne, aby z honorem przyznał się do nich. Pokornie przyjął karę, bo
wie, że na nią zasługuje. Aby nie zrzucał na innych, zachowując się jak
niedojrzałe dziecko. Przed Stwórcą nic się nie ukryje. On wie wszystko, wszystko
pamięta i prędzej czy później zesłałby karę na winowajcę – odzywa się królewska
kapłanka.
- Mamy przeciwko tobie
dużo zarzutów, ale są one potwierdzone przez lady Anorę, banna Sigharda i
innych. Przyznajesz się do zdrady, Loghainie? - pyta bann Alfstanna, oczekując
potwierdzenia sensowności głosowania.
- Żądam sprawiedliwości
– odpowiada wymijająco, lecz ze zdeterminowanym obliczem. – Chcę uczciwej walki.
Tylko ogłoście zasady.
Stwórco, czy on zwariował?! Nie ma dość honoru,
by przyznać się do win? Przez niego stracimy tylko cenny czas i siły.
- Walka odbędzie się
zgodnie z tradycyjnymi regułami. Dla przypomnienia: jeden na jednego walczy na
ograniczonej powierzchni, aż do momentu poddania się. Potem nie ma już sprzeciwu.
Wygrany wygrywa bezprecedensowo – informuje brązowowłosa szlachcianka.
- A więc kto z was stawi
mi czoła?
- Ja – hardo mówi
Ithari.
Na te słowa podskakuję w
miejscu. Że co?! Podchodzę bliżej
niej, spoglądam w fiołkowe oczy i szepczę oburzony:
- Zwariowałaś? Daj mi
walczyć, pomścić Duncana i brata.
- Nie zwariowałam. Też
chcę pomścić Duncana. W końcu dzięki niemu żyję.
- Ale… - urywam, widząc
idącą do nas Wynne.
- Nie kłóćcie się w
takiej sprawie. Wiem, że oboje macie dobre powody do zemsty, ale to nierozsądne
sprzeczać się o walkę. – Spogląda na Ithari. – Dziecko, w obecnej sytuacji
sądzę, że powinnaś ustąpić. – Patrzy nań znacząco. – Jeszcze zdążysz w życiu
poznać smak walki. Będziesz nawet miała jej dość. Wspomnisz moje słowa.
- Tak. Masz rację. Jak
zwykle zresztą – przyznaje po krótkiej chwili intensywnego zamyślenia. – Idź,
walcz. Pomścij wszystkich nie zapomniawszy o elfach.
Wszyscy ustawili się,
tworząc na środku koło tak, aby można było wykonać dwa obroty z wyciągniętym
mieczem, stojąc na jednej linii, a jeszcze byłoby trochę miejsca.
Podchodzę i staję
naprzeciwko Loghaina. Wyciągam oręż.
- Możecie zaczynać –
brązowowłosa daje znak.
Przyjmując pozycję
bojową, patrzę mu w oczy. Są przepełnione wolą walki, nienawiścią, ale też
determinacją i wielką chęcią wygrania. Trwamy tak dobrą minutę.
- Czemu nie atakujesz,
bękarcie? – pyta jadowicie.
- Miło, że chcesz oddać
mi pierwszy ruch, lecz nie skorzystam. To nie ja chcę walczyć w desperacji
przegranego.
Regent z bojowym
krzykiem zaczyna biec w moją stronę. Bierze zamach i uderza wprost w tarczę,
którą zdążam nadstawić. To akurat nie było trudne. Podejrzewam, że regent na
razie zrobił to dla rozgrzewki. Następnie wyprowadza cios z drugiej strony,
który również blokuję. Loghain sprawnie przechodzi w piruet i zadaje kolejny
cios. Tym razem niestety końcówka jego miecza dosięga lewego ramienia,
trzymającej tarczę ręki. Na szczęście nie przechodzi mnie zbyt mocny ból, a
jedynie dreszczyk towarzyszący podrapaniu przez kota.
W oku antagonisty
pojawia się błysk zadowolenia.
I czego się cieszysz, baranie?
Przez pewien czas
walczymy na zmianę wymierzając ciosy i blokując je. Nadskakując to z jednej, to
z drugiej strony. Poruszając się po niewidzialnym, niezgrabnym okręgu. Po kilku
takich sekwencjach, Loghain doprowadza
do skrzyżowania naszych mieczy i walki opartej jedynie na sile naszych mięśni i
wytrzymałości. Mija około dwudziestu sekund, kiedy moja ręka delikatnie zaczyna
się chwiać. Stwórco, dopomóż, bo tego się
nie spodziewałam. Nie może wygrać tego epizodu, nie pozwolę! Zbieram siły i
zmuszam czarnowłosego do cofnięcia się.
Oboje pozwalamy sobie na
chwilę przerwy, po czym wykorzystując sytuację i pomimo, że nie odetchnąłem
wystarczająco, wykonuję cios zanim Mac Tir
ponownie przyjmuje pozycję bojową. Potem kolejny i następny. Dopiero
czwarty z kolei, po napotkaniu miecza przeciwnika, powoduje kolejne, lekkie
chwianie się jego nadgarstka. Trwamy tak przez kilka sekund, aż regent znowu odskakuje
do tyłu, przerywając demonstrację sił.
- Te twoje małe mięśnie
mają trochę siły, ale żaden bękart nie ma ze mną szans – mówi niemal szaleńczym
tonem, po czym rzuca tarczę na ziemię i bierze miecz w dwie ręce. Unosi go
wysoko, zbiera siły i z okrzykiem wykonuje cios. Szybko zerkam za siebie.
- Cholera! – krzyczę.
Moja sytuacja nie jest
za ciekawa, gdyż unik do tyłu mógłby narazić obserwatorów walki, a to nie leży
w moim interesie. Uczestnicy Zjazdu w końcu nie mogą się cofnąć, bo takie są
zasady walki. W tym momencie jedyne, co mogę zrobić, to przyklęknąć na podłodze,
zasłonić się tarczą i zacząć godzić się z tym, że cios pogruchocze mi kości. To
jest pewne, w końcu więcej niż rok temu, przed ostagarską bitwą, widziałem już go
na własne oczy.
Był wczesny wieczór
kiedy obóz został zaatakowany przez przeciętnej wielkości bandę silnych
pomiotów. Loghain Mac Tir właśnie trenował swoich żołnierzy przed obozem, a ja
przyglądałem się temu zza półotwartej bramy, oparty o drzewo. Pomioty nadeszły
niespodziewanie szybko i nazbyt cicho jak na nie. Nie wiem, czy należeli do
wojska, które zaatakowało dzień później, czy też byli przypadkowymi pomiotami, atakującymi
dla własnej uciechy, ale zniknęli tak szybko, jak się pojawili. Nawet nie
zdążyłem wyjąć miecza i dobiec, a Loghain dobijał ostatniego z nich owym mocnym
cięciem.
W ostatniej chwili
klękam i unoszę tarczę nad siebie. Rozlega się raniący uszy szczęk stali. Cios
zmusza mnie do położenia się na posadzce, a jego impet łamie mi kość
promieniową. Odruchowo napinam mięśnie
twarzy i zamykam oczy. Mam wielką ochotę ulżyć sobie krzykiem, ale powstrzymuję
się i tylko głośno syczę.
W zamian ktoś inny robi
to za mnie, czym zwraca na siebie uwagę.
Itharinna.
Leżę akurat tak, że
widzę jak Zevran powstrzymuje ją przed podbiegnięciem do mnie. Itha wyrywa się
tak gwałtownie, że antivianczyk musi ją trzymać w pasie. Co się z nią dzieje? Przecież jeszcze żyję.
Zbieram siły, aby
powiedzieć żeby się uspokoiła, że to tylko ręka, lecz wyprzedza mnie
Loghain:
- Poddajesz się, bękarci
pomiocie? – pyta, sapiąc z wysiłku i nienawiści.
- Chyba sobie kpisz –
mówię z zaciśniętą szczęką.
Odrzucam tarczę na bok,
odciążając bezwładną rękę i patrzę wprost w oczy wojownika, w których widać
triumf, zaciętość i pewność siebie. Chwytam pewniej nadal trzymany w ręku miecz
i w tym momencie… Czuję, że coś uciska złamaną kończynę. Zerkam na nią, lecz
nic nie widzę. Szybko spoglądam na stojącą za Loghainem drużynę.
Itharinna już się
uspokoiła i wymownym spojrzeniem daje znak Krukowi, że może już ją puścić.
Leliana szepcze coś pod nosem, a stojąca obok niej Wynne uważnie przygląda się
Morrigan, na którą przenoszę wzrok. Jej mina mówi wszystko tym, którzy lepiej
ją znają. A więc to twoja sprawka, myślę.
Oj, Leliano, mam nadzieje, że szepczesz
modlitwy, bo kiedy Mac Tir dowie się o małym oszustwie, to nawet Stwórca nie
pomoże, a tak to może temu zapobiec.
Wiedźma jakimś cudem
skupiła zaklęcie wzmacniające na uszkodzonej części ciała, czym wzmocniła je
tak, bym nie musiał być za nadto ostrożny podczas dalszej walki. Nie wiem,
kiedy się tego nauczyła, ale teraz to nie ma znaczenia.
Powoli siadam i
pomagając sobie mieczem, wstaję.
- Skoro tak – mruczy i
rzuca tarczę obok siebie – pokonam cię i bez tego. Honorowo, jak na rycerza
przystało.
- Już dawno splamiłeś
swój honor, zdradzając kraj i moją rodzinę.
Krzywiąc się, łapię
klingę drugą dłonią, zamachuję się z półobrotu i uderzam regenta. Idealnie,
chyba jedynie dzięki szczęściu, trafiam go w małą powierzchnię biodra,
chronioną jedynie przez skórzane spodnie. Wojownik ze skrzywioną twarzą, na
której maluje się niedowierzanie, upada na kolana, lecz nadal trzyma miecz w
dłoni. Biorę kolejny zamach, tym razem uderzając w ramię wojownika. Siła
kładzie go na ziemię i strąca hełm z głowy. Zdejmuję swój, rzucam za siebie i
przykładam końcówkę miecza pod jego brodę, prawie sięgając gardła.
- A ty? Poddajesz się? - pytam pomiędzy łapczywymi haustami
powietrza.
Loghain milcząc powoli
próbuje wstać, lecz kiedy opiera się o miecz, chwieje się i z brzękiem zbroi
pada na podłogę.
- Niech cię szlag,
Theirin. Wygrałeś. Poddaję się.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz