9 kwietnia 2016

JC 1: Przed bitwą.

Aby mieć czyste sumienie... żaden z użytych obrazków,
nie jest mój. Z chęcią podałabym link autora tej pary, 
lecz takowy chyba już nie istnieje.
Kolory na obrazku są po części pozmieniane.
Jeśli to skopiujesz, powinieneś mieć oryginał.
tumblr_ns02d8XU2P1s503zoo1_500
Dziękuję za uwagę w tej sprawie :)
Od Autorki: Niektórzy pomyślą: ,,No kobieto nareszcie coś dodałaś!". W takim razie ciesze się, że  te ponad 5 500 słów (jeden z moich rekordów) ponownie  zabierze Wam kilka minut Waszej egzystencji ;). Przed Wami miniaturka o Couslandce i... zobacz kim, która powstała około 3 miesięcy temu i dopiero dziś ujrzy światło dzienne.  
Dziękuję A.Sz. (która o tym nie wie, ale jak przeczyta to i rozszyfruje, to się dowie) za inspirację. 

PS: Mam bardzo ogólny pomysł na 
kontynuacje tego :)
Występuje możliwość, że za bardzo poniosła mnie fantazja w ujęciu fabularnym.
Jeśli nie czytałeś Utraconego Tronu, możesz napotkać spojlery.








,,Pogódź się z przeszłością,
By nie psuła ci teraźniejszości.”
Z książki "Bóg nigdy nie mruga." (Regina Brett)

Joanna  
Jest trochę zimno, toteż narzucam koc na ramiona i wychodzę przed swój namiot. Zmierzam w stronę kamiennego, lekko uszkodzonego mostu, niedaleko namiotów szlachty i króla. Jest już dwudziesta czwarta i nie mogę zasnąć. Dokładnie od pięciu godzin jestem Szarą Strażniczką, a od czterech powinnam już spać, by być w pełni sił do jutrzejszej walki z Mrocznymi Pomiotami. To moja pierwsza poważna bitwa z tymi stworzeniami. Wraz z innymi w Głuszy Korkari doznaliśmy tylko namiastki pomiociej siły. Teraz będzie ich o krocie więcej. Podejrzewamy nadejście  Plagi.
Powinnam się cieszyć. Szarzy są respektowani na całym świecie, lecz uznanie już mam. Nazwisko Cousland zobowiązuje do powagi i godnej reprezentacji, o co dbałam na każdym balu szlacheckim lub królewskim. Matka wychowywała mnie od dzieciństwa na poważną szlachciankę, a ojciec na honorową wojowniczkę. Dzięki temu wiem, jak zachować się w różnych sytuacjach, wymagających manier, lecz rozmowy o modzie, plotkowanie o pikantnych szczegółach z życia innych szlachciców oraz komentowanie jakości przyjęcia, nijak się moją do tego, co nazywam normalnym życiem. Kiedyś bardzo trudno było mi się w tym wszystkim odnaleźć, ale wiedziałam, że to konieczne. Na szczęście rodzice i Stwórca zawsze byli przy mnie, dodawali sił i pomagali pokonać złe myśli.
     To właśnie one nie pozwalają mi teraz zmrużyć oka ani nawet przyłożyć głowy do poduszki. Głowy przepełnionej strachem przed przyszłością, obawami, zagubieniem i milionem innych uczuć, których normalnie nie da się pomieścić w jednej osobie. Świat okazał się okrutny dla Couslandów z Wysokoża. W noc, kiedy na naszym zamku zbierały się wojska, mające wyruszyć na jutrzejszą bitwę, zostaliśmy zdradzeni przez najlepszego przyjaciela ojca – Rendona Howa. 
Kąciki mych pełnych oczu o jasnoszarej, lekko akcentowanej srebrem tęczówce, robią się wilgotne od nadchodzących łez. Ciałem potrząsają lekkie drgawki, na samo przywołanie widoku broczącego krwią ojca. Próbuję się powstrzymać. Muszę być silna. Nie tego mnie uczył, lecz po prostu nie mogę, na wspomnienie jego kochającego i przyjaznego uśmiechu. Wyrażającego szczęście nawet z kończącego się życia. Jaśniejącego, mimo wyraźnego bólu w oczach. I moja matka z identycznym obliczem klękająca przy mężu… Zawsze uśmiechnięci, mimo kilku smutnych chwil, które w życiu muszą zdarzyć się każdemu. Uśmiechnięci, nawet przed obliczem śmierci. Najchętniej zginęłabym razem z nimi, lecz w akcie podzięki dla rodziców stłumiłam moją niechęć Dołączenia do Szarych Strażników i uciekłam z Duncanem przez tajemny tunel. Za ciężkim, kamiennym, blokowanym od naszej strony przejściu, słyszałam jeszcze stłumiony krzyk chwytanej matki i nieprzyzwoite komentarze żołnierzy Howa. Już wiedziałam, że nie skończy się na zwykłym pchnięciu sztyletem, czy strzale w serce.
Został mi jeszcze brat. Mam nadzieję, że Stwórca go oszczędzi. Jesteśmy praktycznie nierozłączni. Chociaż jest ode mnie o pięć lat starszy, to doskonale się rozumiemy. Ludzie mówią, że od urodzenia zachowujemy się jak dwie bratnie dusze. Gdzie on to i ja. Obecnie trwa nasza pierwsza rozłąka. Fergus postanowił wyjechać wcześniej, gdyż chciał obadać teren i nie przemęczać swojego oddziału tuż przed starciem. Kiedy go spotkam, będzie ogarnięty jeszcze głębszym smutkiem niż ja. Jego żona i synek również zostali zabici. Bardzo ich kochał. Byli jego oczkiem w głowie. Mnie też spodobała się owa antivianka, którą poślubił. Miałyśmy z Orenią dużo tematów do rozmowy na długie godziny i to niekoniecznie najświeższych plotek z szlacheckich sfer. Oren był pełnym życia, zapalczywym, chętnym do wojaczki ośmiolatkiem, przy którym nawet dwudziestopięcioletnia ja czułam się staro. Oni też pozostaną w mym sercu.     
Dotarłszy na miejsce, siadam na skrzyni, niedaleko sporego, sędziwego dębu z nieregularnym kształtem pnia, gdzieniegdzie porośniętego miękkim mchem. Opieram się głową o drzewo i kieruję ją wprost na idealnie okrągłą tarczę złocistego księżyna, jaśniejącego wyjątkowo ostrym światłem na ciemnogranatowym, upstrzonym migającymi gwiazdami firmamencie spokojnego nieba.
 Szeptem zaczynam żalić się do Stwórcy:
– Stwórco! Czemu mi to zrobiłeś? Kapłanki mówią o twej wielkiej dobroci i miłości do ludzi, więc powiedz mi: gdzie ona jest? Gdzie jest twa sprawiedliwość? Zsyłasz smutek i śmierć na prawych i wiernych, a tymczasem mordercy, złodzieje, gwałciciele i zdrajcy krążą bezkarnie po tym marnym świecie. Pozwoliłeś powoli wykrwawiać się na śmierć mojemu ojcu. Pozwoliłeś mu cierpieć. To nazywasz sprawiedliwością? Pozwoliłeś pohańbić moją matkę, sam tylko wiesz ile razy! – podnoszę głos. – Cierpienie? Ból? Sprawia Ci to jakąś przyjemność? Chorą satysfakcję? To proszę! – akcentuję słowo, mocniej zaciskając pięść, trzymającą koc. – Jutro możesz się nasycić śmiercią tysięcy ludzi! ZADOWOLONY?! – krzyczę, mając gdzieś senną ciszę panującą w okolicy – A co uczynisz mojemu bratu? Zginie jutro od skażenia? Od strzały? Od ostrza? A może już zabrałeś go na tamten świat? Czemu radziłeś mu jak najszybsze wyruszenie z zamku? Odpowiesz chociaż na JEDNO  pytanie?! – zrywam się z miejsca. – Nie? Mam rozumieć, że w takim razie jesteś tylko wymysłem? Że moje modlitwy były marnowaniem czasu, bo nie istniejesz? – powstrzymywane łzy wypływają ciepłym, nieprzerwanym strumykiem po naturalnie bladych policzkach. Kiedy docierają do czerwonych ust, czuję ich słony smak. Przed oczyma widzę tylko kształty rzeczywistego świata, rozmazane na szaro-granatowo-czarne połacie barw. – Tak każesz wiernych sobie i ojczyźnie? Tak karzesz kochającą się rodzinę? 
Nagle narasta we mnie bezsilność, wściekłość i złość. Aż trudno pomyśleć, ile emocji naraz może kryć się w jednej osobie. Wstaję gwałtownie, zrzucając koc. Zaczynam z całej mocy walić pięściami w sędziwe drzewo. Nigdy nie doświadczyłam tak wielkiej furii, która po kilku minutach bezcelowego napastowania drzewa zmienia się w frustrację i mechaniczne uderzenia dłoni. Nie zważam na ból protestujących mięśni i lekkie zadrapania skóry, która powoli zaczyna się zdzierać i czerwienić pod wpływem chropowatej kory.
Kiedy już brakuje mi sił, opieram się o pień, osuwam na gęstą, miękką trawę i ponownie wznoszę lekko spoconą, zapłakaną twarz ku nocnemu kompanowi nieboskłonu.
Odgarniam z czoła przyklejone kosmyki włosów. Dokładnie takie same, jak mamy około piętnastu lat temu. Puszyste, lekko faliste, kasztanowe z subtelnie wkradającymi się nitkami brązu. Podczas słonecznego dnia delikatnie błyszczące rudawym pomarańczem… Każdy mi ich zazdrości.
Mocno obejmuję kolana rękoma tak, aby zajmować jak najmniej powierzchni pomiędzy sporymi konarami drzewa. Ten upust emocji zesłał mi wewnętrzny spokój. Chociaż łzy nieprzerwanie płyną srebrzącą, półkolistą linią, to przez umysł zaczynają przemykać myśli przynoszące błogi spokój i obojętność na wszystko.
Z długich do rzepek, skórzanych i wygodnych butów na lekkim obcasie wyciągam sztylet. Przepiękny prezent od taty na piętnaste urodziny. Z posrebrzaną klingą, w której centrum umieszczono jadeitowy kamień, kolorem przypominający oczy mamy. Nazwałam go Margent[1] i zawsze nosiłam przy sobie.
Prosto wyciągnięte ręce kładę na kolanach. Na nich opieram czoło i, nadal płacząc, zaczynam bawić się dobrze naostrzonym sztyletem.  
Pochłonięta przez pustkę umysłu nieostrożnie przekręcam sztylet i głęboko ranię się w lewe zgięcie nadgarstka. Przyzwyczajona do ran, nie przejmuję się za bardzo ciemnoczerwoną w świetle nocy kreską, z której sączy się krew. Chociaż jestem jedną z ostatnich czystej krwi Cousland, nie ma to dla mnie znaczenia. Duncan powiedział, że Strażnicy i tak nie mogą mieć dzieci, więc jest mi obojętne, ile jeszcze jej stracę. Poza tym ciepła krew płynąca wzdłuż dłoni przynosi więcej ulgi. Dłuższy czas, ze sztyletem uniesionym w powietrzu,  rozważam opcję ozdobienia burgundem prawej ręki.
Podejmuję decyzję. Kiedy przykładam ostrze do nadgarstka, dobiega mnie cichy, męski głos:
– Joanna? Czemu to zrobiłaś? – Spłoszona dociskam Margent, która zgrabnie tworzy kolejną kreskę.
W tym czasie czyjeś ciepłe niezbyt subtelne palce dotykają mojej zakrwawionej rany, wywołując delikatne mrowienie dłoni.
– Stwórco, jakaś ty blada i zimna. Dlaczego nie  okryłaś się kocem? – Mężczyzna mówi opiekuńczo.
Będąc w lekkim szoku, nie mogę rozpoznać głosu. Unoszę głowę. Spłoszona drżę z zaskoczenia na widok jasnowłosego młodzieńca w lnianej koszuli i skórzanych spodniach, który niezdarnie jedną ręką próbuje oberwać skrawek odzienia. Przyglądam się dokładniej jego spowitej cieniem twarzy.
– Wasza Wysokość.... ja… Przepraszam, że cię nie rozpoznałam… –  dukam, mitygując się i próbując wstać, aby złożyć należyty ukłon.
– Musisz być zawsze taka obowiązkowa? – karci mnie. – Teraz ważniejsza jesteś ty. Na Stwórcę! Czemu to zrobiłaś? - pyta smutnym głosem.
Puszcza moją lewą dłoń, którą unoszę do góry. Delikatnie odchylam ranę i sycząc z bólu, wytężam wzrok. Faktycznie nie wygląda to za ciekawie.
On tymczasem ściąga koszulę i rozdziera ją do prowizorycznych bandaży. Niemal z przesadną ostrożnością zaczyna owijać tkaninę wokół nadgarstków. 
– Dlaczego? - dopytuje nadal. 
Widać milczałam długo, gdyż nie mogąc doczekać się wyjaśnień, na które nie mam odpowiedzi, siada po turecku blisko mnie. Za blisko. Stanowczo za blisko mnie. Kiedy się pochyla, aby oprzeć  łokcie na kolanach, czuję jego oddech. Jest przyjemnie ciepły i pachnie bukietem orlezjańskiego wina z wyższej półki, które miałam okazję pić na jednym z królewskich przyjęć.
Moja rodzina często była zapraszana na wszelakiego rodzaju większe spotkania ze względu na błyskotliwe i mądre uwagi ojca. Inteligencja taty również dała o sobie znać podczas rozmów na koronacji Cailana. Na tymże przyjęciu miałam okazję osobiście poznać króla.
Stało się to przez przypadek, kiedy to postanowiłam zaczerpnąć świeżego powietrza. Szłam ze spuszczoną głową, uważając na nową suknię, do której nie zdążyłam się przyzwyczaić, gdy nagle w drzwiach balkonu wpadłam na bogato ubranego jegomościa. Uniosłam głowę i zarumieniłam się ze wstydu. Zaraz też dość niezdarnie zaczęłam przepraszać króla za swoją nieuwagę i brak taktu. On tylko się uśmiechnął i zaprosił na rozmowę, twierdząc, że bardzo chciał mnie poznać. Nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy. Byłam za bardzo spięta i podenerwowana, aby zapamiętać cokolwiek sensownego.   
Na tym się nie zakończyło. Zawsze pod jakimś pretekstem udało mu się mnie zagadać, a moja uprzejmość nie pozwalała na ignorowanie ludzi.
O dziwo, zaczęłam czuć się trochę swobodniej w towarzystwie Cailana. Jednak zawsze towarzyszyło mi dziwne uczucie w okolicach klatki piersiowej. Nadal byłam czujna i spięta. Nie chciałam popełnić żadnego błędu. Niestety podczas naszego ostatniego pobytu na dworze takowy miał miejsce.
Oczywiście królowi przez cały czas rzucało się w oczy moje napięcie czy dbałość o etykietę, więc postanowił wypytać się, o co chodzi.  Zaskoczona wykrztusiłam coś o jego pozycji społecznej, należytym dla niej szacunku i respekcie, po czym zamilkłam z uczuciem, że zaraz na mych rzęsach pojawią się brylantowe krople zażenowania. Potem Cailan zrobił coś, co totalnie zbiło mnie z pantałyku. Powiedział ,,Nie przejmuj się. To właśnie dlatego rozmawiamy w mało uczęszczanym skrzydle. Potrzebuję normalnej rozmowy o chociażby wczorajszym obiedzie. Widzę, że ciebie też zaczyna nudzić szlacheckie życie i myślę, że świetnie byśmy się dogadywali.” Potem położył swoją przyjemnie ciepłą dłoń na moim prawym policzku, a mnie momentalnie zrobiło się gorąco. Stałam jak posąg w jednym miejscu, a odzyskawszy jasność umysłu, zerwałam się i pobiegłam na salę balową. Nie widziałam reakcji króla na moje zachowanie, lecz po wykrzykiwanym ,,Joanna, Joanna!‘’ wywnioskowałam, ze spodziewał się innej reakcji z mojej strony. 
Z krótkiego zamyślenia wyrywa mnie dotyk ręki na ramieniu. Co za ironia, myślę i odwracam szyję w stronę zatroskanego oblicza Cailana.
– Wybacz mi moją głupotę – mówi nadzwyczaj aksamitnym głosem. – Wiem, co możesz teraz przeżywać… Ale… proszę, nie rób tego więcej. To nie zwróci życia nikomu.
– Nic nie wiesz. – szepczę niemal niesłyszalnie, cicho jak powiew wiatru. – Nie było cię tam. Nie widziałeś ich twarzy. Nie widziałeś zmasakrowanych ciał Oreni i Orena. Ich ciała… Wszędzie była krew. Wszędzie. Nie widziałeś… leżącego we krwi ojca. Nie słyszałeś… krzyku matki… Nie… Nie słyszałeś, co te dranie jej robią przed… przed śmiercią. – wstrząsają mną dreszcze. – Może… nawet ją t… t.. – zanoszę się jeszcze większym szlochem. Mogę się założyć, że słychać mnie na końcach obozowiska, lecz na samą myśl o ewentualnych torturach…
– Wiem Joan, wiem… Sam straciłem matkę, kiedy miałem sześć lat – mówi z ciężkim sercem. – Minęło tyle czasu, a ja nadal za nią tęsknię. Jedyne moje wspomnienia to jej piękny, radosny uśmiech na schorowanej twarzy. Byłem jej za to wdzięczny. Starała się ukryć swoje cierpienie, lecz mym oczom nie umknęły skrywane przede mną łzy smutku.
Nigdy do tej pory nawet nie próbował mi się zwierzać. Może musiał to komuś powiedzieć? Może chciał mi pomóc? W końcu czasem potrzebujemy w życiu szczerości, ukazania, że nie tylko nas spotykają złe rzeczy. Cailan istotnie ma powody do smutku po Rowan Guerrin, o której słyszałam wiele dobrego.
Jak kilka minut temu byłam gotowa krzyczeć, wyżywać się do upadłego, tak teraz nabieram wody w usta. W głowie mam jeszcze większą pustkę, a w powietrzu zaczyna unosić się dziwna atmosfera niezręczności. Przynajmniej ja ją czuję.
Nagle niespodziewanie zaczyna wiać lekki wiaterek, sprawiając, że noc staje się jeszcze zimniejsza.. Delikatnie smaga nasze twarze. Osusza moją z łez. 
Cailan próbuje się powstrzymać, lecz przechodzą go lekkie drgawki zimna.
– Przepraszam. – Niezdarnie wyciągam koc spod nóg. – Proszę.
Przeczuwając, że muszę tak zrobić, zarzucam go na nagie plecy władcy. Przez przypadek dotykam jego skóry. Jest gładka, ciepła… przyjemna. Drgam. Zaczyna wydostawać się spod okrycia, które przytrzymuję za rogi, aby to uniemożliwić. Pewnie myśli, że to z zimna. Po części ma rację. Nigdy nie narzekam na nadmiar ciepła. Bardzo szybko marznę i lgnę do ciepłego jak mucha do pochodni.
Kiedy innym szlachciankom wystarczy lekki szal na chłodniejsze popołudnie, ja muszę ubierać coś grubszego. Babcia zawsze twierdziła, że składam się z samej skóry, kości i garstki mięśni bez grama tłuszczu. Chyba miała rację. Potem podłapał to od niej Fergus, docinając mi w braterski sposób. A ja zawsze powtarzałam: ,,Dajcie sobie spokój. Nie jestem za chuda.”
– Ale… – Cailan protestuje.
Spoglądam mu w oczy. To był błąd. Nocne dźwięki milkną. Nie słychać rechoczących nad pobliską wodą żab. Pocieranych o siebie skrzydeł cykad. Odległego pohukiwania nocnej sowy. Są tylko przyjaźnie patrzące bursztynowe oczy. Tęczówki, idealnie komponujące się ze złoto-słomianymi włosami Cailana. Pod ich wpływem łzy zatrzymują się. Trudno jest mi opisać emocje. Magia?
Mężczyzna delikatnie rozciera ostatnie krople na moich policzkach, które momentalnie czerwienieją i dygoczą.
Nie wiedząc, kiedy znajduję się w jego ciepłych ramionach. Bezpieczna. Chroniona. Spokojna.

Cailan
Tysiące myśli kłębi mi się w głowie. Nie mogę tego tak zostawić. Nie pozwolę, aby ten drań bezkarnie panoszył się po moim królestwie. Nie mam pojęcia, jak zareaguje szlachta, lecz mam to gdzieś. Dla większości z nich jestem tylko zdziecinniałym potomkiem Marica Theirina, który zasiada na tronie, bo musi, bo ma taką krew. Nie budzę w nich respektu, więc gorzej już być nie może.
Pozostaje jeszcze Anora, moja droga, niekochana żona. O losie! Nie ma nic gorszego niż małżeństwo pod przymusem. Nigdy nie postąpię tak ze swoimi dziećmi. Pod warunkiem, że w ogóle kiedyś je będę miał. Wolę wdać się w romans, spłodzić bękarta i być na językach fereldeńskich i orlezjańskich salonów przez rok, niż pójść z nią do łóżka.  Poza tym od kilku lat, od pierwszego wejrzenia moje serce skradła inna, piękniejsza kobieta. Skrzywdzona przez los piękność, która właśnie wtula się mój tors i nie ma pojęcia o moich uczuciach.
Chciałem jej to powiedzieć wtedy, w opuszczonym korytarzu fereldeńskiego zamku. Po pięciu latach naszej znajomości postanowiłem się odważyć, chwycić chwilę i przestać być cholernym romantykiem, który jak niepoważny wariat nadmiernie cieszy się z każdej wspólnie spędzonej chwili. Jeszcze moment, a popadłbym w werteryzm. Jednak nie spodziewałem się płochliwości z jej strony. To zasadniczo nie leży w naturze Joanny. Gdyby tylko…  Eh… Już dawno by o tym wiedziała, a ja usilnie domagałbym się unieważnienia nieprzypieczętowanego małżeństwa.  Teraz już nie ma odwrotu.
 Zaczynam delikatnie bawić się kosmykami włosów dziewczyny. Jeszcze nigdy moje palce nie dotykały tak jedwabistych nitek. Drugą ręką jeżdżę z góry na dół po kręgosłupie z nadzieją, że ją ogrzeję. Musiała tu długo siedzieć i nawet nie zdawać sobie z tego sprawy. Stwórco, niech tylko nie zachoruje. Magowie potrafią natychmiastowo leczyć złamania, ukoić ból czy zniwelować truciznę, ale na choroby nie odkryli jeszcze żadnych czarów. Jedynie mikstury. Inaczej będzie bezbronna. Przypuszczam, że wielu nie zgodziłoby się na jej ochronę z własnej woli, a królewski rozkaz mógłby nieść za sobą pytania.   
Ponownie spogląda na moją twarz. W jej oczach odbijają się srebrne refleksy wielkości ziarnka piasku. U żadnej innej kobiety nie widziałem czegoś podobnego.
Czuję, że muszę dziś powiedzieć jej wszystko. Powiedzieć, że dłużej już nie wytrzymam, że przysięgam pomścić jej rodzinę i w końcu, że ją kocham.  Kocham i dłużej nie zniosę samotności. Pomimo otaczającego mnie dworu, po śmierci matki czuję narastające osamotnienie.
Wzdycham prosto w twarz Strażniczki i mówię: 
- Howe za to zapłaci. Obiecuję ci. Po tym wszystkim pierwsze, co zrobię, to ukarzę całą jego rodzinę. Nawet mocne starania nie przywrócą jego rodu w moje łaski. Nigdy. Nawet po mojej śmierci. Najchętniej utłukłbym drania własnymi rękoma. W takich momentach żałuję, że jestem królem.   
- Dlaczego…  Dlaczego zaprzątasz mną sobie głowę, Wasza Wysokość? - pyta niepewnie ze zdziwieniem w aksamitnym głosie. – To pytanie trapi mnie od samego początku. Ani nie dostarczam ci rozrywki, ani nie służę dobrą radą. Wbrew temu, co sądzą inni, nie jestem aż tak mądra, jak Bryce czy Eleanora Cousland. Ani nie jestem jakoś wyjątkowa…                
- Joan – przerywam jej wyliczankę. – Dla mnie jesteś wyjątkowa. Muszę ci w końcu coś powiedzieć tylko, proszę. Nie uciekaj tym razem. – patrzy z zainteresowaniem. -  Kocham cię. Poczułem coś do ciebie, gdy ujrzałem cię po ra pierwszy, a potem to uczucie tylko się pogłębiało.  
Strażniczka z rumianymi policzkami, w zamyśleniu, zakłopotaniu i czymś jeszcze spuszcza głowę na dół.
 Co to może być? Zastanawiam się.
Delikatnie ujmuję ją za podbródek i zaglądam głęboko w oczy. Może robię to zbyt często, lecz matka i kapłanka Bronach, która mnie wychowywała, zawsze powtarzały, żebym szukał w nich prawdy.
Nadal jest zaskoczona, może zszokowana i… winna?
- Czemu widzę u ciebie poczucie winy?  
- Bo nie wiem, co dalej będzie. Co królu zamierzasz zrobić? Widzisz, przed chwilą uświadomiłam sobie jedną, ważną rzecz.  – Milczę, więc kontynuuje. -  Zawsze podczas naszych spotkań towarzyszyło mi dziwne uczucie. O tutaj – obejmuje dłonią skaleczony nadgarstek i przykłada ręce do swojego serca. – Teraz już wiem. To była… to jest… Dlatego czuję się winna. I dlatego, że wtedy uciekłam. – wyszeptuje.
Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Joanna odwraca do mnie plecami. W powietrzu czuć namacalny smutek innego rodzaju.
- Od momentu, kiedy ujrzałem cię w tłumie ludzi i dowiedziałem się kim jesteś. Szukałem wszelakich sposobów, aby nas połączyć. W końcu była jeszcze szansa. Mogłem zerwać zaręczyny z Anorą, ale musiałem mieć naprawdę mocny argument. Szukałem go całymi dniami i nocami. Próbowałem podpiąć pod mezalians… Niestety musiałem uważać i moje poszukiwania spełzły na niczym – wzdycham - Nie myślałem w ogóle. Nawet nie brałem pod uwagę możliwości odtrącenia. W końcu jeszcze o niczym nie wiedziałaś. Po twoich słowach… - głos mi się załamuje, co jest rzadkością.  
Robię jedyną rzecz, która przychodzi mi do głowy - smakuję kwiatowego zapachu szyi Strażniczki. Ta, poruszona, odwraca się. Jadę po linii obojczyka i bokiem szyi podążam do truskawkowych, delikatnych warg.  
Kiedyś, przy moim narzekaniu na tupet niektórych wymalowanych damulek, powiedziała mi, że kosmetyki to jedyny przywilej szlachty, z którego nie zrezygnuje nigdy w życiu. Wtedy wybuchnąłem serdecznym śmiechem, wywołując rumieniec na jej policzkach. Dziś chyba zrozumiałem, po co im to wszystko.
Na początku Joan nie wykazuje żadnego zaangażowania. Lekko rozczarowany, odsuwam usta. Kiedy otwieram je, aby przeprosić, niespodziewanie wplata palce w moje włosy i oddaje pocałunek. Najpierw powoli, z wyczuciem, ostrożnością, lekkim wahaniem… Chcąc czuć każdą sekundę nowego doznania. Druga dłoń próbuje wczepić w skórę moich pleców, która boleśnie protestuje przy nacisku przydługich paznokci. Coś cudownego. Odsuwa się, aby złapać oddech.
- Masz już trochę doświadczenia, co? – pytam w przerwie.
- Nie na darmo czytałam te wszystkie orlezjańskie romanse. – uśmiecha się.
- Orlezjańskie romanse? No, no… o to bym cię nie posądzał. Masz jeszcze jakieś grzechy?
- Tylko jeden. Kocham cię.
Przez kilka minut zatracony nie myślę o niczym. Czas staje w miejscu i najlepiej, gdyby nigdy nie ruszył dalej. Bez konsekwencji. Bez opanowania. Niemal stanowimy jedność. Gdyby to było możliwe, wchłonąłbym ją w siebie i już nigdy nie wypuścił.

Joanna
Wszystkie granice powoli odchodzą, osuwają się w najgłębsze zakamarki podświadomości. Ogień na dobre rozkwita w mym sercu, delikatnie oplata płomieniami wędrującymi przez wyimaginowaną siatkę żyłek. Niestety ani mi, ani królowi niedane jest zatracić się do końca. Niedaleko nas słychać szelest trawy, potrącanej przez stalowe buty zbroi. Spłoszona, odskakuję jak oparzona. Głośno wciągam powietrze do płuc i osuwam się w cień drzewa. Nie chcę być zauważona. Muszę być ostrożna.
Ukochany zerka na mnie pytająco i odwraca się w stronę źródła dźwięku.
Chwilę potem ukazuje się czarnowłosy, potężny mężczyzna o obliczu wiecznie wypranym z wszelkich emocji. Teyrn Loghain. Ludzie chwalą sobie jego spostrzegawczość, a dezaprobują niezbyt przyjazne usposobienie, którego niedawno doświadczyłam.
Pomimo częstych pobytów teyrna na zamku, niedane było nam ze sobą porozmawiać.  Okazja nadeszła dopiero przed wyjściem do Głuszy. Jeszcze nigdy nie spotkałam tak zimnego i pozbawionego uczuć człowieka. Starałam się być uprzejma, w końcu to ja zainicjowałam dialog, lecz kiedy spojrzałam w lód niebieskich oczu, powstrzymałam się od drgnięcia. Sposób, w jaki na mnie patrzyły, wyrażał niechęć i lekką pogardę, której nie byłam w stanie zrozumieć. Niezdarnie spytałam o stan bojowy jego ludzi. Zbył mnie. Zapytałam więc o jego córkę. Ostrym, dosadnym głosem kazał mi zejść z oczu i nie zabierać cennego czasu. Kiedy to uczyniłam, zerkając za ramię, wyglądał, jakbym mu zrobiła największą przysługę dnia. Co ja takiego zrobiłam?
- Co tu się dzieje? - pyta zdziwiony Loghain Mac Tir.
Cailan przyjmuje pozę w stylu: ,,Nic ci do tego”
- Jak zawsze, nic się nie dzieje. A co niby miałoby się dziać? – pyta zadziornie.
- To, co robisz? – Loghain krzyżuje ręce na piersiach.
- Siedzę? – informuje opryskliwie - Nie jesteś dziś zbytnio spostrzegawczy, Loghainie.
- Bez odzienia? Z nową rekrutką Straży, która jest na tyle głupia, by myśleć, że jej nie zauważyłem? Nie dość namąciła ci w głowie? – Dopytuje wojownik z obrzydzeniem, dezaprobatą i nutką ostrości, po której wnioskuję, że kiedyś musieli się o mnie kłócić.
- Zrobię, co będę chciał i spędzał czas, z kim chcę, Loghainie. Ile jeszcze razy mam ci to powtarzać? Nie zdobędziesz nade mną kontroli. – Cailan dolewa oliwy do ognia.
Wstaje i stanowczo podchodzi do wojownika.
- To wygląda wręcz niedorzecznie. Potencjalny przechodzeń mógłby sobie wyobrazić o kilka rzeczy za dużo. Nie wstyd ci Cailanie?  - Władca milczy. - A tobie? Co ty sobie myślisz dziewucho? Pisałem do Couslanda, aby trzymał swoich bachorów z daleka od dworu. Jeśli zamierzał cię wydać za rodzinę królewską, to musiał być głupcem. Masz szczęście, że Anora cię ubiegła. Życie u boku męża, którego cały czas nie ma w domu, bo ma chore fascynacje Szarą Strażą, nigdy nie rozkwitnie w szczęśliwą i szczerą miłość.
Kłamliwe oskarżenia zabolały, jak nigdy dotąd. Zrywam się z miejsca, opierając protestującą bólem dłoń o bark króla. Niemal jednocześnie wykrzykujemy:
- Jak śmiesz! Nawet go nie znałeś! Kłamiesz i dobrze o tym wiesz!
- Zostawisz wreszcie moje stosunku z Anorą? Ma to, na co zasługuje. A teraz wynocha stąd. Natychmiast! – Cailan oponuje, wskazując palcem drogę powrotną. - Nie będziesz w mojej obecności obrażał prawego człowieka. Ona ma rację. Nawet go nie znałeś. Powinieneś ją teraz rozumieć tak samo, jak ja. Cała nasza trójka straciła rodzinę, ukochane osoby! – Władca szybko traci cierpliwość. Jeszcze nigdy nie widziałam go w stanie mocnej irytacji, a co dopiero w złości. - A Straż? Nadchodzi Plaga! To ona nam zagraża, nie orlezjanie. Niech to do ciebie dotrze! Szarzy mają sny o Arcydemonie! Ufam im. Ich mentalne połączenie z tym plugastwem jeszcze nigdy nie zawiodło. Trzeba wzmocnić Straż, zanim będzie za późno. Trzeba czekać na Orlaise!
W obozie chodzą ciche pogłoski, że mężczyźni ostatnio mają na pieńku. Najwyraźniej w każdej plotce jest ziarno prawdy.
 Loghain nie podejmuje tematu, gdyż przykuwam wzrok mężczyzny. Dokładniej moje opatrunki na nadgarstkach, które odruchowo chowam za siebie. Podchodzi pewnym krokiem, dość brutalnie łapie mnie za nie i pewnym ruchem zrywa prowizoryczne bandaże. Przeszywa mnie lekki ból spowodowany oderwaniem zakrzepłej krwi od skóry.
 - Co to? – pyta się, wskazując podbródkiem moje nadgarstki.
 - Zranione ręce? – odpowiadam z irytacją.
- Przecież widzę. Nie jestem ślepy.
-To, po jaką cholerę się pytasz?  - dorzuca Cailan.
- Po taką, aby do ciebie dotarło, z kim się zadajesz. Stwórca jeden wie, co jej chodzi po głowie, jakimi ziółkami ją nakarmili podczas ich głupiego Dołączenia. To masochistka.  Anormalna kobieta, która nawet nie drgnęła z bólu – na podkreślenie swych słów unosi opatrunki na wysokość naszych oczu i rzuca w pień sędziwego drzewa.
  - Dość! – Cailan podnosi się i zmierza w kierunku antagonisty. – Spójrz lepiej na swoją córkę. Ona to dopiero ma pomysły. Fałszuje dekrety. Rozsiewa ziarna niepokoju.  Rujnuje dobre intencje. Tworzy plotki.  Przekraczając granicę kilkukrotnie, wszędzie naraża moją reputację! A ostatnich występków jej nie daruję! Nie daruję! – akcentuje pewnym machnięciem ręki.
Słowa Cailana pozostawiają mnie lekko zszokowaną. Fałszerstwo i inne, gorsze rzeczy? Nie, to niemożliwe. W obliczu Logheina zachodzi jakaś zmiana.  A Cailan… Po raz pierwszy widziałam przed sobą prawdziwego, surowego i nieugiętego władcę, który umie bronić swoich racji.
- Ostatnich występków?
- Nie udawaj, że o niczym nie wiesz. Jesteś zwykłą świnią, która miała szczęście spotkać Marica Theirina na drodze życia.
 - Chyba to on otrzymał uśmiech od losu. Gdyby nie nasz obóz, już dawno zostałby dorwany, zabity i leżał w grobie obok matki. Za to ja miałem nieszczęście spotkać takiego świętoszka.   
 - Jak śmiesz! Był twoim przyjacielem, ufał tobie. Kiedy ty potajemnie zabawiałeś się z Rowan…
- On zabawiał się orlezjańską ministrelką. Kto tu niby jest bez winy?   - burzy się teyrn.
 Cailan nie wie co odpowiedzieć. Loghain chyba trafił w sedno natury Marica Theirina, bo po chwili oblicze teyrna wykazuje nutkę triumfu. Twarz króla tężeje, a oczy ukradkiem rzucają spojrzenie w moją stronę. Z pewnością nie miał ochoty wygrzebywać starych, rodzinnych problemów, o których nikt nie ma pojęcia.
 Czuję się niezręcznie. Wiem, że nie powinnam uczestniczyć w dalszej rozmowie, powinnam się taktownie wycofać, ale… jak?
  -To dzięki mnie rebelia doszła do skutku. Ja wymyśliłem plan działania i wystawiłem kark…
  - Błagam! – Cailan wchodzi mu w słowo. - Nie rzucaj mi tu znowu gatki-szmatki o wielkim bohaterze spod rzeki Dan. Gdyby nie śmierć Królowej Rebeliantki i jego ucieczka nigdy byś nie spotkał mojego ojca. Nigdy nie zyskałbyś szlachectwa. Powinieneś doceniać, że król ci w ogóle zaufał. Równie dobrze mógł cię zbyć i uczynić marnym sługą, nie przyjacielem. Pozwalając obmyślać ci plany, powierzył ci życie tysięcy Fereldeńczyków.
 - Mój ojciec nadal by żył, gdyby nie świętoszkowatość wielkiego Marica Theirina! Lekkoducha, nieostrożnego obłudnika, który dzielnie kroczył przez nieznane odmęty Głuszy i wcale, a wcale nie narzekał na niewygody. Jesteś dokładnie taki sam! – mówi, wyniośle nabijając się z uprzedniego władcy. – Gdyby nie Maric nasz obóz nie zostałby wykryty. Żylibyśmy dalej w spokojnym ukryciu i zaatakowali z zaskoczenia w odpowiednim dla nas momencie.  Nie przelano by krwi tylu prawowitych Fereldenczyków.
  - Tego nie możesz być pewnym. Wymyśl lepszy argument.
  - Mam go przy sobie, ale nie będę po niego sięgał przy świadkach. – posyła mi groźne spojrzenie. 
  Aluzja wojownika wywołuje u mnie alarm. Nie wiem, jak poważnie mam brać ukrytą pogróżkę, lecz serce podpowiada, że muszę interweniować. Natomiast rozum każe nadal siedzieć cicho, ze względu na większe wpływy teyrna Gwern. Teraz, po śmierci rodziców, to ja i Fergus musimy dbać o interesy rodziny. Teoretycznie już takowych nie mam po Dołączeniu, ale nadal chcę utrzymywać pokojowe stosunki, z kim tylko się da. Rodzina zawsze pozostanie dla mnie ważna. Nie ma nic gorszego niż podjudzona i zjednoczona  przeciw jednostce szlachta.
Podejrzewam, że mężczyźni od kilku chwil przestali racjonalnie myśleć, toteż postanawiam przemówić do rozsądku Cailana.
- Błagam cię, zakończ to.  Nie kłóć się z głupcem. Jeszcze ludzie gotowi są pomylić cię ze stojącym przed nami idiotą – próbuję przybrać perswazyjny ton i wygłosić tyradę o racjonalności.
 Podchodzę, aby położyć rękę na ramieniu króla i spojrzeć mu głęboko w oczy. Kiedy unoszę głowę, zaczyna mi się w niej kręcić. Nogi nie są zdolne utrzymać reszty ciała, poddając się bezwzględnej grawitacji.  
Zaintrygowana całą sprzeczką, stałam się obojętna na sygnały organizmu w postaci osłabienia z utraty życiodajnej krwi. Z pewnością minęło kilkanaście minut, w których to duża liczba kropli wsiąknęła w materiał i obficie zbroczyła trawę, pozbawiając organizm wszelkich sił.
Kiedy jestem na granicy świadomości, tuż przed zamknięciem oczu, czułe ramię stawia opór bezwładnie opadającemu na ziemię tułowiowi, a drugie chwyta mnie pod zgięciami kolan. Ostatnie, co widzę, to Loghaina, splatającego ręce na piersi w pretensjonalnym, wrogim geście z nutą politowania. Zamykam oczy i odpływam w ukochanych ramionach…




[1] Nazwa powstała od francuskich słów: mal - zło i argent - srebro.
Mmmm… zgodnie z uniwersum to raczej z orlezjańskiego ;)







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz