Dziękuję A.Sz. (która o tym nie wie, ale jak przeczyta to i rozszyfruje, to się dowie) za inspirację.
PS: Mam bardzo ogólny pomysł na
kontynuacje tego :)
Występuje
możliwość, że za bardzo poniosła mnie fantazja w ujęciu fabularnym.
Jeśli nie
czytałeś Utraconego Tronu, możesz napotkać spojlery.
,,Pogódź
się z przeszłością,
By
nie psuła ci teraźniejszości.”
Z książki "Bóg
nigdy nie mruga." (Regina Brett)
Joanna
Jest trochę zimno, toteż narzucam koc na ramiona i wychodzę przed swój
namiot. Zmierzam w stronę kamiennego, lekko uszkodzonego mostu, niedaleko
namiotów szlachty i króla. Jest już dwudziesta czwarta i nie mogę zasnąć.
Dokładnie od pięciu godzin jestem Szarą Strażniczką, a od czterech powinnam już
spać, by być w pełni sił do jutrzejszej walki z Mrocznymi Pomiotami. To moja
pierwsza poważna bitwa z tymi stworzeniami. Wraz z innymi w Głuszy Korkari
doznaliśmy tylko namiastki pomiociej siły. Teraz będzie ich o krocie więcej. Podejrzewamy
nadejście Plagi.
Powinnam się cieszyć. Szarzy są respektowani na całym świecie, lecz
uznanie już mam. Nazwisko Cousland zobowiązuje do powagi i godnej
reprezentacji, o co dbałam na każdym balu szlacheckim lub królewskim. Matka wychowywała mnie od dzieciństwa na poważną szlachciankę, a ojciec na honorową wojowniczkę.
Dzięki temu wiem, jak zachować się w różnych sytuacjach, wymagających manier, lecz rozmowy o modzie, plotkowanie o pikantnych szczegółach z życia innych szlachciców oraz komentowanie jakości przyjęcia, nijak się moją do tego, co nazywam normalnym życiem. Kiedyś bardzo trudno było mi się w tym wszystkim odnaleźć, ale
wiedziałam, że to konieczne. Na szczęście rodzice i Stwórca zawsze byli przy
mnie, dodawali sił i pomagali pokonać złe myśli.
To właśnie one nie pozwalają mi teraz zmrużyć oka ani nawet przyłożyć głowy do poduszki. Głowy przepełnionej strachem przed przyszłością, obawami, zagubieniem i milionem innych uczuć, których normalnie nie da się pomieścić w jednej osobie. Świat okazał się okrutny dla Couslandów z Wysokoża. W noc, kiedy na naszym zamku zbierały się wojska, mające wyruszyć na jutrzejszą bitwę, zostaliśmy zdradzeni przez najlepszego przyjaciela ojca – Rendona Howa.
To właśnie one nie pozwalają mi teraz zmrużyć oka ani nawet przyłożyć głowy do poduszki. Głowy przepełnionej strachem przed przyszłością, obawami, zagubieniem i milionem innych uczuć, których normalnie nie da się pomieścić w jednej osobie. Świat okazał się okrutny dla Couslandów z Wysokoża. W noc, kiedy na naszym zamku zbierały się wojska, mające wyruszyć na jutrzejszą bitwę, zostaliśmy zdradzeni przez najlepszego przyjaciela ojca – Rendona Howa.
Kąciki mych pełnych oczu
o jasnoszarej, lekko akcentowanej srebrem tęczówce, robią się wilgotne od
nadchodzących łez. Ciałem potrząsają lekkie drgawki, na samo przywołanie widoku broczącego krwią ojca. Próbuję się powstrzymać. Muszę być silna. Nie tego
mnie uczył, lecz po prostu nie mogę, na wspomnienie jego kochającego i
przyjaznego uśmiechu. Wyrażającego szczęście nawet z kończącego się życia.
Jaśniejącego, mimo wyraźnego bólu w oczach. I moja matka z identycznym obliczem
klękająca przy mężu… Zawsze uśmiechnięci, mimo kilku smutnych chwil, które w
życiu muszą zdarzyć się każdemu. Uśmiechnięci, nawet przed obliczem śmierci.
Najchętniej zginęłabym razem z nimi, lecz w akcie podzięki dla rodziców
stłumiłam moją niechęć Dołączenia do Szarych Strażników i uciekłam z Duncanem
przez tajemny tunel. Za ciężkim, kamiennym, blokowanym od naszej strony
przejściu, słyszałam jeszcze stłumiony krzyk chwytanej matki i nieprzyzwoite
komentarze żołnierzy Howa. Już wiedziałam, że nie skończy się na zwykłym
pchnięciu sztyletem, czy strzale w serce.
Został mi jeszcze brat. Mam nadzieję, że Stwórca go oszczędzi. Jesteśmy
praktycznie nierozłączni. Chociaż jest ode mnie o pięć lat starszy, to
doskonale się rozumiemy. Ludzie mówią, że od urodzenia zachowujemy się jak dwie
bratnie dusze. Gdzie on to i ja. Obecnie trwa nasza pierwsza rozłąka. Fergus
postanowił wyjechać wcześniej, gdyż chciał obadać teren i nie przemęczać
swojego oddziału tuż przed starciem. Kiedy go spotkam, będzie ogarnięty jeszcze
głębszym smutkiem niż ja. Jego żona i synek również zostali zabici. Bardzo ich
kochał. Byli jego oczkiem w głowie. Mnie też spodobała się owa antivianka,
którą poślubił. Miałyśmy z Orenią dużo tematów do rozmowy na długie godziny i
to niekoniecznie najświeższych plotek z szlacheckich sfer. Oren był pełnym życia,
zapalczywym, chętnym do wojaczki ośmiolatkiem, przy którym
nawet dwudziestopięcioletnia ja czułam się staro. Oni też
pozostaną w mym sercu.
Dotarłszy na miejsce, siadam na skrzyni, niedaleko sporego, sędziwego dębu z nieregularnym kształtem pnia, gdzieniegdzie porośniętego miękkim mchem.
Opieram się głową o drzewo i kieruję ją wprost na idealnie okrągłą tarczę
złocistego księżyna, jaśniejącego wyjątkowo ostrym światłem na
ciemnogranatowym, upstrzonym migającymi gwiazdami firmamencie spokojnego nieba.
Szeptem zaczynam żalić się do
Stwórcy:
– Stwórco! Czemu mi to zrobiłeś? Kapłanki mówią o twej wielkiej dobroci
i miłości do ludzi, więc powiedz mi: gdzie ona jest? Gdzie jest twa
sprawiedliwość? Zsyłasz smutek i śmierć na prawych i wiernych, a tymczasem
mordercy, złodzieje, gwałciciele i zdrajcy krążą bezkarnie po tym marnym
świecie. Pozwoliłeś powoli wykrwawiać się na śmierć mojemu ojcu. Pozwoliłeś mu
cierpieć. To nazywasz sprawiedliwością? Pozwoliłeś pohańbić moją
matkę, sam tylko wiesz ile razy! – podnoszę głos. – Cierpienie? Ból? Sprawia Ci
to jakąś przyjemność? Chorą satysfakcję? To proszę! – akcentuję słowo, mocniej
zaciskając pięść, trzymającą koc. – Jutro możesz się nasycić śmiercią tysięcy
ludzi! ZADOWOLONY?! – krzyczę, mając gdzieś senną ciszę panującą w okolicy – A
co uczynisz mojemu bratu? Zginie jutro od skażenia? Od strzały? Od ostrza? A
może już zabrałeś go na tamten świat? Czemu radziłeś mu jak najszybsze
wyruszenie z zamku? Odpowiesz chociaż na JEDNO
pytanie?! – zrywam się z miejsca. – Nie? Mam rozumieć, że w takim razie
jesteś tylko wymysłem? Że moje modlitwy były marnowaniem czasu, bo nie
istniejesz? – powstrzymywane łzy wypływają ciepłym, nieprzerwanym strumykiem po
naturalnie bladych policzkach. Kiedy docierają do czerwonych ust, czuję ich słony smak. Przed oczyma
widzę tylko kształty rzeczywistego świata, rozmazane na szaro-granatowo-czarne
połacie barw. – Tak każesz wiernych sobie i ojczyźnie? Tak karzesz kochającą się
rodzinę?
Nagle narasta we mnie bezsilność, wściekłość i złość. Aż trudno
pomyśleć, ile emocji naraz może kryć się w jednej osobie. Wstaję gwałtownie,
zrzucając koc. Zaczynam z całej mocy walić pięściami w sędziwe drzewo. Nigdy
nie doświadczyłam tak wielkiej furii, która po kilku minutach bezcelowego
napastowania drzewa zmienia się w frustrację i mechaniczne uderzenia dłoni. Nie
zważam na ból protestujących mięśni i lekkie zadrapania skóry, która powoli
zaczyna się zdzierać i czerwienić pod wpływem chropowatej kory.
Kiedy już brakuje mi sił, opieram się o pień, osuwam na gęstą, miękką
trawę i ponownie wznoszę lekko spoconą, zapłakaną twarz ku nocnemu kompanowi
nieboskłonu.
Odgarniam z czoła przyklejone kosmyki włosów. Dokładnie takie same, jak
mamy około piętnastu lat temu. Puszyste, lekko faliste, kasztanowe z subtelnie
wkradającymi się nitkami brązu. Podczas słonecznego dnia delikatnie błyszczące
rudawym pomarańczem… Każdy mi ich zazdrości.
Mocno obejmuję kolana rękoma tak, aby zajmować jak najmniej powierzchni
pomiędzy sporymi konarami drzewa. Ten upust emocji zesłał mi wewnętrzny spokój.
Chociaż łzy nieprzerwanie płyną srebrzącą, półkolistą linią, to przez umysł
zaczynają przemykać myśli przynoszące błogi spokój i obojętność na wszystko.
Z długich do rzepek, skórzanych i wygodnych butów na lekkim
obcasie wyciągam sztylet. Przepiękny prezent od taty na piętnaste urodziny.
Z posrebrzaną klingą, w której centrum umieszczono jadeitowy kamień, kolorem
przypominający oczy mamy. Nazwałam go Margent[1]
i zawsze nosiłam przy sobie.
Prosto wyciągnięte ręce kładę na kolanach. Na nich opieram czoło i, nadal płacząc, zaczynam bawić się dobrze naostrzonym sztyletem.
Pochłonięta przez pustkę umysłu nieostrożnie przekręcam sztylet i
głęboko ranię się w lewe zgięcie nadgarstka. Przyzwyczajona do ran, nie
przejmuję się za bardzo ciemnoczerwoną w świetle nocy kreską, z której sączy
się krew. Chociaż jestem jedną z ostatnich czystej krwi Cousland, nie ma to dla
mnie znaczenia. Duncan powiedział, że Strażnicy i tak nie mogą mieć dzieci,
więc jest mi obojętne, ile jeszcze jej stracę. Poza tym ciepła krew płynąca
wzdłuż dłoni przynosi więcej ulgi. Dłuższy czas, ze sztyletem uniesionym w
powietrzu, rozważam opcję ozdobienia
burgundem prawej ręki.
Podejmuję decyzję. Kiedy przykładam ostrze do nadgarstka, dobiega mnie
cichy, męski głos:
– Joanna? Czemu to zrobiłaś? – Spłoszona dociskam Margent, która
zgrabnie tworzy kolejną kreskę.
W tym czasie czyjeś ciepłe niezbyt subtelne palce dotykają mojej
zakrwawionej rany, wywołując delikatne mrowienie dłoni.
– Stwórco, jakaś ty blada i zimna. Dlaczego nie okryłaś się kocem? – Mężczyzna mówi
opiekuńczo.
Będąc w lekkim szoku, nie mogę rozpoznać głosu. Unoszę głowę. Spłoszona
drżę z zaskoczenia na widok jasnowłosego młodzieńca w lnianej koszuli i
skórzanych spodniach, który niezdarnie jedną ręką próbuje oberwać skrawek
odzienia. Przyglądam się dokładniej jego spowitej cieniem twarzy.
– Wasza Wysokość.... ja… Przepraszam, że cię nie rozpoznałam… – dukam, mitygując się i próbując wstać, aby
złożyć należyty ukłon.
– Musisz być zawsze taka obowiązkowa? – karci mnie. – Teraz ważniejsza
jesteś ty. Na Stwórcę! Czemu to zrobiłaś? - pyta smutnym głosem.
Puszcza moją lewą dłoń, którą unoszę do góry. Delikatnie odchylam ranę i
sycząc z bólu, wytężam wzrok. Faktycznie nie wygląda to za ciekawie.
On tymczasem ściąga koszulę i rozdziera ją do prowizorycznych bandaży. Niemal z przesadną ostrożnością zaczyna owijać tkaninę wokół
nadgarstków.
– Dlaczego? - dopytuje nadal.
Widać milczałam długo, gdyż nie mogąc doczekać się wyjaśnień, na które
nie mam odpowiedzi, siada po turecku blisko mnie. Za blisko. Stanowczo za
blisko mnie. Kiedy się pochyla, aby oprzeć
łokcie na kolanach, czuję jego oddech. Jest przyjemnie ciepły i pachnie
bukietem orlezjańskiego wina z wyższej półki, które miałam okazję pić na jednym
z królewskich przyjęć.
Moja rodzina często była zapraszana na wszelakiego rodzaju większe
spotkania ze względu na błyskotliwe i mądre uwagi ojca. Inteligencja taty
również dała o sobie znać podczas rozmów na koronacji Cailana. Na tymże
przyjęciu miałam okazję osobiście poznać króla.
Stało się to przez przypadek, kiedy to postanowiłam zaczerpnąć świeżego
powietrza. Szłam ze spuszczoną głową, uważając na nową suknię, do której nie
zdążyłam się przyzwyczaić, gdy nagle w drzwiach balkonu wpadłam na bogato
ubranego jegomościa. Uniosłam głowę i zarumieniłam się ze wstydu. Zaraz też
dość niezdarnie zaczęłam przepraszać króla za swoją nieuwagę i brak taktu. On
tylko się uśmiechnął i zaprosił na rozmowę, twierdząc, że bardzo chciał mnie
poznać. Nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy. Byłam za bardzo spięta i
podenerwowana, aby zapamiętać cokolwiek sensownego.
Na tym się nie zakończyło. Zawsze pod jakimś pretekstem udało mu się
mnie zagadać, a moja uprzejmość nie pozwalała na ignorowanie ludzi.
O dziwo, zaczęłam czuć się trochę
swobodniej w towarzystwie Cailana. Jednak zawsze towarzyszyło mi dziwne uczucie
w okolicach klatki piersiowej. Nadal byłam czujna i spięta. Nie chciałam
popełnić żadnego błędu. Niestety podczas naszego ostatniego pobytu na dworze
takowy miał miejsce.
Oczywiście królowi przez cały czas rzucało się w oczy moje napięcie czy
dbałość o etykietę, więc postanowił wypytać się, o co chodzi. Zaskoczona wykrztusiłam coś o jego pozycji
społecznej, należytym dla niej szacunku i respekcie, po czym zamilkłam z
uczuciem, że zaraz na mych rzęsach pojawią się brylantowe krople zażenowania.
Potem Cailan zrobił coś, co totalnie zbiło mnie z pantałyku. Powiedział ,,Nie
przejmuj się. To właśnie dlatego rozmawiamy w mało uczęszczanym skrzydle.
Potrzebuję normalnej rozmowy o chociażby wczorajszym obiedzie. Widzę, że ciebie
też zaczyna nudzić szlacheckie życie i myślę, że świetnie byśmy się
dogadywali.” Potem położył swoją przyjemnie ciepłą dłoń na moim prawym
policzku, a mnie momentalnie zrobiło się gorąco. Stałam jak posąg w jednym
miejscu, a odzyskawszy jasność umysłu, zerwałam się i pobiegłam na salę balową.
Nie widziałam reakcji króla na moje zachowanie, lecz po wykrzykiwanym ,,Joanna,
Joanna!‘’ wywnioskowałam, ze spodziewał się innej reakcji z mojej strony.
Z krótkiego zamyślenia wyrywa mnie dotyk ręki na ramieniu. Co za ironia, myślę i odwracam szyję w
stronę zatroskanego oblicza Cailana.
– Wybacz mi moją głupotę – mówi nadzwyczaj aksamitnym głosem. – Wiem, co
możesz teraz przeżywać… Ale… proszę, nie rób tego więcej. To nie zwróci życia
nikomu.
– Nic nie wiesz. – szepczę niemal niesłyszalnie, cicho jak powiew
wiatru. – Nie było cię tam. Nie widziałeś ich twarzy. Nie widziałeś
zmasakrowanych ciał Oreni i Orena. Ich ciała… Wszędzie była krew. Wszędzie. Nie
widziałeś… leżącego we krwi ojca. Nie słyszałeś… krzyku matki… Nie… Nie
słyszałeś, co te dranie jej robią przed… przed śmiercią. – wstrząsają mną
dreszcze. – Może… nawet ją t… t.. – zanoszę się jeszcze większym szlochem. Mogę
się założyć, że słychać mnie na końcach obozowiska, lecz na samą myśl o
ewentualnych torturach…
– Wiem Joan, wiem… Sam straciłem matkę, kiedy miałem sześć lat – mówi z
ciężkim sercem. – Minęło tyle czasu, a ja nadal za nią tęsknię. Jedyne moje
wspomnienia to jej piękny, radosny uśmiech na schorowanej twarzy. Byłem jej za
to wdzięczny. Starała się ukryć swoje cierpienie, lecz mym oczom nie umknęły skrywane przede mną łzy smutku.
Nigdy do tej pory nawet nie próbował mi się zwierzać. Może musiał to
komuś powiedzieć? Może chciał mi pomóc? W końcu czasem potrzebujemy w życiu
szczerości, ukazania, że nie tylko nas spotykają złe rzeczy. Cailan istotnie ma
powody do smutku po Rowan Guerrin, o której słyszałam wiele dobrego.
Jak kilka minut temu byłam gotowa krzyczeć, wyżywać się do upadłego, tak
teraz nabieram wody w usta. W głowie mam jeszcze większą pustkę, a w powietrzu
zaczyna unosić się dziwna atmosfera niezręczności. Przynajmniej ja ją czuję.
Nagle niespodziewanie zaczyna wiać lekki wiaterek, sprawiając, że noc staje się jeszcze zimniejsza.. Delikatnie smaga nasze twarze. Osusza moją z łez.
Cailan próbuje się powstrzymać, lecz przechodzą go lekkie drgawki zimna.
– Przepraszam. – Niezdarnie wyciągam koc spod nóg. – Proszę.
Przeczuwając, że muszę tak zrobić, zarzucam go na nagie plecy władcy.
Przez przypadek dotykam jego skóry. Jest gładka, ciepła… przyjemna. Drgam.
Zaczyna wydostawać się spod okrycia, które przytrzymuję za rogi, aby to
uniemożliwić. Pewnie myśli, że to z zimna. Po części ma rację. Nigdy nie
narzekam na nadmiar ciepła. Bardzo szybko marznę i lgnę do ciepłego jak mucha
do pochodni.
Kiedy innym szlachciankom wystarczy lekki szal na chłodniejsze popołudnie, ja
muszę ubierać coś grubszego. Babcia zawsze twierdziła, że składam się z samej
skóry, kości i garstki mięśni bez grama tłuszczu. Chyba miała rację. Potem
podłapał to od niej Fergus, docinając mi w braterski sposób. A ja zawsze
powtarzałam: ,,Dajcie sobie spokój. Nie jestem za chuda.”
– Ale… – Cailan protestuje.
Spoglądam mu w oczy. To był błąd. Nocne dźwięki milkną. Nie słychać
rechoczących nad pobliską wodą żab. Pocieranych o siebie skrzydeł cykad.
Odległego pohukiwania nocnej sowy. Są tylko przyjaźnie patrzące bursztynowe
oczy. Tęczówki, idealnie komponujące się ze złoto-słomianymi włosami Cailana.
Pod ich wpływem łzy zatrzymują się. Trudno jest mi opisać emocje. Magia?
Mężczyzna delikatnie rozciera ostatnie krople na moich policzkach, które
momentalnie czerwienieją i dygoczą.
Nie wiedząc, kiedy znajduję się w jego ciepłych ramionach. Bezpieczna.
Chroniona. Spokojna.
Cailan
Cailan
Tysiące myśli kłębi mi się w głowie. Nie mogę tego tak zostawić. Nie
pozwolę, aby ten drań bezkarnie panoszył się po moim królestwie. Nie mam pojęcia,
jak zareaguje szlachta, lecz mam to gdzieś. Dla większości z nich jestem tylko
zdziecinniałym potomkiem Marica Theirina, który zasiada na tronie, bo musi, bo ma
taką krew. Nie budzę w nich respektu, więc gorzej już być nie może.
Pozostaje jeszcze Anora, moja droga, niekochana żona. O losie! Nie ma
nic gorszego niż małżeństwo pod przymusem. Nigdy nie postąpię tak ze swoimi
dziećmi. Pod warunkiem, że w ogóle kiedyś je będę miał. Wolę wdać się w romans,
spłodzić bękarta i być na językach fereldeńskich i orlezjańskich salonów przez
rok, niż pójść z nią do łóżka. Poza tym
od kilku lat, od pierwszego wejrzenia moje serce skradła inna, piękniejsza
kobieta. Skrzywdzona przez los piękność, która właśnie wtula się mój tors i nie
ma pojęcia o moich uczuciach.
Chciałem jej to powiedzieć wtedy, w opuszczonym korytarzu fereldeńskiego
zamku. Po pięciu latach naszej znajomości postanowiłem się odważyć, chwycić
chwilę i przestać być cholernym romantykiem, który jak niepoważny wariat
nadmiernie cieszy się z każdej wspólnie spędzonej chwili. Jeszcze moment, a
popadłbym w werteryzm. Jednak nie spodziewałem się płochliwości z jej strony.
To zasadniczo nie leży w naturze Joanny. Gdyby tylko… Eh… Już dawno by o tym wiedziała, a ja
usilnie domagałbym się unieważnienia nieprzypieczętowanego małżeństwa. Teraz już nie ma odwrotu.
Zaczynam delikatnie bawić się
kosmykami włosów dziewczyny. Jeszcze nigdy moje palce nie dotykały tak
jedwabistych nitek. Drugą ręką jeżdżę z góry na dół po kręgosłupie z nadzieją,
że ją ogrzeję. Musiała tu długo siedzieć i nawet nie zdawać sobie z tego
sprawy. Stwórco, niech tylko nie zachoruje. Magowie potrafią natychmiastowo
leczyć złamania, ukoić ból czy zniwelować truciznę, ale na choroby nie odkryli
jeszcze żadnych czarów. Jedynie mikstury. Inaczej będzie bezbronna. Przypuszczam,
że wielu nie zgodziłoby się na jej ochronę z własnej woli, a królewski rozkaz
mógłby nieść za sobą pytania.
Ponownie spogląda na moją twarz. W jej oczach odbijają się srebrne
refleksy wielkości ziarnka piasku. U żadnej innej kobiety nie widziałem czegoś
podobnego.
Czuję, że muszę dziś powiedzieć jej wszystko. Powiedzieć, że dłużej już
nie wytrzymam, że przysięgam pomścić jej rodzinę i w końcu, że ją kocham. Kocham i dłużej nie zniosę samotności. Pomimo
otaczającego mnie dworu, po śmierci matki czuję narastające osamotnienie.
Wzdycham prosto w twarz Strażniczki i mówię:
- Howe za to zapłaci. Obiecuję ci. Po tym wszystkim pierwsze, co zrobię,
to ukarzę całą jego rodzinę. Nawet mocne starania nie przywrócą jego rodu w
moje łaski. Nigdy. Nawet po mojej śmierci. Najchętniej utłukłbym drania
własnymi rękoma. W takich momentach żałuję, że jestem królem.
- Dlaczego… Dlaczego zaprzątasz
mną sobie głowę, Wasza Wysokość? - pyta niepewnie ze zdziwieniem w aksamitnym
głosie. – To pytanie trapi mnie od samego początku. Ani nie dostarczam ci
rozrywki, ani nie służę dobrą radą. Wbrew temu, co sądzą inni, nie jestem aż
tak mądra, jak Bryce czy Eleanora Cousland. Ani nie jestem jakoś wyjątkowa…
- Joan – przerywam jej wyliczankę. – Dla mnie jesteś wyjątkowa. Muszę ci
w końcu coś powiedzieć tylko, proszę. Nie uciekaj tym razem. – patrzy z
zainteresowaniem. - Kocham cię. Poczułem coś do ciebie, gdy ujrzałem cię po ra pierwszy, a potem to uczucie tylko się pogłębiało.
Strażniczka z rumianymi policzkami, w zamyśleniu, zakłopotaniu i czymś
jeszcze spuszcza głowę na dół.
Co to
może być? Zastanawiam się.
Delikatnie ujmuję ją za podbródek i zaglądam głęboko w oczy. Może robię
to zbyt często, lecz matka i kapłanka Bronach, która mnie wychowywała, zawsze
powtarzały, żebym szukał w nich prawdy.
Nadal jest zaskoczona, może zszokowana i… winna?
- Czemu widzę u ciebie poczucie winy?
- Bo nie wiem, co dalej będzie. Co królu zamierzasz zrobić? Widzisz,
przed chwilą uświadomiłam sobie jedną, ważną rzecz. – Milczę, więc kontynuuje. - Zawsze podczas naszych spotkań towarzyszyło
mi dziwne uczucie. O tutaj – obejmuje dłonią skaleczony nadgarstek i przykłada
ręce do swojego serca. – Teraz już wiem. To była… to jest… Dlatego czuję się
winna. I dlatego, że wtedy uciekłam. – wyszeptuje.
Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Joanna odwraca do mnie plecami. W
powietrzu czuć namacalny smutek innego rodzaju.
- Od momentu, kiedy ujrzałem cię w tłumie ludzi i dowiedziałem się kim
jesteś. Szukałem wszelakich sposobów, aby nas połączyć. W końcu była jeszcze
szansa. Mogłem zerwać zaręczyny z Anorą, ale musiałem mieć naprawdę mocny
argument. Szukałem go całymi dniami i nocami. Próbowałem podpiąć pod mezalians…
Niestety musiałem uważać i moje poszukiwania spełzły na niczym – wzdycham -
Nie myślałem w ogóle. Nawet nie brałem pod uwagę możliwości odtrącenia. W końcu
jeszcze o niczym nie wiedziałaś. Po twoich słowach… - głos mi się załamuje, co
jest rzadkością.
Robię jedyną rzecz, która przychodzi mi do głowy - smakuję kwiatowego
zapachu szyi Strażniczki. Ta, poruszona, odwraca się. Jadę po linii
obojczyka i bokiem szyi podążam do truskawkowych, delikatnych warg.
Kiedyś, przy moim narzekaniu na tupet niektórych wymalowanych damulek,
powiedziała mi, że kosmetyki to jedyny przywilej szlachty, z którego nie
zrezygnuje nigdy w życiu. Wtedy wybuchnąłem serdecznym śmiechem, wywołując
rumieniec na jej policzkach. Dziś chyba zrozumiałem, po co im to wszystko.
Na początku Joan nie wykazuje żadnego zaangażowania. Lekko rozczarowany,
odsuwam usta. Kiedy otwieram je, aby przeprosić, niespodziewanie wplata palce w
moje włosy i oddaje pocałunek. Najpierw powoli, z wyczuciem, ostrożnością,
lekkim wahaniem… Chcąc czuć każdą sekundę nowego doznania. Druga dłoń próbuje
wczepić w skórę moich pleców, która boleśnie protestuje przy nacisku
przydługich paznokci. Coś cudownego. Odsuwa się, aby złapać oddech.
- Masz już trochę doświadczenia, co? – pytam w przerwie.
- Nie na darmo czytałam te wszystkie orlezjańskie romanse. – uśmiecha
się.
- Orlezjańskie romanse? No, no… o to bym cię nie posądzał. Masz jeszcze
jakieś grzechy?
- Tylko jeden. Kocham cię.
Przez kilka minut zatracony nie myślę o niczym. Czas staje w miejscu i
najlepiej, gdyby nigdy nie ruszył dalej. Bez konsekwencji. Bez opanowania. Niemal
stanowimy jedność. Gdyby to było możliwe, wchłonąłbym ją w siebie i już nigdy
nie wypuścił.
Joanna
Joanna
Wszystkie granice powoli
odchodzą, osuwają się w najgłębsze zakamarki podświadomości. Ogień na dobre
rozkwita w mym sercu, delikatnie oplata płomieniami wędrującymi przez
wyimaginowaną siatkę żyłek. Niestety ani mi, ani królowi niedane jest
zatracić się do końca. Niedaleko nas słychać szelest trawy, potrącanej przez
stalowe buty zbroi. Spłoszona, odskakuję jak oparzona. Głośno wciągam powietrze
do płuc i osuwam się w cień drzewa. Nie chcę być zauważona. Muszę być ostrożna.
Ukochany zerka na mnie
pytająco i odwraca się w stronę źródła dźwięku.
Chwilę potem ukazuje się
czarnowłosy, potężny mężczyzna o obliczu wiecznie wypranym z wszelkich emocji.
Teyrn Loghain. Ludzie chwalą sobie jego spostrzegawczość, a dezaprobują
niezbyt przyjazne usposobienie, którego niedawno doświadczyłam.
Pomimo częstych pobytów
teyrna na zamku, niedane było nam ze sobą porozmawiać. Okazja nadeszła
dopiero przed wyjściem do Głuszy. Jeszcze nigdy nie spotkałam tak zimnego i
pozbawionego uczuć człowieka. Starałam się być uprzejma, w końcu to ja
zainicjowałam dialog, lecz kiedy spojrzałam w lód niebieskich oczu,
powstrzymałam się od drgnięcia. Sposób, w jaki na mnie patrzyły, wyrażał niechęć
i lekką pogardę, której nie byłam w stanie zrozumieć. Niezdarnie spytałam o
stan bojowy jego ludzi. Zbył mnie. Zapytałam więc o jego córkę. Ostrym,
dosadnym głosem kazał mi zejść z oczu i nie zabierać cennego czasu. Kiedy to
uczyniłam, zerkając za ramię, wyglądał, jakbym mu zrobiła największą przysługę
dnia. Co ja takiego zrobiłam?
- Co tu się dzieje? -
pyta zdziwiony Loghain Mac Tir.
Cailan przyjmuje pozę w
stylu: ,,Nic ci do tego”
- Jak zawsze, nic się
nie dzieje. A co niby miałoby się dziać? – pyta zadziornie.
- To, co robisz? –
Loghain krzyżuje ręce na piersiach.
- Siedzę? – informuje
opryskliwie - Nie jesteś dziś zbytnio spostrzegawczy, Loghainie.
- Bez odzienia? Z nową
rekrutką Straży, która jest na tyle głupia, by myśleć, że jej nie zauważyłem? Nie
dość namąciła ci w głowie? – Dopytuje wojownik z obrzydzeniem, dezaprobatą i
nutką ostrości, po której wnioskuję, że kiedyś musieli się o mnie kłócić.
- Zrobię, co będę chciał
i spędzał czas, z kim chcę, Loghainie. Ile jeszcze razy mam ci to powtarzać? Nie
zdobędziesz nade mną kontroli. – Cailan dolewa oliwy do ognia.
Wstaje i stanowczo
podchodzi do wojownika.
- To wygląda wręcz
niedorzecznie. Potencjalny przechodzeń mógłby sobie wyobrazić o kilka rzeczy za
dużo. Nie wstyd ci Cailanie? - Władca milczy. - A tobie? Co ty sobie
myślisz dziewucho? Pisałem do Couslanda, aby trzymał swoich bachorów z
daleka od dworu. Jeśli zamierzał cię wydać za rodzinę królewską, to musiał być
głupcem. Masz szczęście, że Anora cię ubiegła. Życie u boku męża, którego cały
czas nie ma w domu, bo ma chore fascynacje Szarą Strażą, nigdy nie rozkwitnie w
szczęśliwą i szczerą miłość.
Kłamliwe oskarżenia
zabolały, jak nigdy dotąd. Zrywam się z miejsca,
opierając protestującą bólem dłoń o bark króla. Niemal jednocześnie
wykrzykujemy:
- Jak śmiesz! Nawet go
nie znałeś! Kłamiesz i dobrze o tym wiesz!
- Zostawisz wreszcie
moje stosunku z Anorą? Ma to, na co zasługuje. A teraz wynocha stąd.
Natychmiast! – Cailan oponuje, wskazując palcem drogę powrotną. - Nie będziesz
w mojej obecności obrażał prawego człowieka. Ona ma rację. Nawet go nie znałeś.
Powinieneś ją teraz rozumieć tak samo, jak ja. Cała nasza trójka straciła
rodzinę, ukochane osoby! – Władca szybko traci cierpliwość. Jeszcze nigdy nie
widziałam go w stanie mocnej irytacji, a co dopiero w złości. - A Straż?
Nadchodzi Plaga! To ona nam zagraża, nie orlezjanie. Niech to do ciebie dotrze!
Szarzy mają sny o Arcydemonie! Ufam im. Ich mentalne połączenie z tym
plugastwem jeszcze nigdy nie zawiodło. Trzeba wzmocnić Straż, zanim będzie za
późno. Trzeba czekać na Orlaise!
W obozie chodzą ciche
pogłoski, że mężczyźni ostatnio mają na pieńku. Najwyraźniej w każdej plotce
jest ziarno prawdy.
Loghain nie podejmuje tematu, gdyż przykuwam wzrok mężczyzny. Dokładniej moje
opatrunki na nadgarstkach, które odruchowo chowam za siebie. Podchodzi pewnym
krokiem, dość brutalnie łapie mnie za nie i pewnym ruchem zrywa prowizoryczne
bandaże. Przeszywa mnie lekki ból spowodowany oderwaniem zakrzepłej krwi od
skóry.
- Co to? – pyta się, wskazując podbródkiem moje nadgarstki.
- Zranione ręce? – odpowiadam z irytacją.
- Przecież widzę. Nie jestem ślepy.
-To, po jaką cholerę się pytasz? - dorzuca Cailan.
- Po taką, aby do ciebie dotarło, z kim się zadajesz. Stwórca jeden wie, co jej
chodzi po głowie, jakimi ziółkami ją nakarmili podczas ich głupiego Dołączenia.
To masochistka. Anormalna kobieta, która nawet nie drgnęła z bólu – na
podkreślenie swych słów unosi opatrunki na wysokość naszych oczu i rzuca w pień
sędziwego drzewa.
- Dość! – Cailan podnosi się i zmierza w kierunku antagonisty. – Spójrz
lepiej na swoją córkę. Ona to dopiero ma pomysły. Fałszuje dekrety. Rozsiewa
ziarna niepokoju. Rujnuje dobre intencje. Tworzy plotki.
Przekraczając granicę kilkukrotnie, wszędzie naraża moją reputację! A ostatnich
występków jej nie daruję! Nie daruję! – akcentuje pewnym
machnięciem ręki.
Słowa Cailana pozostawiają mnie lekko zszokowaną. Fałszerstwo i inne, gorsze
rzeczy? Nie, to niemożliwe. W obliczu Logheina zachodzi jakaś zmiana. A
Cailan… Po raz pierwszy widziałam przed sobą prawdziwego, surowego i
nieugiętego władcę, który umie bronić swoich racji.
- Ostatnich występków?
- Nie udawaj, że o niczym nie wiesz. Jesteś zwykłą świnią, która miała
szczęście spotkać Marica Theirina na drodze życia.
- Chyba to on otrzymał uśmiech od losu. Gdyby nie nasz obóz, już dawno
zostałby dorwany, zabity i leżał w grobie obok matki. Za to ja miałem
nieszczęście spotkać takiego świętoszka.
- Jak śmiesz! Był twoim przyjacielem, ufał tobie. Kiedy ty potajemnie
zabawiałeś się z Rowan…
- On zabawiał się orlezjańską ministrelką. Kto tu niby jest bez winy? -
burzy się teyrn.
Cailan nie wie co odpowiedzieć. Loghain chyba trafił w sedno natury Marica
Theirina, bo po chwili oblicze teyrna wykazuje nutkę triumfu. Twarz króla
tężeje, a oczy ukradkiem rzucają spojrzenie w moją stronę. Z pewnością nie miał
ochoty wygrzebywać starych, rodzinnych problemów, o których nikt nie ma
pojęcia.
Czuję się niezręcznie. Wiem, że nie powinnam uczestniczyć w dalszej rozmowie,
powinnam się taktownie wycofać, ale… jak?
-To dzięki mnie rebelia doszła do skutku. Ja wymyśliłem plan działania i
wystawiłem kark…
- Błagam! – Cailan wchodzi mu w słowo. - Nie rzucaj mi tu znowu gatki-szmatki o
wielkim bohaterze spod rzeki Dan. Gdyby nie śmierć Królowej Rebeliantki i jego
ucieczka nigdy byś nie spotkał mojego ojca. Nigdy nie zyskałbyś szlachectwa.
Powinieneś doceniać, że król ci w ogóle zaufał. Równie dobrze mógł cię zbyć i
uczynić marnym sługą, nie przyjacielem. Pozwalając obmyślać ci plany, powierzył
ci życie tysięcy Fereldeńczyków.
- Mój ojciec nadal by żył, gdyby nie świętoszkowatość wielkiego Marica
Theirina! Lekkoducha, nieostrożnego obłudnika, który dzielnie kroczył przez nieznane
odmęty Głuszy i wcale, a wcale nie narzekał na niewygody. Jesteś dokładnie taki
sam! – mówi, wyniośle nabijając się z uprzedniego władcy. – Gdyby nie Maric
nasz obóz nie zostałby wykryty. Żylibyśmy dalej w spokojnym ukryciu i
zaatakowali z zaskoczenia w odpowiednim dla nas momencie. Nie przelano by
krwi tylu prawowitych Fereldenczyków.
- Tego nie możesz być pewnym. Wymyśl lepszy argument.
- Mam go przy sobie, ale nie będę po niego sięgał przy świadkach. – posyła mi
groźne spojrzenie.
Aluzja wojownika wywołuje u mnie alarm. Nie wiem, jak poważnie mam brać ukrytą
pogróżkę, lecz serce podpowiada, że muszę interweniować. Natomiast rozum każe
nadal siedzieć cicho, ze względu na większe wpływy teyrna Gwern. Teraz, po
śmierci rodziców, to ja i Fergus musimy dbać o interesy rodziny. Teoretycznie
już takowych nie mam po Dołączeniu, ale nadal chcę utrzymywać pokojowe stosunki,
z kim tylko się da. Rodzina zawsze pozostanie dla mnie ważna. Nie ma nic
gorszego niż podjudzona i zjednoczona przeciw jednostce szlachta.
Podejrzewam, że
mężczyźni od kilku chwil przestali racjonalnie myśleć, toteż postanawiam
przemówić do rozsądku Cailana.
- Błagam cię, zakończ to. Nie kłóć się z głupcem. Jeszcze ludzie gotowi
są pomylić cię ze stojącym przed nami idiotą – próbuję przybrać perswazyjny
ton i wygłosić tyradę o racjonalności.
Podchodzę, aby położyć rękę na ramieniu króla i spojrzeć mu głęboko w oczy.
Kiedy unoszę głowę, zaczyna mi się w niej kręcić. Nogi nie są zdolne utrzymać
reszty ciała, poddając się bezwzględnej grawitacji.
Zaintrygowana całą
sprzeczką, stałam się obojętna na sygnały organizmu w postaci osłabienia z
utraty życiodajnej krwi. Z pewnością minęło kilkanaście minut, w których to
duża liczba kropli wsiąknęła w materiał i obficie zbroczyła trawę, pozbawiając
organizm wszelkich sił.
Kiedy jestem na granicy
świadomości, tuż przed zamknięciem oczu, czułe ramię stawia opór bezwładnie
opadającemu na ziemię tułowiowi, a drugie chwyta mnie pod zgięciami kolan.
Ostatnie, co widzę, to Loghaina, splatającego ręce na piersi w pretensjonalnym,
wrogim geście z nutą politowania. Zamykam oczy i odpływam w ukochanych
ramionach…
[1] Nazwa powstała od francuskich słów: mal - zło i argent
- srebro.
Mmmm… zgodnie z
uniwersum to raczej z orlezjańskiego ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz