Od Autorki: Rozdział będzie z numerem 10, gdyż postanowiłam, że numery z Watt i bloga powinny się zgadzać, bo inaczej się pogubię (tam są podzielone mniej więcej na pół). Także spokojnie - nic Was nie minęło, co z resztą możecie zauważyć po treści. Ten rozdział jest zaległy i jak coś to został już opublikowany na Watt.
Życzę miłego czytania tym, którzy jeszcze go nie widzieli, bo nie mogli.
Itharinna
Kiedy wchodzimy, wszystkie rozmowy
milkną, a salę zalewa fala ciszy. Oczy zgromadzonych kierują się w naszą
stronę. Zaczynam się czuć dziwnie. Nie przepadam za byciem w centrum uwagi i
nigdy chyba nie będę. Gdy już zakończymy Plagę, ucieknę gdzieś do lasu,
wychowam dziecko i umrę. Przecież nie będę marnowała czasu na zwykłe siedzenie
i nicnierobienie. Nie potrafię. Na bogów,
o czym ja teraz myślę? Skup się na Zjeździe kobieto! Ganię się w myślach.
Kilka metrów przede mną stoi
Loghain. Nic się w nim nie zmieniło. Ta sama wielka, ciężka zbroja, według mnie
wybitnie ograniczająca ruchy, To samo obojętne, bezwzględne oblicze i zimne,
ciskające gromami oczy. Kiedy w nie spoglądam, przechodzą mnie dreszcze.
Dobrze, że jakimś cudem powstrzymałam drżenie. Czuję się jak sprzed Dołączenia,
kiedy to pierwszy raz spotkałam Mac Tira. Od początku nie wywołał u mnie
pozytywnych uczuć, lecz miałam nadzieję na poprawę sytuacji między nami. Po
usłyszeniu tonu jego głosu i doświadczenia na własnej skórze sposobu, w jaki odnosi
się do większości ludzi, światełko w tunelu zgasło. Jedyne, co się zmieniło, to
moje podejście do niego. Z zawziętością będę walczyć i wygram. Nie dam mu
satysfakcji na żadnej płaszczyźnie.
Teyrn przelatuje wzrokiem całą
drużynę i zatrzymuje się na jednej osobie. Swojej córce. Jego oblicze zmienia
się diametralnie. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek uda nam się go zaskoczyć
i chociaż na chwilę zdjąć kamienną maskę obojętności. To sprawia, że czuję się
lepiej. Aby zyskać jeszcze więcej pewności siebie, zbieram wewnętrzne siły,
unoszę głowę, kładę rękę na sztylet i wlepiam wzrok w najmocniej oświetlony
tron, stojący niedaleko regenta.
Kiedy stajemy naprzeciw antagonisty,
arl Eamon odwraca się do zgromadzonych i mówi donośnym głosem:
- Droga szlachto Fereldenu! Czy już
wszyscy dotarli? - Po sali słychać potakujące
odpowiedzi. – Doskonale. A zatem pozwólcie, że przedstawię wam cel i
przyczyny zwołanego prze ze mnie Zjazdu. Chciałbym wyjaśnić sytuację naszego kraju.
Przedstawić źródło prawdziwych problemów
i znaleźć ich rozwiązanie – pauzuje, dla lepszego efektu. Tą chwilę
wykorzystuje Loghain.
- Wspaniale to brzmi, arlu, lecz nie
sądzisz, że szukasz igły w stogu siana? Zapewniam cię, że wszyscy znamy
problemy, klęskę jaka nawiedziła kraj. Orlais siedzi nam na karku niczym komar
– gotowe do wyssania kolejnej porcji krwi z naszych ciał. Wobec niego musimy
zastosować środki ostrożności, aby znów nie doszło do rzezi! – wykrzykuje
stanowczo.
- Dziękuję, za przypomnienie swojego
stanowiska, regencie – Eamon odpiera uprzejmie. – A teraz pozwól innym wysłuchać, co mamy do
powiedzenia. Lady Itharinno, zechcesz nakreślić zarys naszych zarzutów?
Zabiję,
zabiję, Eamon, coś ty narobił? Panika ogarnia mój umysł. Spokojnie, dasz radę, spokojnie. Nie poddawaj
się panice. Nie jesteś panikarą, więc spokojnie.
- Ekhm…. – odkasłuję i spokojnie
zaczynam. – Oczywiście, arlu. Najdrożsi, chciałabym wyciągnąć na światło
dzienne pewien oczywisty fakt. Wystarczy się rozejrzeć po okolicy. Krew,
cierpienie, ból, nieustająca walka, ogry, pomioty. Jednym słowem: Plaga. To ona
opóźniła przybycie niektórych z was. To ona nam zagraża! – akcentuję, podnosząc
głos. - Nie dajcie się zwieść zaćmionemu
umysłowi teyrna! – milknę.
- Kolejne piękne i jakże fałszywe
słowa. Tym razem z ust kobiety, która nie tylko jest zmanipulowaną marionetką,
ale i sama dobrze steruje innymi. – śmieje się pogardliwie. - Nie byłaś tam,
nie widziałaś ogromu zniszczeń. Orlezjanie to cięty naród i nie odpuszczą sobie
naszego ukochanego kraju!
- Owszem, nie byłam tam, lecz byłam
gdzie indziej. Pod Ostagarem. W miejscu, gdzie zdradziłeś ,,nasz ukochany kraj” – cytuję, naśladując
ton - gdzie przyczyniłeś się do śmierci Cailana, gdzie odwróciłeś się plecami
do całej ludności tej ziemi. Zdradziłeś wszystkich.
Dostrzegłam błysk w zimnym błękicie
jego źrenic. Jeśli te słowa zrobiły na nim wrażenie, to zewnętrznie pozostał na
nie obojętny, przywdziewając maskę jeszcze bardziej obojętnego i niewzruszonego
człowieka.
- A masz na to twardy dowód? Ktoś z
zebranych może to poświadczyć? – pyta retorycznie.
- Naturalnie. Ja mogę – odzywa się
Alistair.
- Kolejny człowiek pod czyjeś
dyktando? Naprawdę, konfirmacja wielce prawdziwa. – Śmieje się sceptycznie. –
Manipulant manipuluje manipulantem. Sznurek pociąga za sznurek. A kto jest
głównym lalkarzem? Myślę, że nie muszę wyjaśniać. Wracając do Szarej Straży.
Ile suwerenów za odwrócenie uwagi dała wam cesarzowa Celene? A może wybrała
szantaż?
- To nie my zdradziliśmy kraj – dosadnie
zapewnia Alistair. – Szanujemy twoje
poświęcenie, rozumiemy jego ogrom i twoją chęć obrony go jednak… cokolwiek byś
nie zrobił nad rzeką Dan, teraz się to nie liczy. Mamy pokój. Sen z powiek
spędza nam jedynie Plaga.
- Dosłownie! – wykrzykuje
czarnowłosa szlachcianka. - Nie możemy spać, ponieważ moje włości średnio co
trzy godzinny atakuje jakiś pomiot.
Zaraz po niej w komnacie wzniosły się okrzyki potwierdzające
wielkość ataków pomiotów. Siwowłosy skarży się, że nie może wypuścić wnuków, bo
nie wiadomo, czy zostanie z nich chociażby najmniejsza kostka do
pochowania. Jegomość w zielonym dublecie
lamentuje nad utratą stada bydła i świń. Blondynka na ciągle ataki podczas
podróży na Zjazd…
- Cisza! – krzyczę nad wyraz donośnie. Po chwili towarzystwo
uspakaja się. – Widzisz Loghainie? Nie tylko my narzekamy na Plagę.
- Jeśli wpuścimy do Fereldenu cztery orlezjańskie legiony, po
wszystkim możemy spodziewać się ataku! Żaden władca nie puściłby płazem takiej
okazji.
- Mylisz się. Celene pragnie zakopać
wojenny topór. Chce sojuszu, do którego dążyła razem z Cailanem. Zarówno ty jak i ja doskonale o tym wiemy. Wykłócałeś
się o to.
Wśród tłumu przeszedł szmer.
- Wybacz, Strażniku, skąd masz takie informacje? – odważnie pyta
mężczyzna przywdziany w zieleń.
- Przed bitwą nie było dnia, aby się nie awanturowali, nie
ciskali gromów i nie sugerowali rozmaitych rzeczy. Oczywiście w małym gronie
zaufanych ludzi.
- Czemu akurat ty znalazłeś się wśród owych osób. Strażniku? –
dopytuje.
Ali sugestywnie zerka na Eamona. Na boginię Sylaise, natrafił się idealny moment. Bogowie czuwajcie
nadal.
- Za pośrednictwem zamordowanego pod Ostagarem komendanta
Szarych, Duncana. I nie tylko. Eamonie, wyjaśnisz?
- Szanowna szlachto, musicie wiedzieć, że pod koniec
orlezjanskiej okupacji, królowi Maricowi narodził się kolejny syn, Alistair. –
Wskazuje na blondyna. - Władca chcąc zachować ten fakt w tajemnicy, przekazał
syna pod opiekę mi i Izoldzie. Kiedy chłopak podrósł, postanowiliśmy oddać go
pod skrzydła Templariuszom, lecz pojawił się Szary Strażnik i powołał na prawo
werbunku. Tak oto przetrwał potomek Theirinów. Pochodzi z lewego łoża, lecz to
nie odejmuje mu praw do dziedziczenia tronu. Stawia go na równi z żoną
przyrodniego brata, Anorą.
- Eamonie, nazwijmy rzeczy po imieniu. To bękart i tyle.
W tym momencie, z błyskiem sprytu w brązowych oczach, do rozmowy
dołącza się Zevran.
- Skoro chcesz nazywać rzeczy po imieniu, Loghainie, po prostu
przyznaj, że jesteś zwyczajnym sukinsynem.
Przez tłum przechodzi fala oburzenia dla słownictwa antiviańczyka,
chociaż w istocie nazwał rzecz, a raczej człowieka, po imieniu.
- Jak śmiesz mnie obrażać!
- Może raczej spytaj na jakich podstawach - kpiąco sugeruje Morrigan.
- Nie kieruję się sugestiami głupich, przeklętych wiedźm.
- Przeklęta powiadasz? Dzięki za komplement – sarka. – Ale
głupia nie jestem. Gdybym była, nie wykryłabym twojego spisku. Sprzedaż
niewinnych elfów do Tevinteru, by zyskać fundusze na wojnę? Phi… Myślę, że
wszyscy tu zgromadzeni uznają to za niehonorowy czyn i stanęliby po stronie
ludności z obcowiska, bo na miejscu elfów woleliby skończyć pod orlezjańską
okupacją, aniżeli w Tevinterskiej niewoli, przynosząc herbatkę i ciasteczka
magistrom.
- Albo chociażby zezwalanie Howe’owi na tak okrutne czyny –
dodaje Wynne. - Mamy na to niezbite
dowody. Narzędzia tortur w piwnicy, żywego świadka…. – czarodziejka milknie. I
spogląda na banna Sighrda.
- Potwierdzam! Strażniczka i jej drużyna uratowali mi syna.
Gdyby nie oni, byłby już martwy. Ta kobieta uzdrowiła mi go, a nadal ma okropne
blizny na ciele.
- Pierwszy raz słyszę! – burzy się. - Nie mam z tym nic wspornego.
- Czyżbyś cierpiał na zanik pamięci, ojcze? – niespodziewanie
odzywa się Anora. – Chciałeś wyeliminować wszystkich, utrudniających ci dostęp
do tronu. Nawet mnie. Rządza władzy doszczętnie cię pochłonęła, zaślepiając
drogę prawości, sprawiedliwości i dobra ogółu.
Córeczka przeciwstawia się
tatusiowi… Jakkolwiek
działa to na naszą korzyść, nie spodziewałabym się takich słów z jej ust. Będę ją miała na oku przez cały możliwy
czas. Anora od niedawna stała się kolejnym graczem w bezimiennej grze.
Oczywiście, będzie chciała wywalczyć co swoje i czuję, że zdolna jest po
trupach dążyć do celu. Identycznie jak ojciec.
- Co taka młoda, niedoświadczona dziecina jak ty może o tym
wiedzieć?
- Ojcze! – krzyczy zmieszana i zdenerwowana, rumieniąc się na
policzkach.
- Uwierz mi, Anora wie i rozumie więcej, niż ci się wydaje.
Sprawiedliwość ma wiele płaszczyzn i racji. Czym jest dla ciebie? Porzuceniem
Cailna pod Ostagarem? Detronizacją własnej córki? - argumentuje Leliana,
ratując sytuację córki Mac Tira.
- Powtarzanie wyssanych z palca oszczerstw nic wam nie da.
Szlachta opowie się po mojej stronie.
- Uważaj. Moja droga, pora na ciebie. – Eamon udziela głosu
Anorze, która wszystkich wymija i pewnie, z podniesiona głową staje na środku.
- Wysłuchajcie mnie! Strażnicy mają rację! Mojego ojca zaślepiła
rządza. Przez cały czas dążył do władzy, po drodze eliminując wszystkich. To on, nie Szara
Straż, przyczynił się do śmierci króla, wycofując swój oddział wojsk. Co
więcej, chciał ukryć istnienie Alistaira. -Wynajął maga krwi, by otruć Eamona,
czyli ostatnią osobę, która wiedziała o istnieniu przyrodniego brata mojego
męża. Uwięził własną córkę, abym nie mogła przedstawić wam tych faktów. Gdyby
nie Itharinna, już nigdy nie zobaczylibyście mnie na oczy. Ojcze, już nie masz
prawa nazywać się bohaterem, ani rościć praw do kierowania polityką Fereldenu.
Ostatnie zdanie wypowiada patrząc wprost w ojcowskie oczy.
Po raz pierwszy widzę zbitego z pantałyku Loghaina, który
odwraca się tyłem do zgromadzonych, aby ukryć brak panowania nad własnymi
emocjami. Dla kogoś pokroju Mac Tira, musi być ogromnym ciosem utrata kontroli
nad sytuacją.
Kiedy kończy, na sali zapada kompletna cisza. Jedni są zdezorientowani,
drudzy niedowierzają, a trzecim oczy wychodzą z orbit, gdyż nie mogą uwierzyć w
to, co właśnie usłyszeli. Wszyscy niepewnie spoglądają po sobie.
Po krótkiej chwili regent odzyskuje rezon i odzywa się
wyczuwalnie mniej stanowczym głosem:
- Moja córka nie wie, co mówi. To tylko podatne na matactwa
dziecko w kolorowej sukieneczce, warkoczyku na głowie i słodziutkiej
twarzyczce.
Uczestnicy ponownie zabierają głos:
- Straciłeś pewność siebie, Loghainie? Wyczuwam w tobie pewien
niepokój.
- Nie sądzę, by Anora była nieświadoma czynów. Jest zbyt pewna
siebie.
- Okres rządów z Cailanem dowiódł, że nie brak jej rozumu ani
umiejętności!
- Brak dowodów na wszystko! Nie uwierzę, dopóki ich nie zobaczę
na kartce.
- Dokładnie. Albo nie usłyszę od kogoś bezstronnego!
- Ostagar to tylko i wyłącznie wina Szarych. Bohaterowie nie
porzucają swoich stanowisk!
Na bogów, musimy coś
zrobić, zanim dojdzie do kłótni. Mamy zjednoczyć szlachtę, a nie podzielić.
Chyba trzeba już zarządzić głosowanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz