10 kwietnia 2017

IL: Prolog: Pustka

Od Autorki: Napisane dość dawno. I w zasadzie nie wiem tym razem, co by wam naopowiadać. Mam nadzieję, że się podobało. A i ze swojej strony mogę obiecać w dość bliskim czasie zmodyfikowane przesłuchanie. Na razie pozostawiam jako ukończone, ale jakieś pomysły mam na to :) 



Irvilla
Lecę, lecę i lecę. Cały czas nic, tylko lecę. Nie wiem już, jak długo to trwa.
Przestrzeń musi być ogromna. Czuję to. Czuję osobliwe zimno dotykające moje kości. Bezkres ciągnący się w każdą stronę świata… Świata? Czy to można nazwać jakimkolwiek światem? W końcu nie widzę nic. Żadnych drzew, krzewów, zwierząt, czy innych form życia. A przynajmniej tak mi się zdaje, gdyż moje pole widzenia sięga zaledwie kilku centymetrów.  Otacza mnie coś, co mogę nazwać gęstą mgłą w odcieniach zgniłej zieleni i oliwki. Jest tak gęsta, że nie mogę zobaczyć dłoni lewej ręki.
Coś mi podpowiada, że nie powinno mnie tu być. To miejsce jest strasznie przytłaczające.  Nie daje żadnej nadziei na życie. Wywołuje lęk, obawy, strach. Niemal zabiera duszę. Powoli, kawałek po kawałku, czyni ciało bezużyteczne.  Paraliżuje, nie pozwala rozluźnić się kończynom, rozłożonym na kształt rozgwiazdy.  Próbuję zwinąć się w kłębek, z myślą, że  będzie mi cieplej i poczuję się lepiej. Bezpieczniej. Wkładam w to całą swoją siłę. Nic.
Jakim cudem znalazłam się w tak beznadziejnym położeniu? Ostatnie wspomnienia są zamazane, przykryte kurtyną szaro-zielonych barw. Uczuciem fizycznego wyczerpania i narastającego przerażenia. Musiałam…. Uciekać? Tak. Goniły mnie wielkie, szare, owłosione i zmutowane pająki z wystającym z odwłoku kolcem skorpiona. Wyczerpana i nadal goniona, biegłam na oślep… Wspięłam się po schodach. Potem nastąpiła ciemność. Stwory musiały mnie dopaść… Ale w takim razie musiałabym być martwa. Nie, to było coś innego... Przepaść. Te schody prowadziły do przepaści. Na jej granicy straciłam przytomność i spadłam!  To dlatego cały czas spadam!
Nie wiem, jakim cudem przywołałam sobie te niedalekie wspomnienia. Na starożytne bóstwa! Nawet nie pamiętam dokładnie, kim jestem! Zaczynam panikować. Nie, stop! Już wiem. Elf… jestem elfem i mam jakiś cel, ale… jaki? Czy jest on związany z pościgiem? 
Coś dziwnego dzieje się z moją pamięcią. Od gonitwy nie mogło minąć zbyt dużo czasu. A  może jednak?  Mogę spadać wolno, leniwie jak piórko albo szybko, jak przecinająca powietrze strzała, wystrzelona z łuku przez sprawnego skrytobójcę. Równie dobrze mogę być zawieszona w bezkresie przestrzeni.
Moje rozmyślania rozprasza zmiana koloru mgły, która tuż pode mną zmieniła barwę na pomarańczową, chwilę potem na soczystą czerwień… Spadam wprost na ostry kamień, kształtem przypominający smocze siekacze!
- Nie! Nie, nie, nie, nie…. NIE! - Krzyczę przerażona nie na żarty. Wokół panuje cisza. Chwila… Brak powietrza, to czym ja oddycham?!
Jestem już naprawdę blisko. Pojawia się ciemna, piaszczysta ziemia.
Na żyjące i umarłe bóstwa wszystkich światów! Ja nie chcę umierać! Muszę spełnić swój cel, wrócić do domu. Domu?
Tak. Dom… Las… Obóz… Siwa kobieta ze zmarszczkami na twarzy i laską w ręku…
Kolejna myśl nadchodzi znienacka:  Ona mnie potrzebuje! Powierzyła mi ważne zadanie… Wspomnienie urywa dostrzeżona kątem oka bystra, złotawa postać. Chcąc zobaczyć jej twarz, odwracam głowę w stronę światła, zaskoczona, że mogę nią poruszyć. Za późno. Zniknęła. Śmierć coraz bliżej. Chcę żyć! Nie chcę umierać! Jestem za młoda! Mój cel czeka! Histerycznie krzyczę w myślach.
Zamykam oczy w naiwnej nadziei na ratunek.


Nie wiem, na ile straciłam przytomność, lecz kiedy się budzę, czuję okropny ból w całym ciele.  Najmocniej kłuje mnie w prawym boku i klatce piersiowej, powodując, że każdy następny wdech jest  katorgą. Nawet po płatkach uszu przebiega mnie lekkie mrowienie.
Otwieram oczy. Kilka kroków dalej stoi złocista postać. Znów tylko przez chwilę mam okazję widzieć jej twarz, gdyż podchodzi i pomaga mi wstać. Jej dotyk jest mocno elektryzujący, wręcz parzy. Wokół dłoni pojawiają się zielone iskry. Mam ochotę ją puścić, lecz coś stawa mi opór. Jakby w naszych rękach były umieszczone silne magnesy, które się przyciągają. Z trudem staję na nogach i łapię równowagę. Zjawa dla pewności podtrzymuje mnie zza pleców za ramiona. Patrzę na rękę. Ani śladu jakichkolwiek oparzeń. Łapię się za głowę, w której kręci się ogłuszająco. Długo tak nie wytrzymam. Ziemia wręcz przyzywa mnie do siebie swoją grawitacją.
- Uciekaj dziecko. Uciekaj. On nie może cię dopaść – istota łagodnie mówi kobiecym głosem i widząc moją dezorientację, silnie mnie popycha. Ponownie czuję elektryczne pulsowanie.
 Omal się nie przewracam, ale zaczynam biec w kierunku pchnięcia. Cały czas oglądam się za siebie, chcąc jak najdokładniej zapamiętać postać. Niestety szybko rozpływa się w teraz żółtawej, upiornej mgle. Kieruję wzrok przed siebie i… Za późno… Wbiegam w nieznaną, zieloną, niekształtną dziurę.


Budzę się twarzą do ziemi. Czuję pył na policzkach, wargach, w ustach. Poprzyklejane to twarzy włosy. Anormalny ból w klatce, lewej dłoni i boku. Powiew wiatru.  Chłód dotykający teraz już  rozgrzane z cierpienia ciało. Mam ochotę zwinąć się w kłębek, ale intuicja podpowiada, żebym nie dawała żadnych oznak przytomności.
Zewsząd dobiegają mnie głosy. 
- Ja bym zabił na miejscu. Dopóki się nie rusza – mówi jeden.
- A ja bym najpierw poddał torturom. -  orzeka drugi.
- Dokładnie! Długim, bolesnym. Niech cierpi elfie ścierwo! – wykrzykuje trzeci.
- Niech cierpi za śmierć ludzi, ostroucha dziwka! – dodaje drugi i spluwa mi na zmierzwione włosy.
- Czekajcie! – mężczyźni milkną. Słyszę pobrzękiwanie stali i tętent kopyt. Ktoś nadjeżdża. - Komendancie, co z tym zrobić? – mówi kolejny. Najwidoczniej ma ich pod komendą, a sam musi słuchać szefa. Pewnie przybyłego komendanta. Idzie w moją stronę. Słyszę to po jego krokach.
Sytuacja jest beznadziejna. Muszę stąd jak najszybciej uciekać. Zanim będzie za późno i ci rasiści mnie zabiją.
Próbuję się podnieść. Bezskutecznie. Kiedy zbieram ostatki sił, najbliższy z potencjalnych wrogów podchodzi i mocnym szarpnięciem w prawo, przekręca mnie na plecy. Mimowolnie syczę. Zabolało. Dopiero teraz otwieram oczy i zamglonym wzrokiem widzę żołnierzy. Mężczyźni ubrani są w średniej wagi zbroje oraz luźne zielone kaptury pod hełmami. Otaczają mnie kółkiem z wyciągniętą z pochew bronią, z ostrzem skierowanym wprost na mą sylwetkę. Jednak nie to przyciąga moją uwagę. Kilka metrów dalej widzę tą samą zieloną dziurę. Tym razem jest większa i przypomina wir.
- Co to jest do cholery? –  pytam chrapliwie, wypluwając ostatki piasku.
Nikt mi nie odpowiada.
Żołnierze rozsuwają się minimalnie, robiąc miejsce dla dowódcy, który jako jedyny ma oblicze zasłonięte hełmem i nosi ciężką, stalową zbroję oraz luźną narzutę, wykończoną brązowym futrem. 
- Zabieram ją w całości. Żadnego zabijania, czy torturowania bez mojego rozkazu. Jasne? – odzywa się lekko zdeformowanym przez metalową osłonę twarzy tonem.
- Ale komendancie! To elfia morderczyni! – żołnierz przesadnie podkreśla moje pochodzenie.
- I dlatego bierzemy ją cało. Tylko ona wie, co tu się stało. – podchodzi bliżej. – Wstawaj. Nie będę cię taszczył przez całą drogę.
Ponownie zbieram siły. Powoli opieram się na zdrowszym boku, na łokciach, odpycham się rękami. Już prawie, prawie stoję na nogach… Padam wycieńczona i ponownie tracę przytomność.

Cullen
 Zdejmuję hełm i gwiżdżę na konia, który sekundę później pojawia się u mojego boku. Gwałtownie szarpię wycieńczoną mordem dziewczynę i zarzucam na wierzchowca niczym worek pszenicy, a hełm przytwierdzam do specjalnego miejsca przy siodle.
- Czterech ze mną, dwóch zostaje. Nie wiadomo, co jeszcze wyleci z tego cholerstwa. – mówię do żołnierzy, biorę konia za uzdę i kieruję się w stronę, gdzie kiedyś było wejście do świątyni.  Przede mną długa droga.
            Idąc, zaczynam się zastanawiać, jakim cudem jedna osoba zabiła tyle istnień. Skąd Dalijczycy wiedzą o obecnej sytuacji politycznej?
Zapłaci za to, co zrobiła.
Czy te elfy muszą się plątać absolutnie do wszystkiego i powodować katastrofy?   
To będzie żmudna droga. Oczywiście, szybciej byłoby jechać na koniach, jednak na tym odcinku trasy nie pozwala na to górzysty teren. Co rusz jest jakiś mniej lub bardziej ostry zakręt, nierówny teren, czy bardziej strome zbocze, po którym koń z człowiekiem na grzbiecie nie ma zbyt wielkich szans na zejście bez szwanku.
Przez te kilka godzin istnienia Wyłomu, wysłaliśmy dwa pięcioosobowe patrole. Pierwszy miał wrócić po godzinie obserwowania anomalii, lecz nie wrócił nikt. Z drugiego oddziału patrolującego wrócił zaledwie jeden żołnierz, który doniósł, że z Wyłomu co jakiś czas wyłaniają się pomioty, którym ledwo uciekł, by złożyć raport. To dlatego postanowiłem wybrać się tam osobiście, biorące ze sobą szóstkę uzdolnionych wojowników. I co zastałem? Dalijkę z trzaskającą zielonymi piorunami ręką.


            Po około trzydziestu minutach drogi, podczas których cały czas zastanawiałem się, o co w tym wszystkim chodzi i czy to jakaś kara ze strony Stwórcy, zza pleców słyszę krzyki:
            - Komendancie!
            Odwracam się zaskoczony i widzę wartownika spod Wyłomu.
            - Iaen, czemu opuściłeś stanowisko? Coś się dzieje?
            - Wyłom. Znów wyrzucił stwory. Takich jeszcze nie widzieliśmy. Wysokie, chude, zielonoszare, niezwykle elastyczne w ruchach. Dość szybkie. Potrafią skakać. Bor zginał na miejscu, a ja wziąłem nogi za pas. Stwór zaczął mnie gonić, ale chyba mu uciekłem. Cholera, hańba mi, powinienem walczyć!   
            - Dobrze zrobiłeś. Na Stwórcę - wzdycham – chyba będę musiał wysłać tam cały oddział.
- Komendancie! Pomiot nas dogania! – krzyczy Alex.
Odwracam się. Faktycznie, niecałe pięćdziesiąt metrów za nami biegnie pokraczne, duże zielonkawe stworzenie, a dwadzieścia metrów za nim kolejne. Zbliżają się zbyt szybko, aby nadal iść na pieszo.
 - Biegiem! Raz, dwa! - Mężczyźni bez wahania wykonują rozkaz. Tylko Alex patrzy na to, co robię.
            - Nie stój tak, leć. Dogonię was! – krzyczę do niego, wyjmując kawałek sznurka z worka przywiązanego do siodła. Pod końskim brzuchem związuję ręce i nogi elfki. Mocno chwytam zwierze za uzdę i kiedy pierwszy ze stworów jest tuż za mną i Alexem, biegniemy.
            Po dwóch minutach doganiamy resztę.

Żołnierz - wartownik
Warta, nie ma nic nudniejszego. Powinna być karą za objawy niesubordynacji. Stoisz i tylko patrzysz się przed siebie, czy aby nie nadjeżdża ktoś obcy. A to rzadkie zjawisko. Mało kto ma interesy do właśnie powstającej organizacji, mającej na celu ochronę przed potworami. Plaga się skończyła, lecz tych nie ubywa. Wręcz przeciwnie, ostatnimi czasy jest coraz więcej plugastwa, z którym trudno sobie poradzić. I gdzie ci bohaterowie się podziewają, kiedy są potrzebni?
            Patrzę zaledwie od kilku minut i mam dość. A przede mną jeszcze prawie trzy godziny gapienia się na biel rozciągającego się przed murem lasu, ostry blask lodowej tafli stawu i bezchmurne, szarawe niebo.
            Kiedy tak użalam się nad nieszczęśliwą dolą wartownika, pomiędzy drzewami widzę blaski. Kiedy się wyłaniają, natychmiast schodzę kawałek po schodach i krzyczę do mężczyzny pilnującego wrót:
- Albert! Zbierz żołnierzy! Komendanta gonią te plugastwa, trzeba mu pomóc!
Chwilę później widzę mały oddzialik ludzi gotowych do walki. Sam biorę łuk i zaczynam celować w pokrakę. Niestety, nie mogę jej namierzyć. Daję sobie spokój, zbiegam na dół, chwytam miecz i gnam na pomoc, gdyż zza drzew wyłania się identyczny stwór.
- Iaen, Alex, do lochów z nią. Ogłuszyć, jak się obudzi! Reszta do mnie, spróbujemy go okrążyć. Ciąć po nogach. Albert, ty uderzaj lewą szponę, ja biorę prawą! – rozkazuje komendant.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz