Irvilla
Lecę, lecę i
lecę. Cały czas nic, tylko lecę. Nie wiem już, jak długo to trwa.
Przestrzeń
musi być ogromna. Czuję to. Czuję osobliwe zimno dotykające moje kości. Bezkres
ciągnący się w każdą stronę świata… Świata? Czy to można nazwać jakimkolwiek
światem? W końcu nie widzę nic. Żadnych drzew, krzewów, zwierząt, czy innych
form życia. A przynajmniej tak mi się zdaje, gdyż moje pole widzenia sięga
zaledwie kilku centymetrów. Otacza mnie
coś, co mogę nazwać gęstą mgłą w odcieniach zgniłej zieleni i oliwki. Jest tak
gęsta, że nie mogę zobaczyć dłoni lewej ręki.
Coś mi
podpowiada, że nie powinno mnie tu być. To miejsce jest strasznie
przytłaczające. Nie daje żadnej nadziei
na życie. Wywołuje lęk, obawy, strach. Niemal zabiera duszę. Powoli, kawałek po
kawałku, czyni ciało bezużyteczne.
Paraliżuje, nie pozwala rozluźnić się kończynom, rozłożonym na kształt
rozgwiazdy. Próbuję zwinąć się w kłębek,
z myślą, że będzie mi cieplej i poczuję
się lepiej. Bezpieczniej. Wkładam w to całą swoją siłę. Nic.
Jakim cudem znalazłam się w tak
beznadziejnym położeniu? Ostatnie wspomnienia są zamazane, przykryte
kurtyną szaro-zielonych barw. Uczuciem fizycznego wyczerpania i narastającego
przerażenia. Musiałam…. Uciekać? Tak.
Goniły mnie wielkie, szare, owłosione i zmutowane pająki z wystającym z odwłoku
kolcem skorpiona. Wyczerpana i nadal goniona, biegłam na oślep… Wspięłam się po
schodach. Potem nastąpiła ciemność. Stwory musiały mnie dopaść… Ale w takim
razie musiałabym być martwa. Nie, to było
coś innego... Przepaść. Te schody
prowadziły do przepaści. Na jej granicy straciłam przytomność i spadłam! To dlatego cały czas spadam!
Nie wiem, jakim cudem przywołałam sobie te niedalekie
wspomnienia. Na starożytne bóstwa! Nawet
nie pamiętam dokładnie, kim jestem! Zaczynam panikować. Nie, stop! Już wiem. Elf… jestem elfem i mam jakiś cel, ale… jaki? Czy
jest on związany z pościgiem?
Coś dziwnego
dzieje się z moją pamięcią. Od gonitwy nie mogło minąć zbyt dużo czasu. A może jednak?
Mogę spadać wolno, leniwie jak piórko albo szybko, jak przecinająca
powietrze strzała, wystrzelona z łuku przez sprawnego skrytobójcę. Równie
dobrze mogę być zawieszona w bezkresie przestrzeni.
Moje
rozmyślania rozprasza zmiana koloru mgły, która tuż pode mną zmieniła barwę na
pomarańczową, chwilę potem na soczystą czerwień… Spadam wprost na ostry kamień,
kształtem przypominający smocze siekacze!
- Nie! Nie,
nie, nie, nie…. NIE! - Krzyczę
przerażona nie na żarty. Wokół panuje cisza. Chwila… Brak powietrza, to czym ja oddycham?!
Jestem już
naprawdę blisko. Pojawia się ciemna, piaszczysta ziemia.
Na żyjące i umarłe bóstwa wszystkich
światów! Ja nie chcę umierać! Muszę spełnić swój cel, wrócić do domu. Domu?
Tak. Dom… Las…
Obóz… Siwa kobieta ze zmarszczkami na twarzy i laską w ręku…
Kolejna myśl
nadchodzi znienacka: Ona mnie potrzebuje! Powierzyła mi ważne
zadanie… Wspomnienie urywa dostrzeżona kątem oka bystra, złotawa postać.
Chcąc zobaczyć jej twarz, odwracam głowę w stronę światła, zaskoczona, że mogę
nią poruszyć. Za późno. Zniknęła. Śmierć
coraz bliżej. Chcę żyć! Nie chcę umierać! Jestem za młoda! Mój cel czeka! Histerycznie
krzyczę w myślach.
Zamykam oczy w
naiwnej nadziei na ratunek.
Nie wiem, na
ile straciłam przytomność, lecz kiedy się budzę, czuję okropny ból w całym
ciele. Najmocniej kłuje mnie w prawym
boku i klatce piersiowej, powodując, że każdy następny wdech jest katorgą. Nawet po płatkach uszu przebiega
mnie lekkie mrowienie.
Otwieram oczy.
Kilka kroków dalej stoi złocista postać. Znów tylko przez chwilę mam okazję widzieć
jej twarz, gdyż podchodzi i pomaga mi wstać. Jej dotyk jest mocno
elektryzujący, wręcz parzy. Wokół dłoni pojawiają się zielone iskry. Mam ochotę
ją puścić, lecz coś stawa mi opór. Jakby w naszych rękach były umieszczone
silne magnesy, które się przyciągają. Z trudem staję na nogach i łapię
równowagę. Zjawa dla pewności podtrzymuje mnie zza pleców za ramiona. Patrzę na
rękę. Ani śladu jakichkolwiek oparzeń. Łapię się za głowę, w której kręci się
ogłuszająco. Długo tak nie wytrzymam. Ziemia wręcz przyzywa mnie do siebie
swoją grawitacją.
- Uciekaj
dziecko. Uciekaj. On nie może cię dopaść – istota łagodnie mówi kobiecym głosem
i widząc moją dezorientację, silnie mnie popycha. Ponownie czuję elektryczne
pulsowanie.
Omal się nie przewracam, ale zaczynam biec w
kierunku pchnięcia. Cały czas oglądam się za siebie, chcąc jak najdokładniej
zapamiętać postać. Niestety szybko rozpływa się w
teraz żółtawej, upiornej mgle. Kieruję wzrok przed siebie i… Za późno…
Wbiegam w nieznaną, zieloną, niekształtną dziurę.
Budzę się
twarzą do ziemi. Czuję pył na policzkach, wargach, w ustach. Poprzyklejane to
twarzy włosy. Anormalny ból w klatce, lewej dłoni i boku. Powiew wiatru. Chłód dotykający teraz już rozgrzane z cierpienia ciało. Mam ochotę
zwinąć się w kłębek, ale intuicja podpowiada, żebym nie dawała żadnych oznak
przytomności.
Zewsząd
dobiegają mnie głosy.
- Ja bym zabił
na miejscu. Dopóki się nie rusza – mówi jeden.
- A ja bym
najpierw poddał torturom. - orzeka
drugi.
- Dokładnie!
Długim, bolesnym. Niech cierpi elfie ścierwo! – wykrzykuje trzeci.
- Niech cierpi
za śmierć ludzi, ostroucha dziwka! – dodaje drugi i spluwa mi na zmierzwione
włosy.
- Czekajcie! –
mężczyźni milkną. Słyszę pobrzękiwanie stali i tętent kopyt. Ktoś nadjeżdża. -
Komendancie, co z tym zrobić? – mówi
kolejny. Najwidoczniej ma ich pod komendą, a sam musi słuchać szefa. Pewnie
przybyłego komendanta. Idzie w moją
stronę. Słyszę to po jego krokach.
Sytuacja jest
beznadziejna. Muszę stąd jak najszybciej uciekać. Zanim będzie za późno i ci rasiści
mnie zabiją.
Próbuję się
podnieść. Bezskutecznie. Kiedy zbieram ostatki sił, najbliższy z potencjalnych
wrogów podchodzi i mocnym szarpnięciem w prawo, przekręca mnie na plecy.
Mimowolnie syczę. Zabolało. Dopiero teraz otwieram oczy i zamglonym wzrokiem
widzę żołnierzy. Mężczyźni ubrani są w średniej wagi zbroje oraz luźne zielone
kaptury pod hełmami. Otaczają mnie kółkiem z wyciągniętą z pochew bronią, z
ostrzem skierowanym wprost na mą sylwetkę. Jednak nie to przyciąga moją uwagę.
Kilka metrów dalej widzę tą samą zieloną dziurę. Tym razem jest większa i
przypomina wir.
- Co to jest
do cholery? – pytam chrapliwie,
wypluwając ostatki piasku.
Nikt mi nie
odpowiada.
Żołnierze
rozsuwają się minimalnie, robiąc miejsce dla dowódcy, który jako jedyny ma
oblicze zasłonięte hełmem i nosi ciężką, stalową zbroję oraz luźną narzutę,
wykończoną brązowym futrem.
- Zabieram ją
w całości. Żadnego zabijania, czy torturowania bez mojego rozkazu. Jasne? – odzywa się lekko zdeformowanym przez metalową osłonę
twarzy tonem.
- Ale
komendancie! To elfia morderczyni! –
żołnierz przesadnie podkreśla moje pochodzenie.
- I dlatego
bierzemy ją cało. Tylko ona wie, co tu się stało. – podchodzi bliżej. –
Wstawaj. Nie będę cię taszczył przez całą drogę.
Ponownie
zbieram siły. Powoli opieram się na zdrowszym boku, na łokciach, odpycham się
rękami. Już prawie, prawie stoję na nogach… Padam wycieńczona i ponownie tracę
przytomność.
Cullen
Zdejmuję hełm i gwiżdżę na konia, który
sekundę później pojawia się u mojego boku. Gwałtownie szarpię wycieńczoną
mordem dziewczynę i zarzucam na wierzchowca niczym worek pszenicy, a hełm
przytwierdzam do specjalnego miejsca przy siodle.
- Czterech ze
mną, dwóch zostaje. Nie wiadomo, co jeszcze wyleci z tego cholerstwa. – mówię
do żołnierzy, biorę konia za uzdę i kieruję się w stronę,
gdzie kiedyś było wejście do świątyni.
Przede mną długa droga.
Idąc,
zaczynam się zastanawiać, jakim cudem jedna osoba zabiła tyle istnień. Skąd
Dalijczycy wiedzą o obecnej sytuacji politycznej?
Zapłaci za to,
co zrobiła.
Czy te elfy muszą się plątać absolutnie do
wszystkiego i powodować katastrofy?
To będzie
żmudna droga. Oczywiście, szybciej byłoby jechać na koniach, jednak na tym
odcinku trasy nie pozwala na to górzysty teren. Co rusz jest jakiś mniej lub
bardziej ostry zakręt, nierówny teren, czy bardziej strome zbocze, po którym
koń z człowiekiem na grzbiecie nie ma zbyt wielkich szans na zejście bez
szwanku.
Przez te kilka
godzin istnienia Wyłomu, wysłaliśmy dwa pięcioosobowe patrole. Pierwszy miał
wrócić po godzinie obserwowania anomalii, lecz nie wrócił nikt. Z drugiego
oddziału patrolującego wrócił zaledwie jeden żołnierz, który doniósł, że z
Wyłomu co jakiś czas wyłaniają się pomioty, którym ledwo uciekł, by złożyć
raport. To dlatego postanowiłem wybrać się tam osobiście, biorące ze sobą
szóstkę uzdolnionych wojowników. I co zastałem? Dalijkę z trzaskającą zielonymi
piorunami ręką.
Po około trzydziestu minutach drogi, podczas których cały
czas zastanawiałem się, o co w tym wszystkim chodzi i czy to jakaś kara ze
strony Stwórcy, zza pleców słyszę krzyki:
- Komendancie!
Odwracam się zaskoczony i widzę
wartownika spod Wyłomu.
- Iaen, czemu opuściłeś stanowisko?
Coś się dzieje?
- Wyłom. Znów wyrzucił stwory.
Takich jeszcze nie widzieliśmy. Wysokie, chude, zielonoszare, niezwykle
elastyczne w ruchach. Dość szybkie. Potrafią skakać. Bor zginał na miejscu, a
ja wziąłem nogi za pas. Stwór zaczął mnie gonić, ale chyba mu uciekłem.
Cholera, hańba mi, powinienem walczyć!
-
Dobrze zrobiłeś. Na Stwórcę - wzdycham – chyba będę musiał wysłać tam cały
oddział.
- Komendancie!
Pomiot nas dogania! – krzyczy Alex.
Odwracam się. Faktycznie, niecałe pięćdziesiąt metrów za
nami biegnie pokraczne, duże zielonkawe stworzenie, a dwadzieścia metrów za nim
kolejne. Zbliżają się zbyt szybko, aby nadal iść na pieszo.
- Biegiem! Raz, dwa!
- Mężczyźni bez wahania wykonują rozkaz. Tylko Alex patrzy na to, co robię.
- Nie stój tak, leć. Dogonię was! –
krzyczę do niego, wyjmując kawałek sznurka z worka przywiązanego do siodła. Pod
końskim brzuchem związuję ręce i nogi elfki. Mocno chwytam zwierze za uzdę i
kiedy pierwszy ze stworów jest tuż za mną i Alexem, biegniemy.
Po
dwóch minutach doganiamy resztę.
Żołnierz
- wartownik
Warta, nie ma nic nudniejszego. Powinna być karą za objawy
niesubordynacji. Stoisz i tylko patrzysz się przed siebie, czy aby nie nadjeżdża
ktoś obcy. A to rzadkie zjawisko. Mało kto ma interesy do właśnie powstającej
organizacji, mającej na celu ochronę przed potworami. Plaga się skończyła, lecz
tych nie ubywa. Wręcz przeciwnie, ostatnimi czasy jest coraz więcej plugastwa,
z którym trudno sobie poradzić. I gdzie ci bohaterowie się podziewają, kiedy są
potrzebni?
Patrzę zaledwie od kilku minut i mam
dość. A przede mną jeszcze prawie trzy godziny gapienia się na biel
rozciągającego się przed murem lasu, ostry blask lodowej tafli stawu i bezchmurne,
szarawe niebo.
Kiedy tak użalam się nad
nieszczęśliwą dolą wartownika, pomiędzy drzewami widzę blaski. Kiedy się
wyłaniają, natychmiast schodzę kawałek po schodach i krzyczę do mężczyzny
pilnującego wrót:
- Albert! Zbierz żołnierzy! Komendanta gonią te plugastwa,
trzeba mu pomóc!
Chwilę później widzę mały oddzialik ludzi gotowych do
walki. Sam biorę łuk i zaczynam celować w pokrakę. Niestety, nie mogę jej
namierzyć. Daję sobie spokój, zbiegam na dół, chwytam miecz i gnam na pomoc,
gdyż zza drzew wyłania się identyczny stwór.
- Iaen, Alex, do lochów z nią. Ogłuszyć, jak się obudzi!
Reszta do mnie, spróbujemy go okrążyć. Ciąć po nogach. Albert, ty uderzaj lewą
szponę, ja biorę prawą! – rozkazuje komendant.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz