Malutka niespodzianka dla Was. Opowiadanie, a raczej jego fragment, gdyż jest niedokończone i nie będzie, od którego zachciało mi się spisywać fabułę Da: I. Robię to w zawrotnie szybkim tempie leniwca, a zatem możecie się go spodziewać na tamtym świecie ;) Fragment jest o... o niczym. Takie zwyczajne myśli Inkwizytorki po pewnym czasie w Skyhold i przed wyborami Boskiej. Napisane około rok temu. Mogą być błędy, których teraz nie wychwyciłam.
Miłego czytania.
Kolejny dzień z
nieustająco rosnącą listą rzeczy do zrobienia– pomyślałam otwierając oczy. Jeszcze chwilę leżę po czym wstaję i
rozglądam się po pokoju. Jak zawsze mój wzrok wędruje na biurko usłane stosami
papierów. W prawdzie administracja to zajęcie Józefiny, ale kilku spraw musze
dopilnować osobiście. Kieruję się do szafy, ale moją uwagę przyciągają uchylone
drzwi na balkon. Dziwne, nie pamiętam, abym je uchylała, ale po takiej ilości
trunku jaką wczoraj wypiłam mam do tego prawo. Kieruję wzrok w prawo i widzę
różę podarowaną mi wczoraj przez Cullena. To był bardzo miły gest. Taka
naturalna odmiana od ciągle oglądanych
walk. Robię poranną toaletę, ubieram się
i jak co dzień idę na poranną przechadzkę i rozmyślania. Tak, wiem to może być
strata czasu, ale czasem pomagają w rozwiązaniu problemów.
Schodzę po schodach i
udaje się w okolice zawalonego muru. Trzeba go kiedyś w końcu naprawić, ale cóż
monety nie spadają z nieba. Niestety. Siadam na kamieniach wpatruję się w
słońce i zaczynam mentalną rozmowę. To się nigdy nie zmieni. Kiedy jeszcze
mieszkałam w dalijskim obozie wraz z Opiekunem i innymi siadaliśmy i
powierzaliśmy swoje myśli naszym bogom przy wschodzie słońca. Wierzymy, że to jest
najlepszy początek dnia jaki kiedykolwiek ustalono, gdyż zaczynamy go ze swoimi
bliskimi i bogami. Teraz do tego grona włączam
też Stwórcę i boską Justynię. Kotwica na mojej ręce, zamykająca wyłomy do
Pustki, to nie jest zwykły przypadek. To dar, który pomoże nam uwolnić się od
mrocznych stworzeń. Już dość zniszczeń I śmierci wyrządzili. Na pewno dzięki
ich woli ja ją dzierżę, a nie Koryfeusz.
Podczas rozmyślań odnajduje
mnie Cullen. No tak, tylko on jedyny wie gdzie rano się znajduję i co robię.
Pewnie nie wiedziałabym o jego obecności, gdyby nie czuły pocałunek w czuprynę.
Siada za mną i obejmuje ramionami, a ja wtulam się i dalej myślę. Zawsze mnie
tak wita i czeka w ciszy i z cierpliwością, aż skończę swoje sprawy mentalne.
A dzisiejsze były
bardzo ważne. Choć uwierzyłam, że zostałam wybrana to nadal nie mam pojęcia
dlaczego. Z reguły elfy nie mają do czynienia z ludzkimi wierzeniami.
Zastanawiałam się też nad tym kogo powinnam poprzeć –Lelianę czy Cassandrę.
Obie były blisko Justynii i obie zasługują na tytuł Boskiej. Cassandra ma
wielkie plany odmienienia świata. Niestety nie umiem ocenić czy skuteczne. Dla
mnie konflikt miedzy magami a templariuszami nigdy nie przestanie istnieć, jest
jakby naturalny. Ona chce go załagodzić, zmienić Zakon na mniej restrykcyjny
wobec magów. Natomiast Leliana ma w swojej postawie i zachowaniu coś boskiego.
Mocno wierzy w Stwórcę, nadal ufa Justynii, ale nie może zrozumieć, czemu
oddała za mnie życie. Podczas rozmowy wyznała mi, że to Stwórca przywrócił ją
na drogę prawości, a raczej lepszego szpiega, który wykorzystuje swoje kontakty
do czynienia dobra, a nie zła. Podejrzewam, że po tym jak Marjolaine ją
zmanipulowała i oszukała, zobaczyła okrutność tego zawodu. Decyzja jest bardzo
trudna. Generalnie nie mam ostatecznego głosu, ale w obecnej sytuacji słowo
Inkwizytorki ma duże znaczenie.
Inkwizycja… tak. Nie wiem czy to jest najlepsze,
czy najgorsze co mi się w życiu trafiło. Z jednej strony mam znaczącą władzę,
która w sumie przyszła do mnie samorzutnie, a z drugiej dobrze mi się żyło
przed tym wszystkim. Czuję to w głębi duszy chociaż prawie nic nie pamiętam z
tamtego okresu. Kiedy wyrzucił mnie wyłom w ruinach świątyni z Prochami
Andrasty, momentalnie wszystko zapomniałam. Podejrzewam, że coś mnie porwało do
Pustki, ale dlaczego aż tak na mnie zadziałało?
Kolejną dziwną rzeczą jest zachowanie moich
towarzyszy. Każdy bez wyjątku wygląda jakby czegoś ode mnie chciał i
jednocześnie nie chciał, miał multum pytań i ich nie miał. To jest frustrujące.
Chcę każdemu pomóc w miarę możliwości, ale nie mogę, bo nie mam zielonego
pojęcia o co chodzi. A może to ma związek ze mną i Cullenem? Mam nadzieję, że
się niczego nie domyślają. Mylę, że to jeszcze nie pora aby im to obwieścić.
Głównie ze względu na obecną sytuację. Nigdy nie wiadomo, co się przytrafi.
Wolę, aby się nie dowiedzieli kiedy… kiedy… o Andrasto o czym ja myślę? Cull
jest za bardzo wprawiony w boju, aby umrzeć z rąk byle jakiego pomiota. Myślę,
że nie trzeba być Szarym Strażnikiem, aby rozprawić się z ich hordą. Wystarczy
tylko taktycznie pomyśleć i dobrze dobrać zaklęcia czy ruchy miecza. Nie mniej
są nam potrzebni. Prości ludzie nader wyniośli arlowie czy bannowie nie poradzą sobie.
Chociaż tych ostatnich nie koniecznie miałby kto opłakiwać.
Ale dość na dzisiaj. Pożegnałam się krótką modlitwą
w języku elfów, przywołując twarze ukochanych osób i skupiłam uwagę na tej
żyjącej i najukochańszej, która natychmiast
uśmiechnęła się.
- Andaran atiszan, kochanie. U znajomych wszystko
dobrze? – spytał jak zawsze i pocałował mnie w czoło, a ja jak zawsze zdałam mu
króciutki raporcik.
- A co u ciebie? Dobrze spałeś?
Kiedy zadałam to
pytanie już widziałam, że coś jest źle. Na jego twarzy pojawił się cień bólu,
smutku, cierpienia, obawy, podenerwowania i niezdecydowania. Postanowiłam nie
naciskać na odpowiedź.
- Powiedzmy, że nie mogłem zasnąć, a kiedy już mi
się to udało… to… to miałem lekkie koszmary. Kiedy się skończyły musiałem już
wstawać na poranny obchód – powiedział. Coś mi tu nie gra, pomyślałam.
Podejrzewam, że to nie jest cała prawda. Senne koszmary czy wrony na zewnątrz
nigdy mu nie przeszkadzały, a na bezsenność nie cierpi. Jednak jak już
postanowiłam, nie mam zamiaru się dopytywać. Będzie chciał to powie. Tak sobie
ustaliliśmy. Nie naciskamy na siebie nawzajem. To jest beznadziejne i często prowadzi
do kłótni.
- Nie martw się – powiedziałam na pocieszenie. - Na
razie dużo rzeczy nie ma do zrobienia. Jak dotąd tyle ile mogliśmy zrobić to
zrobiliśmy, Koryfeusz nie atakuje i nie mamy żadnych dalszych śladów. Głowy
Inkwizycji mogą odpocząć, bo mają szpiegów prawda? – popatrzył na mnie tym
swoim dziwnym wzrokiem mówiącym: ,,Tak, na pewno nie mamy zaległości,, - No dobra, przyznaję. Ja mam zaległości, ale
ty ich nie masz. Po południ śmiało możesz uciąć sobie drzemkę, a wieczorem pewnie Varrick i Żelazny
Byk znowu wymyślą jakąś imprezkę. Bez ciebie na nią nie idę, pamiętaj. I
pamiętaj, że nie przepuszczę też przyjacielskich sprzeczek czy opowiadań. Kiedy
się nie pojawisz będę zła. – Na jego twarzy pojawił się protest, zamieszanie i
niechęć więc uśmiechnęłam się. – Będzie fajnie zobaczysz.
- Taaa… i znowu skończę tak jak ostatnio. Nawet nie
wiesz jak ja się w tedy czułem….
- Nie, nie wiem, ale za to wiem, co ja czułam i
widziałam. A widok mi się podobał. – kiedy jeszcze bardziej się zmieszał dałam
mu całusa i powiedziałam - Chodź, bo jeszcze się skapną, ze nas nie ma i w tedy
to będziesz zmieszany. A co do imprezy to wiesz, nie musisz grać w karty jeśli
ci tak zależy na honorze, honornisiu. A o zbroję się nie martw - kupimy schemat
i zrobimy ci lepszą, bo prawdę mówiąc już mój ,,płaszczyk,, maga lepiej się
sprawuje niż twoja zbroja.
Próbował mi dać kuksańca w bok, ale odskoczyłam i
rozeszliśmy się w przeciwne strony. Musimy zachować pozory, bo tak jest na
razie najlepiej. Co prawda, napotykam zaintrygowane spojrzenia, ale nikt na
razie nie czuje się przy nas nieswojo i z poczuciem obowiązku odejścia i
zostawienia nas sam na sam. Mnie osobiście strasznie by to wkurzało, ale z
drugiej strony nie miałabym im tego za złe. Rozumiem to i sama z pewnością bym
tak postąpiła. A już na pewno gdyby zachowywali się jak w sytuacji bardzo osobistej
a nie przyjacielskiej.
Idąc po murach postanowiłam naprawdę coś z nimi
zrobić. Jak dotąd nikt nie doniósł mi o ich złym stanie. To jest głupie z
naszej strony. To, że teraz jest spokojnie nie oznacza braku zainteresowania
warownością naszej twierdzy. Przeciwnie musimy się za nią zabrać. Ale teraz
pora na śniadanie.
Dochodząc do karczmy,
już z daleka słyszę śmiechy i
rozweselone głosy towarzyszy. Tak nie ma to jak zacząć dzień od kufla piwa z
opowieściami Varricka i tak samo go potem skończyć.. Bez wątpienia jest
najlepszym bajarzem na świecie, choć Leliana twierdzi, że zna jeszcze lepszego.
Sama karczma jest tak
miło urządzona, że aż chce się przesiadywać całymi dniami i słuchać opowieści i
piosenek co aktywnie porabiają Żelazny Byk, Sera i Cole w wolnym czasie. Czasem
im tego zazdroszczę. Prawie nigdy nie mam wolnego, ale nie narzekam. W sumie
podoba mi się to, co robię pod warunkiem, że to ma jakikolwiek sens.
Wnioskuję, że ta
opowieść była wyjątkowo śmieszna, bo Cassandra prawie leży na podłodze i skręca
się ze śmiechu. A to już coś oznacza. Cass rzadko kiedy rozumie prawdziwe
poczucie humoru. Nic dziwnego w końcu jest Poszukiwaczką, a teraz kandydatką na
boską. Musi budzić respekt i zachowywać powagę.
Los chciał, że akurat
było wolne miejsce między Cullenem, a Dorianem. Widzę w tym rękę Tevinterczyka,
który przez przypadek natrafił na nas całujących się na murze. Z błądzącym
uśmiechem siadam, chwytam rękę ukochanego pod stołem i zabieram się za
przepyszną wołowinę. Elfy generalnie jedzą same warzywa i owoce ewentualnie
ryby, ale od niedawna małe ilości mięsa mi nie przeszkadzają. Wiem, że są
humanitarnie zabijane.
Przy uczcie
towarzyszy nam bardka, która zaczyna śpiewać ,,Sera was never”. Skoczna
piosenka do śniadania? No, to mi się podoba, ale Sera oczywiście robi typową
minę męczennicy, której jednak podoba się piosenka o niej samej.
Po posiłku każdy się
rozchodzi w swoją stronę. Ja udaję się z Solasem, Vivienne, i Dorianem do
najbliższego Stożka, który umożliwia teleportację. Dobrze, że pewien genialny
mag to wymyślił. Niestety wymaga dużo magii i nie można się przenieść wszędzie,
ale zdecydowanie ułatwia życie. Stąd do Val Royeaux jest spory kawałek, a jak
już obiecałam tą zbroję to dotrzymam zdania.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz