24 października 2015

IM 4, 5 i 6: Poranek inny od wszystkich.

Oryginał
Pozwoliłam zmienić sobie włosy :)
Od Autorki: Niektórzy mogą pomyśleć, że ten rozdział jest ni z gruchy ni z pietruchy. Mają rację. Nie ukazywał się długo, gdyż zastanawiałam się jak go zmienić aby nie było takiej dramy i niespójności z resztą. (wierzcie lub nie, Zev i Ali mieli narobić gorszego zamieszania) Niestety. Jak mój mózg sobie coś wykreuje to tak ma być i koniec. ;) Ja potulna jego użytkowniczka postanowiłam się zgodzić. Miłego czytania ;) 
PS: Przepraszam za nieogarnięte dialogi lecz blogger najwidoczniej nie toleruje  taba ;) 
Edit: 09.06.2016 - przecinki, kropki, styl.











Itharinna
                Budzą mnie krwisto - pomarańczowe promienie wschodzącego słońca i dziwne uczucie w okolicach brzucha. Jakby wyjęto mi wszystkie wnętrzności a pozostawiono sam przyćmiony ból.
   Niezadowolona z tego faktu i półprzytomna, automatycznie odwracam się i czekam na namiętne, pełne miłości, cudownie miękkie i delikatne pocałunki wędrujące od ramienia do ust, którymi zawsze witał mnie Ali i które uśmierzały wszystkie moje bóle.
                No tak, koniec z bajkowym lekarstwem na wszystko. Myślę, otrząsając się na dobre rozbudzona. Opadam na plecy, kładąc ręce na brzuchu i czuję się anormalnie niekompletna.
                Będzie mi brakowało wielu rzeczy.
                 Dotyku umięśnionej, zawsze emanującej kochającym ciepłem, naznaczonej latami walk klatki piersiowej Alistaira. Ramion, w których uścisku zawsze czułam się bezpiecznie. Oddechu towarzyszącemu niemal niesłyszalnemu chrapaniu, miło drażniącego moje szpiczaste ucho. Złośliwego muskania jego konturów placami prawdziwego wojownika.
                Bez tego wszystkiego czuję się naga, choć leżę w koszuli nocnej szczelnie okryta kołdrą.
                Koniec bajkowych, rannych powitań. I od kiedy zrobiła się ze mnie taka romantyczka? 
                Wstając syczę z bólu i siadam z powrotem na łóżko.
    - Na elfich bogów. Dlaczego zawsze coś musi się komplikować?
                Zbieram siły ponownie i przeszywana chłodem poranka dostającego się przez nieszczelne, stare okna, wychodzę na oświetlony pochodniami korytarz.

Zevran
                Właśnie wracam z łaźni. Ilekroć nadarza się okazja, pozwalam sobie na poranną, ciepłą i relaksującą kąpiel. Niektórych dziwi moje zamiłowanie do nietypowych rzeczy. A w szczególności do zapachu antiviańskiej skóry - mógłbym dać wszystko za parę spodni  czy butów z tego materiału. Żadna inna skóra nie jest tak elastyczna i zarazem wytrzymała. 
                Kilka miesięcy temu, wędrując szlakiem handlowym do Orzammaru, natknęliśmy się na bandytów. Po zabawie na śmierć i życie nastąpiła najwspanialsza chwila w moim życiu. Itharinna znalazła w jednej ze skrzyń prawdziwe, antivianskie rękawiczki. Biorąc je od Strażniczki, nie posiadałem się ze szczęścia. Czerpałem przyjemność z dotyku oliwkowobrązowych, lekko mahoniowych, miękkich w dotyku rękawiczek. Na mój widok drużyna wybuchła tłumionym śmiechem. Leliana powiedziała, że wyglądałem jak kotek łaszący się do stóp pani, która dla ukontentowania kota potulnie głaszcze zwierzę po mordce. Morrigan dawała wyraźne sugestie, w jaki sposób powinienem spędzić następną noc, a Oghren rzucił coś o tym, abym nie zachowywał się jak baba w sklepie z łachami.
                Kiedy mam zamiar wejść do pokoju na końcu korytarza, wychodzi Itharinna. Na jej widok lekko się niepokoję. Należy do osób o niezwykle jasnej karnacji, ale rzadko kiedy bywa tak blada.
- Itarinna! – wykrzykuję.  - Nic ci nie jest?
- Nie, wszystko dobrze. Ratowanie świata bywa męczące –  próbuje zażartować, ale powoli osuwa się na posadzkę. Jej twarz robi się lekko zielonkawa. 
                Przez chwilę zastanawiam się, co robić. Sekundę później bezceremonialnie uderzam pięścią w drzwi pokoju towarzyszek. Otwiera poirytowana Morrigan.
- A grzeczniej to nie łaska, ostroucha kurtyzano?
- Gdzie Wynne? – pytam.
    Lekceważę wiedźmę i spoglądam na zmierzająca do nas z głębi pomieszczenia Lelianę. W porannych promieniach lekko rozjaśniających jej włosy i zwiewnej, satynowej sukience do kolan, służącej jako koszula nocna, mam ochotę przyrównać ją do bóstwa. Nigdy nie sądziłem, że kapłanka może być atrakcyjna. Zawsze widziałem w niej kapłankę w pomarańczowo-brzoskwiniowych szatach ze złotym słońcem na klatce piersiowej.  
- Nie mam pojęcia. Słyszałam, jak wychodzi jakiś… - Leli urywa. Z korytarza słychać głos wyglądającego przez drzwi Alistaira.
- Co tu… Itar? Co ci jest? – Strażniczka z ulgą przytula się do chłodnej posadzki, a wojownik przy niej klęka. - No, dalej! Leć szukać magini, a nie stoisz jak słup soli – Ali zgryźliwie kieruje do mnie prośbę. 
- Gdzie?
- Nie wiem. Wszędzie!
- Kuchnia – Ithari wtrąca niewyraźnie.
                Nie tracąc czasu, szybkim krokiem udaję się do wskazanego miejsca.
                Odchodząc, z tyłu dobiega mnie głos Alistaira:
- Chodź. Zaniosę cię na łóżko. Tu jest za zimno. A ty czego się tak gapisz, suko? – podnosi głos.- Trzeba było się uczyć uzdrawiania, kiedy była okazja!
                Czarodziejka milczy, co jest do niej niepodobne. 
                W kuchni faktycznie zastałem Wynne śpiącą przy wygasłym kominku.
- Wynne? – podchodzę bliżej. – Wynne? – szturcham ją za ramię.
                Budzi się.
- Zevran? Co się stało? – pyta zaspana i jak zawsze spokojna. Czasem jej tego zazdroszczę. Ja automatycznie wyjmuję nóż schowany w cholewce buta lub przywiązany do łydki.
- Nasza Strażniczka źle się czuje. Musisz ją uleczyć.
- Ach, pomóż mi wstać. To już nie te same kości, co kiedyś  – podaję rękę. – Trzeba mi było kazać jej odgrzać te ziemniaki.
- Czemu tu spałaś?  - pytam.
- Och, dziecko. To bardzo prosta rzecz. Obudziłam się i poszłam się napić, potem przyszła Ithari, a jak poszła, musiałam najzwyczajniej w świecie zasnąć.

    Wychodząc z kuchni, kobieta mocno marszczy czoło, jakby się nad czymś zastanawiała.

Alistair
                Opieram się jedną nogą o łóżko i kładę na nim zimną od podłogi Ithar. Pozwalam sobie na patrzenie wprost na lekko zamglone od snu oczy. Nigdy nie przestanę ich kochać. Będę tęsknił za głębią koloru i emanującą dla wszystkich miłością. Za radosnym wyglądem, nawet w smutne dni.  Najchętniej ułożyłbym się przy niej i ogrzał ciepłem uczucia, które nie wygaśnie nigdy. Objął w ochronnym, pocieszającym geście. Moja ręka mimowolnie wędruje w stronę bladego policzka…
                Nie. Zostaw ją. Porzuć przeszłość, odzywa się mózg.
                Trwam w tej pozycji odrobinę za długo, tocząc wewnętrzny dialog. Ithar patrzy trudnym do zidentyfikowania wzrokiem. Mam wrażenie, że wie, czego dotyczy moja niema rozterka.
                Zbieram się w sobie i zaczynam krążyć po pokoju w tę i z powrotem. Po dwóch kółkach zatrzymuję się twarzą do okna i wpatruję w pomarańczoworóżowy wschód słońca. Niewielu ludzi w tym mieście może się nim cieszyć. Jedynie z zamku, rezydencji wuja i posiadłości Howa, można dostrzec wczesne promienie - taki przywilej mieszkania na wzniesieniu. Mój wzrok wędruje na dół, na polubiony przez Itharinnę ogród. Kiedy spytałem ją, co w nim takiego niezwykłego, wyznała, że przypomina jej pewne miejsce, które odwiedziła z Tamlenem i Tellenem na codniowym zwiadzie. Dla mnie to tylko kawałek zielonego placu, z dwiema ścieżkami na krzyż, czterema ławkami, ośmioma lampami naftowymi, ładnie przystrzyżonymi drzewami i wolno rosnącymi kwiatkami. Jedyne, co mi się podoba, to przypominająca szumiący wodospad fontanna w rogu placu. Przywołuje wspomnienia miło spędzonego czasu, podczas naszej pierwszej wizyty w rezydencji.  
                Wynee przychodzi minutę później, a ja siadam na fotelu.
                - Nie, Alistairze. Wolałabym, abyś wyszedł - mówi.
                - Może zostać – chora zwraca się do staruszki.
                - Niech lepiej przygotuje się do Zjazdu – odwraca się do mnie. - W końcu musisz się jakoś prezentować – matkuje. - No i słyszałam, że Eamon miał jeszcze z tobą porozmawiać przed Zjazdem, czyż nie?
                - Taa… - bąkam, wychodząc.
                Wolałbym uniknąć kłótni ze staruszką. Zawsze się źle kończą. Ostatnio zaczęła czepiać się o stan moich skarpetek. Jeśli coś jej nie pasuje, to niech mi je zaceruje, jak na babcię przystało, a nie wykłóca się o dziury.
                -  Proszę, proszę. Babcia podporządkowała sobie dzielnego Szarego Strażnika, który nawet boi się wyznać uczucia.
                - Ktoś coś mówił, czy szczekanie suki słyszałem? – spoglądam na wiedźmę spode łba i wchodzę do siebie.

Zevran
             Każdy czeka z napięciem. Staruszka zwykle uwija się w kilka sekund, a tymczasem siedzi tam już dobry kwadrans.
            Alistair zaczyna krążyć po swoim pokoju. Leliana opiera się o ścianę, patrząc lekko nieobecnym wzrokiem. Pewnie znowu modli się do Stwórcy. Chciałbym móc wierzyć w cokolwiek. Może wtedy pogodziłbym się z utratą mojej ukochanej Rinny. Nigdy sobie nie wybaczę zabicia jej, niewinnej, kochanej, zjawiskowej istoty.
       Morrigan jak to Morrigan, niewzruszenie opiera się o framugę drzwi kobiecego pokoju, a ja siadam po męsku na podłodze, bawiąc się podręcznym sztylecikiem, który mam przy sobie gdziekolwiek się wybieram.  Jest to zarazem najładniejszy sztylet mojej kolekcji z pozłacaną, okrytą elfami runami  rękojeścią, z małym rubinem w centrum. Pamiątka po zabiciu pewnego szlachcica.
             Wtem rozbrzmiewa głos przyszłego króla:
         - Ty jej coś podałeś, a winę chcesz rzucić na przypadkową chorobę. Wiedziałem, że nie można ufać zdradzieckim szumowinom! Tylko czekałeś, jak ode mnie wyjdzie i przystąpiłeś do akcji. –Podchodzi celując we mnie palcem, przybierając specyficzną minę. - Przez czas cały czas pracowałeś dla Loghaina i teraz atakujesz w odpowiednim dla niego momencie!
           - Uspokój się Alistairze. Wałkowaliśmy to o kilka razy za dużo. Minęło kilkanaście miesięcy, w ciągu których łatwo mógłem was zabić, czego nie zrobiłem, a ty nadal swoje. Nie pracuję już dla Loghaina i nie mam zamiaru zabijać ludzi potrzebnych nam wszystkim. Ile razy mam jeszcze powtarzać? - próbuję mu to wyperswadować. - Jeśli chcesz znać moje podejrzenia, to po prostu źle się poczuła. Wynne wspominała, że w nocy podjadała coś zimnego.
             - Niby jak, skoro miała iść do siebie?
          - Alistair. Spokojnie. Stwórca mi podpowiada, że mówi prawdę – wtrąca się Leliana. Podchodzi i uspokajająco łapie go za ramię. - Powinieneś ochłonąć i przygotować się na Zjazd. Poza tym, sam czasem podjadasz po nocach.
              Zanim ktokolwiek z nas odpowiada, pojawia się w pełni przygotowany na wydarzenie arl Eamon, ubrany w misternie wyszywany złotą i miedzianą nicią czerwony dublet i najwyższej jakości skórzane spodnie, których mu zazdroszczę. Bez dwóch zdań budzi respekt.
              - Witam. Widzę, że prawie wszyscy już na nogach.
              - Jak widać – mówi zgryźliwie wiedźma, bardziej do mnie niż do arla.
              - To dobrze. Alistairze, idź obudzić Itharinnę. Dobrze by było, gdybyśmy pojawili się wcześniej.
              - Obawiam się, że nic z tego Eamonie. Ita "źle się czuje" – podkreśla, wyrażając niechęć do mnie.
              - Na Stwórcę. Dzisiaj? Wnioskuję, że Wynne się nią zajmuje? – przytakuję. - No, to za kilka minut możemy ruszać. Chodź, musisz się ubrać jak przystało na króla. I musimy jeszcze raz powtórzyć argumenty. Nigdy nie wiadomo, czy coś nowego do głowy nie wpadnie.
               - Zostaję, dopóki Wynne nie wyjdzie z jej pokoju – oznajmia, głosem nieznoszącym sprzeciwu.
           - Idź, Alistairze. Pomodliłam się do Stwórcy, a on mnie zawsze wysłucha – Leliana rzuca tradycyjną śpiewkę.
         - Idioto, rusz królewski tyłek, zanim doszczętnie zgłupiejesz – Wiedźma z Głuszy nigdy nie przepuszcza okazji do docinek.
          - Suka szczeka od samego rana. To będzie wspaniały dzień – wzdycha Strażnik. - Dobra, idę. Leliano miej na oku tę dwójkę. A w szczególności Kruka. Suka przynajmniej nigdy nie chciała śmierci Ithari.
             - Też nie chcę jej śmierci – mruczę pod nosem.  

Itharinna
       Od kilku minut siedzę skulona na łóżku, przytulona do piersi Wynne, obejmującej mnie matczynym gestem. Nie mogę uwierzyć w usłyszaną przed chwilą wieść. Normalnie skakałabym z radości, lecz nie teraz. Mam do pokonania Arcydemona i setki pomiotów na karku. Gdyby to były lepsze czasy... Po cholernej Pladze. Marzenia. Kiedy je spełnisz, zawsze znajdzie się ,,ale” psujące uciechę.
                - Jesteś pewna? - przerywam milczenie - Może coś poszło nie tak. Coś pomyliłaś.
                - Przykro mi dziecko. Nie pomyliłam się od lat - mówi zatroskana.
             - Proszę, powtórz. Muszę być pewna w stu procentach – błagam, wyciągając ręce w jej kierunku.
         Delikatnie je ujmuje i sekundę później ponownie oblewa mnie przyjemna, dziwna, orzeźwiająca fala uzdrowicielskiej mocy. Mogę porównać to do lekkiego uderzenia pioruna. Drobniusieńkie iskierki łaskocząc, przenikają każdą komórkę nerwową. Prześwietlają każdą część mięśni. Muskają skórę, każdy jej centymetr. Powolnie, z uwagą badając wszystkie narządy, wędrują do czubków palców u stóp. Przyjemnie, a zarazem drażniąco. Moc powraca do środka talii, do rdzenia kręgowego. Następnie przeczesuje mózg, koncentruje się w okolicach hipokampu i niewidzialnymi falami bezpowrotnie rozpierzcha się na wszystkie strony. Raczej nigdy nie przyzwyczaję się to tej mieszanki bodźców. Podczas leczenia ran, chcę się bardziej śmiać z powodu łaskotu szybciej namnażających się komórek niż krzyczeć z bólu płynącego od rany.
        Kiedyś spytałam czarodziejkę, co ona czuje podczas uzdrawiania. To jest jeszcze dziwniejsze. Uzdrowiciel zaczyna swoim umysłem ogarniać dwa organizmy, widząc wszystko przed oczyma jak senne majaki i zarazem być samą falą mocy, dzięki czemu wędruje przez wszystkie zakamarki organizmu. Wynne mówi, że to nieadekwatny opis, ale nie umie tego lepiej wyjaśnić.
           Puszcza moje dłonie i patrzy mi w oczy.
           - Tak jak mówiłam, dziecino. Nie cieszysz się? Zawsze chciałaś mieć dzieci. 
         - Cieszę się! – oponuję - Ale nie mogę w to uwierzyć. Ali mówił, że w historii nie odnotowano jeszcze żadnego dziecka dwóch Strażników. To zakrawa o cud. Od dwóch lat skażenie pustoszy całe moje ciało, poczynając od podarunku w formie bezpłodności, więc powiedz mi - jak? I jakim cudem tego nie zauważyłaś? W końcu to ty z dwieście razy przelawirowałaś przez moje wnętrzności.  
         - Masz racje. Znam wasze organizmy na wylot, lecz o Dołączeniu nie wiem nic. Wśród Szarych Strażników też nie każdy zna jego tajniki. Dotąd myśleliście, że jesteście bezpłodni. A może są wyjątki od reguły. Może jeszcze nikt tego nie badał? – wzdycha. –  A może jesteś częścią kolejnego planu Stwórcy?  Nie daje znaku, lecz wie, czego pragną wszyscy. Widzi twoje skrywane rozczulenie na widok szczęśliwych matek i dzieci, którym tyle razy pomagałaś.
         - Jak wiesz, nie mam nic do Stwórcy, ale to nie mój bóg. Jak ktoś zupełnie obcy memu sercu może mi pomagać odnaleźć szczęście? Sedno tkwi w Dołączeniu. Jestem tego pewna. Duncan był lekko przerażony, kiedy nie obudziłam się po trzydziestu minutach. Wbrew innym, dawał mi największe szanse na przeżycie. Prawie zawiódł się, myśląc, że nie żyję. Budząc się, słyszałam, jak wysyła Alistaira po uzdrowiciela. Dołączenie musiało źle przebiec. Nie ma innego wyjaśnienia. A wyglądam nie za wesoło, gdyż wewnętrznie już pogodziłam się ze wszystkim. Moje życie sprowadza się do walki, śmierci na Głębokich Ścieżkach i niczym więcej. Ot, po prostu służba - nie drużba. 
        Wzdycham i opadam plecami na pomiętą kołdrę. Zginam nogi w kolanach i niezwykle ostrożnie kładę ręce na brzuchu.
    - Dziecino, nie każ mi znowu prawić ci kazań na temat twojej młodości. Masz przed sobą stosunkowo dużo lat. Gdy skończy się Plaga, jeszcze ponarzekasz na nudę. Na Głębokie Ścieżki pójdziesz z przyjemności, a nie konieczności. Co jak co, ale chęci do boju to ci nie brak. Czasem zastanawiam się, czy wyjdzie ci to na dobre.
         Ponownie zapada milczenie. Czuję, że Wynne zaraz zapyta się o najważniejsze w tym wszystkim.
             - Kiedy zamierzasz mu powiedzieć?
          - Nie mam pojęcia. Nie wiem co dalej. Nie wiem nawet, czy w obecnej sytuacji powinnam to komukolwiek powiedzieć. - Załamuję się lekko z bezradności. – Po Zjeździe? Po oficjalnych zaręczynach?  Po ślubie z Anorą? – kręcę zaprzeczająco głową. - Wtedy nie zrobi już nic z poczucia ojcowskiego obowiązku, a ja będę mogła w spokoju… No właśnie, co będę robiła? – zamyślam się i kontynuuję spokojnie. - Nie wiem, gdzie powędrował mój klan, gdzie jest orlezjańska Straż, jak w ogóle zareagują na Strażniczkę z dzieckiem? Stwórco, nie mam nic, aby zapewnić nam godne warunki. Trudniej jest mi określić przyszłość własnego życia niż następcę tronu, czy winnego przestępstwa. Dyrthamenie, słyszysz zagadki i nie grzmisz z odpowiedzią – flustruję się.
      Czarodziejka kładzie mi rękę na kolanie, delikatnie je głaszcząc. Tyle w niej ciepła i opiekuńczości.
        - Przede wszystkim pamiętaj, że znajdą się ludzie, którzy ci pomogą. Ja mogę ci obiecać swoją pomoc. 
        - Tak. Masz racje. – Rozglądam się po pomieszczeniu i zatrzymuję na pogniecionej sukience na fotelu. – Cóż. Muszę się ogarnąć. Dzięki Wynne. Nie wiem, co byśmy bez ciebie zrobili.
          - Pewnie bylibyście martwi – uśmiecha się, wstając i zmierzając do drzwi.
          Coś mi przychodzi do głowy.
           - Wynne. Nie masz czasem jakiegoś hokus-pokus na pogniecioną sukienkę?
           - Zazwyczaj nie marnuję many, ale w wyjątkowych sytuacjach… - unosi ręce półokrągłym ruchem, a z ubrania zaczynają kapać krople wody, które po kolejnym ostrym ruchu zmieniają się w parę znikającą w powietrzu. Cztery sekundy, a sukienka jest prosta jak struna.
         - No, no. Powinnam się ciebie bać? Jeden ruch, a możesz mnie zmienić w kurczaka z rożna – śmieję się smutno.
        - Zwykłe "dziękuję" wystarczy. – Uśmiecha się - Idę. Inni pewnie wyczekują informacji. Spokojnie. Zamierzam ich spławić.
        - Życzę powodzenia z Morrigan. Czasem zdaje mi się, że wie za dużo, jak na zwykłą dziewczynę z lasu.
- Jest córką wiedźmy, dziecino. Mnie już nic w życiu nie zdziwi. – Zamyka drzwi i wychodzi.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz