Od Autorki: Oto przed wami króciutkie, lekko pozmieniane opowiadanie (nienawidzę ograniczeń - 5 stron, czcionka 12, New Times Roman, interlinia 1.5)napisane na konkurs. Niestety nie zajęłam żadnego miejsca, ale... nie ma co się smucić ;) Będą jeszcze inne konkursy, a ja się łatwo nie poddam.
Od maleńkości ciągnęło mnie do przygód. Nie mogłam usiedzieć
w jednym miejscu dłużej niż dziesięć minut. Sztylety pewnie trzymane w
dłoniach, lekka zbroja i pole bitwy - to mój żywioł. Podobnie jak
wspinaczki po stromych dachach, wysokich drzewach, szalona, niebezpieczna jazda
konna, łucznictwo przydatne na polowaniach oraz niebezpieczne, zarośnięte
nieopanowaną przez człowieka przyrodą ruiny. Najlepiej z nutką tajemnicy.
Matka tego nie popiera. Zaplanowała
moje życie od urodzenia, aż po grób. Ojciec tylko oficjalnie utrzymuje
dezaprobatę. To dzięki niemu nauczyłam się tego wszystkiego podczas tajemnych ćwiczeń,
kiedy Eleanora Vanellis wyjeżdżała na wykwintne bale do okolicznych zamków.
Nadal o niczym by nie wiedziała, gdyby w podróży na jedno z nich nie poczuła
się źle. Kiedy po cichu wracała do domu, zaczynałam perfekcyjny piruet i
pchnięcie sztyletem w sam środek serca drewnianej kukły.
Rozpętaną awanturę
pamiętam po dziś dzień. Matka nazwymyślała mi od nieposłusznych, niegrzecznych,
nieprzyzwoitych i kłamliwych dziewuch, po czym
gniew skierowała na ojca. Najlepiej aby w ogóle nie wtrącał się do
mojego wychowania i zajął się moim bratem, Fergusem, bo wyrośnie z niego ofiara
losu. Moim zdaniem jest już za późno i tej ciepłej kluchy nikt nie uratuje.
Właśnie niezauważalna wymykam się z domu. Kilka dni temu w
zamkowej karczmie słyszałam interesujące plotki i postanowiłam je sprawdzić. O
mojej wyprawie nie wie nikt. Nawet sir Eorin, z którym potajemnie spotykam się
na nocne schadzki od kilkunastu miesięcy. Pokochałam go miłością od pierwszego
wejrzenia, ale jeszcze nie pora obwieszczać rodzinie tego faktu. W końcu od
urodzenia przeznaczony jest mi książę Danny. Lalusiowaty piękniś z
sąsiadującego na wschodzie arlatu. Dobrze znający literaturę i walkę orężem
wszelakiego rodzaju. Jestem pewna, że mnie nie pokona. Eh, polityka. Zawsze nią
gardziłam.
Dotarłszy
do stajni, z ulgą wydobywam z siana schowany wczoraj worek z prowiantem i
mieszek z kilkoma suwerenami. Odwracając się, z zaskoczenia głęboko nabieram
powietrza do płuc.
- Eorin! Na Stwórcę! Co ty tu robisz? - krzyczę szeptem,
zmierzając w jego stronę z tobołkiem na plecach.
- Chcę pożegnać ukochaną, która nawet nie raczyła powiedzieć,
dokąd znowu się wymyka. - Bierze ode mnie worek i pomaga przyszykować
konia do podróży.
Ja tymczasem milczę i rozglądam się po otoczeniu, czy aby na
pewno nikt mnie nie zauważył. No tak, Eorin to wyjątek. Zawsze wykryje, gdzie
się wymykam.
- Co tym razem planujesz?
- Słyszałeś plotki o starym opuszczonym zamku? -
rycerz zaprzecza - Ostatnio znowu dzieją się tam dziwne rzeczy. Chłopi z
pobliskiej wioski słyszą dziwne, przerażające dźwięki niepozwalające spać nocą.
Kilku postanowiło sprawdzić ich źródło i ślad po nich zaginął. Jeden śmiałek
dwa dni później znalazł zmasakrowane ciała porozrzucane kilkanaście metrów od
zamku. Ponoć uciekał szybciej od konia w galopie, kiedy usłyszał chrapowate,
ostre ryki bestii długo rozbrzmiewające w okolicznej dolince.
- No tak. Byłaby wielka szkoda, gdyby twoja noga tam nie
postała. - śmieje się i jak na rycerza przystało, pomaga mi wsiąść na konia.
Przedtem jednak spoglądam w jego cudne, cętkowane złotem, zielone oczy i
namiętnie całuję na pożegnanie.
- Wytłumaczysz mnie, prawda kochanie?
- Zawsze i wszędzie najdroższa Isabello Joanno Fionno …
- Przestań - śmieję się z irytacją - Ty masz tylko
kochać i tęsknić, a nie wymieniać wszystkie moje imiona. - rzucam i
popędzam konia, szybko znikając z oczu Eorina.
Przede mną pięć długich dni drogi.
Przed dotarciem do ruin miałam miłe spotkanie z parą
grasujących po okolicy bandytów, z którymi ojciec ostatnio miał problemy. Teraz
są już martwi, a ich kości obgryzają wilki. Miły widok. Poza tym podróż była monotonna
i nudna, więc ucieszyłam się na widok ruin w blasku zachodzącego słońca. Faktycznie
miejsce o tej porze dnia może przerazić tutejszych chłopów. Mnie samej spływa
kilka kropelek zimnego potu po plecach, lecz co to dla mnie?
W nocy nic nie zobaczę w zgliszczach, toteż postanawiam
poszukać ciał poddanych. Nie zajęło mi to dużo czasu. Kilka minut później widzę
zmasakrowane ciała trzech poległych. A właściwie plamy zaschniętej krwi. Z biedaków
nie zostało dosłownie nic!
Nie mogę dokładnie określić, co to za stwór, więc muszę
szukać dalej. Następne ciało przypomina już człowieka i pozwala określić bestię
atakującą okolicę. Widok dokładnie taki sam jak ten opisany w znalezionym w
zamkowej biblioteczce, schowanym przed matką bestiariuszu pradziadka. Kucając
przed ciałem, zaczynam oględziny.
- Nabiegłe krwią, wilgotne białka oczne, przekrwione wargi i
przerażenie na sino-białej twarzy. - mówię do siebie - Klatka piersiowa
całkowicie zmasakrowana. żebra wbijają się w płuca, a jelita i zawartość
żołądka wypływa na zewnątrz. Ugh. Ohyda. Dalej brutalnie wyżarta wątroba. Ręce
zadrapane głębokimi ranami. Poobgryzane nogi. Kości wyssane ze szpiku… Na
tchnienie Stwórcy! Co on tu robi? Nie widziano żadnego od kilku lat! -
wykrzykuję w przestrzeń. W tym momencie, jakby na potwierdzenie, rozlega się ów
przerażający wszystkich ryk.
Gryf.
Nie ma szans, abym go pokonała. Tu trzeba ciężkozbrojnego
wojownika, nie sztyletów i łuku. Nie wiedząc, co robić, cofam się w głąb lasu,
rozpalam ognisko i oporządzam ostatniego, upolowanego królika.
Podczas gotowania dobiegają mnie odgłosy kroków. Próbuję zgasić
ogień. Za późno. Zobaczyli mnie. Szybko chowam się za drzewo, aby móc lepiej
zaatakować. Pięć sekund później słyszę wołanie:
- Isabella?! Isa?! To ja, Eorin! Aaa, co ty robisz? - wydziera
się, kiedy podchodzę go z tylu, przykładam ostrze sztyletu do gardła i staję
przed nim, aby go pocałować.
- Witaj kotku. Wiedziałam, że się pojawisz. Nie
wytrzymałbyś. To dobrze. - jak zawsze przechodzę od razu do rzeczy - Mamy
do pokonania gryfa z gatunku królewskich. - otwiera usta z wrażenia -
A teraz zamknij tę buzię, chodź zjeść i idziemy spać. Musimy być w pełni sił.
- Spać czy spać?
Bo wiesz... - milknie, kiedy gromię go wyrokiem. - Rozumiem. Tylko spać -
mówi z rezygnacją i zaczyna rozkładać namiot.
Obudziliśmy się godzinę przed świtem. Szybko złożyliśmy
obóz, zatarliśmy ślady i ruszyliśmy wprost do siedliska stwora. Doszliśmy do
wniosku, iż najpierw lepiej będzie obeznać się z terenem pod osłoną półmroku, a
kiedy zrobi się jasno, zaatakować potwora.
Zostawiwszy konie w pobliskich krzakach, wchodzimy do ruin
przez podstarzałe wrota.
- Jest lepiej, niż myślałam. Mogłabym tu zamieszkać - żartuję
rozglądając się po sali i kopiąc przeszkadzające odłamki kamienia. Kiedyś
pewnie budowały sufit, którego już nie ma.
Pod ścianami leżą skupiska gruzu i resztki ofiar gryfa.
Środek jest prawie pusty i przecięty prowadzącym do zniszczonego tronu,
przegniłym, czerwonym dywanem, a witrażowe okna mają powybijane szyby i połamane
ramy.
- Jego gniazdo pewnie jest tam - Eorin wskazuje palcem
schody na dół - Schodzimy?
Ryk dobiegający spod podłogi nie pozwala mi nic powiedzieć.
Zaraz potem z wnęki wylatuje ogromny, burgundowo-brązowy gryf o lwiej twarzy i
tułowiu oraz orlimi skrzydłami i szponami. Nie pomyliłam się co do gatunku.
Przed nami stoi najgroźniejszy.
Teraz nie mamy już czasu na obmyślanie dokładnej taktyki.
Liczy się spryt i szybka akcja, toteż rycerz od razu wyjmuje miecz i zasłania
nas tarczą.
Ku naszemu zdziwieniu zwierz nie atakuje. Składa skrzydła,
siada na posadce i zaczyna mówić powolnym, chrapowatym, ale ludzkim głosem!
- Opuście to miejsce, a pozostawię was żywych.
- Tak samo jak moich poddanych? - pytam się
sceptycznie po szybkim otrząśnięciu z szoku. - Atakujemy.
Kiedy robię krok do przodu, Eorin powstrzymuje mnie.
- Czemu ich zamordowałeś? - stanowczo zapytuje gryfa.
- Ach ci ludzie. Zawsze jakieś problemy. Nigdy nie słuchają,
zadają niepotrzebne pytania, a potem rozpowiadają plotki o bezdusznych
potworach - rozkłada skrzydła i leci w górę.
- Przygotuj się. Nie podda się łatwo. Przeważnie będzie
pikował z góry. Musimy mu obciąć skrzydła, lecz ma twarde kości. Ty się zajmij
nimi, a ja uderzam po szponach - informuję.
Zaraz potem gryf wpada, rozwalając doszczętnie drzwi. Leci
dziobem w sam środek tarczy rycerza, który uskakuje w bok. Szczęściem stwór
ląduje na posadce. Rycerz robi piruet, którym doskakuje do stwora i celnie
trafia w sam środek mięśni łączących skrzydła z tułowiem. Z wysiłkiem próbuje
odciąć kończynę. Nic z tego. Wyjmuje miecz z kroplami potu na twarzy i
zmarszczonym czołem.
- Na Stwórcę! Nie przesadzałaś - krzyczy do mnie, ponownie
atakując.
Tymczasem prężnie podcinam orle nogi. Idzie mi całkiem
nieźle. Dzięki specjalnemu chwytaniu sztyletów, ostrzem prostopadle do
nadgarstka, mam większy rozmach i siłę przy małym nakładzie energii. Szybko
odcinam lewą nogę i zabieram się do prawej, kątem oka obserwując dalsze
poczynania ukochanego, który zdołał odciąć połowę skrzydła.
Bestia próbuje wznieść się do góry. Osiąga dwa metry
wysokości i pada z wielkim rykiem i hukiem na ziemię. Daję sobie spokój z moją
partią cielska potwora i zwinnie doskakuję do poranionego skrzydła,
jednocześnie popychając Eorlina.
- Ja dokończę! Tnij drugie! - krzyczę i pewnym, szybkim
ruchem wbijam nóż w ostatnie ścięgno, przeżynam mięście i kończyna bezwładnie
trzyma się na kości. Dalej nie zrobimy nic. Do takich rzeczy potrzeba ostrego
topora, którego nie posiadamy.
Rycerz znalazłszy taktykę, rzuca tarczę na ziemię, bierze
miecz w dwie ręce i szybko robi z nim dokładnie to samo co z pierwszym. Zwierz
wydaje ogłuszający ryk i wije się z bólu na podłodze. Aby zabić go raz dwa,
trzeba przeszyć serce ostrzem. Inaczej poraniony zwierz przechodzi w stan
hibernacji i może zregenerować tkanki. Bestia, choć mocno krwawi nie daje
spokoju szamocząc się na wszystkie strony.
- Co teraz? Tylko ty znasz się na tych… Nie oszalałaś?! -
wykrzykuje, widząc mnie cofającą się i biegnącą na bestię z sztywno trzymanymi
sztyletami. Próbuje mnie powstrzymać lecz, już zbieram siły i wyskakuję w
powietrze. Lądując okrakiem na brzuchu bestii, z całej siły wbijam broń w jej
umięśnioną, pokrytą malutkimi łuskami pierś. Nic się nie dzieje. Ponawiam ataki,
stopniowo tracąc siły. Zerkam na towarzysza. No tak! Miecz.
- Podaj mi swój miecz! = przekrzykuję ryk bestii.
Eorin pojął, co kombinuję.
Rzuca broń, którą łapię w powietrzu i ostatkami sił wbijam w
pierś zwierza. Widząc, że jest martwy, puszczam klingę i bezsilnie opadam na
posadzkę.
Niebo jest już całkiem błękitne. Dopiero teraz widzę, jak
długa i wyczerpująca była walka.
- Patrz - dobiega mnie szept rycerza widzącego białą postać
unoszącą się nad gryfem.
- Duch? On nam… dziękuje. O Stwórco! To był ten zaklęty
człowiek, którym straszono mnie, kiedy byłam niegrzeczna! Więc to prawda?
- Najwyraźniej tak – rycerz mówi pomagając mi wstać. -
Musisz się umyć i wyspać. Wyglądasz okropnie cała we krwi - krzywi twarz z
obrzydzenia.
- Aż tak okropnie?
- Nie – rzuca i razem wychodzimy z ruin wprost na
jasnopomarańczowe słońce.
Z powrotem nie spieszyliśmy się, ciesząc się zwycięstwem i
chwilami wolności. Nie zobaczymy się z ukochanym przez najbliższe tygodnie,
gdyż matka nawymyśla mi zajęć w ramach kary za kolejne wymknięcie się, a Eorin ma
gdzieś wyjechać z komendantem.
Do domu docieramy wieczorem. Zanim otworzono bramę, matka
już krzyczy:
- Isabello Joanno Fionno Riannon Ellano Amando Venellis! Co
ty sobie myślałaś, znikając z domu na równy tydzień? I to jeszcze z kim?! Co
ludzie powiedzą! - jeszcze nigdy nie widziałam jej tak wściekłej – Myślisz, że
służba mi nie donosi, co ty wyprawiasz po kątach?
- Spokojnie Eleanoro. Nasza córka z pewnością to wyjaśni. A
zapowiada się ciekawie, czyż nie Isabello? Sir Eorin mi powiedział tak jak
chciałaś. Co znaleźliście w tym zamku?
- Gryfa, ojcze. Królewskiego. Już jest martwy. Przyniosłam
ci małą ozdobę do zbrojowni. - mówię dumnie i pokazuję na oderżniętą głowę
gryfa. - Matko. Co do sir Eorina, to masz rację. Kocham go i nie wyjdę za
żadnego Danny’ego Nowa. Eorin też jest szlachcicem, więc nie widzę problemu. A
teraz proszę o wybaczenie. Idziemy odpocząć po podróży.
- Nie. Wracaj tu młoda panno! Masz mi wszystko wyjaśnić!
- Później, mamo - rzucam na odchodnym, kierując się w stronę
swoich komnat.
Na zakręcie dobiegają mnie jeszcze lamenty matki:
- Bryce, powiedz mi, co ja źle zrobiłam?
- Nic, kochanie. Uspokój się. Wszystko będzie dobrze. Tego jej
nie daruję.
Zobaczymy jeszcze, tato.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz